Przygody Hucka Finna


Książka, którą zawsze wspomina się z uśmiechem. Nowe wydanie kultowych książek Marka Twaina.


Przygody Hucka FinnaPrzygody Hucka Finna to jedna z tych szczególnych książek, które zawsze wspomina się z uśmiechem. Beztroscy bohaterowie przenoszą nas w inną rzeczywistość, porywają nas ich awanturnicze przygody, radość i fantazja.

“Jak nie czytaliście książki Przygody Tomka Sawyera, toście o mnie nie słyszeli, ale to nieważne. Książkę napisał pan Mark Twain i tak z grubsza to opowiedział w niej prawdę. Może od czasu do czasu troszeczkę coś upiększył, ale ogólnie opisał wszystko tak, jak było. Zresztą nie widziałem jeszcze nikogo, co by od czasu do czasu nie zełgał […].”

Mark Twain, właściwie Samuel Langhorne Clemens (ur. 30 listopada 1835 w osadzie Florida, Monroe, stan Missouri, zm. 21 kwietnia 1910 w Redding, stan Connecticut) – amerykański pisarz pochodzenia szkockiego, satyryk, humorysta, wolnomularz. Do jego najbardziej znanych powieści należą “Przygody Tomka Sawyera” (1876) oraz “Przygody Hucka” (1884). Pisarz William Faulkner nazwał Twaina “ojcem amerykańskiej literatury”.


Mark Twain
Przygody Hucka Finna
Przekład: Zbigniew Batko
Wydawnictwo Znak
Premiera: 20 kwietnia 2015

Przygody Hucka Finna

Rozdział 1

Jak nie czytaliście książki Przygody Tomka Sawyera,toście o mnie nie słyszeli, ale to nieważne. Książkę napisał pan Mark Twain i tak z grubsza to opowiedział w niej prawdę. Może od czasu do czasu troszeczkę coś upiększył, ale ogólnie opisał wszystko tak, jak było. Zresztą nie widziałem jeszcze nikogo, co by od czasu do czasu nie zełgał, no, może oprócz ciotki Polly, wdowy i może jeszcze Mary. O ciotce Polly – znaczy się ciotce Tomka – o Mary i o wdowie Douglas było już wszystko w tej książce, co to jest, jak już mówiłem, mniej więcej prawdziwa, tylko odrobinę tu i ówdzie naciągana.
Tamta książka kończy się tym, że Tomek i ja znaleźliśmy pieniądze, które rozbójnicy schowali w pieczarze, i staliśmy się bogaczami. Wypadło po sześć tysięcy na łebka – i to w złocie. Kiedyśmy wszystko zsypali na kupę, wyglądało to naprawdę niesamowicie. Sędzia Thatcher ulokował tę forsę w banku na procent, co dawało po dolarze dziennie na głowę przez okrągły rok – tyle że człowiek po prostu nie wiedział, co z tym robić. Wdowa Douglas, która mnie usynowiła, postanowiła mnie, jak to ona mówi, „usywilizować”, ale mnie ciężko było tak siedzieć kołkiem w jej domu, bo wdowa, straszna porządnicka, była we wszystkim okropnie dokładna. No więc, kiedy nie mogłem już dłużej wytrzymać, dałem nogę. Włożyłem swoje stare ciuchy i pleciony kapelinder i znów byłem wolny i szczęśliwy. Ale Tomek Sawyer wytropił mnie w końcu i powiedział, że zakłada bandę rozbójników i że jak wrócę do wdowy i będę się dobrze prowadził, to mnie do tej bandy przyjmie. Więc wróciłem.
Wdowa rozpłakała się na mój widok i zaczęła coś nawijać o zbłąkanych owieczkach i takich tam różnych, choć ja wiem, że nie chciała mi wcale ubliżyć. Musiałem znów włożyć nowe ubranie: pociłem się w nim jak mysz i czułem się jak zdrutowany. No i wszystko zaczęło się od początku: wdowa dzwoniła na kolację i trzeba było przychodzić na czas do stołu, a jak już człowiek usiadł, to nie mógł się od razu dorwać do jedzenia, tylko musiał czekać, aż wdowa pochyli głowę i pomruczy coś pod nosem nad tym całym żarciem, choć na oko było całkiem w porządku. Tyle że wszystko gotowane oddzielnie. Całkiem inaczej niż w „kociołku rozmaitości”, w którym wszystko jest wymieszane, wszystko zalane sosem i od razu lepiej człowiekowi wchodzi.
Po kolacji wdowa wyciągała książkę i czytała mi o Mojżeszu w sitowiu; strasznie byłem ciekaw, co też ten Mojżesz teraz porabia i w ogóle, ale w końcu się wydało, że on już dość dawno nie żyje, więc przestał mnie całkiem interesować, bo nieboszczyki w ogóle mnie nie rajcują.
Po niedługim czasie zachciało mi się palić, więc poprosiłem wdowę o pozwolenie. Ale nic z tego. Powiedziała, że palenie to paskudny nałóg i grzeszny i że powinienem z nim skończyć. Tacy to już są niektórzy ludzie. Nie mają pojęcia o paleniu, a wymądrzają się jak nie wiem co. Truje mi tu o Mojżeszu, co to ani jej brat, ani swat i żadnego z niego pożytku, skoro wykitował, a mnie potępia, bo robię coś, co jest przyjemne. A przecież sama lubi zafundować sobie niuch tabaki i to jest w porządku tylko dlatego, że to robi ona.
Wprowadziła się wtedy do niej jej siostra, chuda jak szczapa stara panna z okularami na nosie, i z punktu zabrała się do mnie z elementarzem. Maglowała mnie blisko godzinę; potem zluzowała ją wdowa. Myślałem, że nie zdzierżę. Przez kolejną godzinę było nudno jak diabli, więc zacząłem się wiercić. A panna Watson bez przerwy gderała: „Nie kładź tam nóg, Huckleberry”, „Nie garb się, Huckleberry, siedź prosto”, „Przestań ziewać i nie przeciągaj się tak, Huckleberry, dlaczego nie zachowujesz się jak grzeczny chłopiec?”.
A potem zaczęła mi opowiadać o czeluściach piekielnych, a ja jej na to, że żałuję, że tam w tej chwili nie jestem. Strasznie się wściekła, a ja przecież nie miałem na myśli nic złego. Chciałem tylko gdzieś iść, byle gdzie, żeby się tylko coś zmieniło. A ona, że to okropne, co powiedziałem, że jej by to przez usta nie przeszło i że ona stara się żyć tak, żeby trafić do nieba. Nie widziałem żadnego sensu w tym, żeby iść tam, gdzie będzie ona, więc postanowiłem, że nie będę się o to starał. Ale nie pisnąłem słówka, bo z mojego gadania nie wynikało nigdy nic dobrego, tylko same kłopoty.
Tymczasem ona, jak już zaczęła, to nie mogła skończyć i opowiedziała mi o niebie dosłownie wszystko. Powiedziała, że człowiek nic tam nie robi, tylko przechadza się jak dzień długi z harfą i wciąż śpiewa i śpiewa, bez końca. Wcale mnie to nie zachwyciło. Ale nic nie powiedziałem. Zapytałem ją tylko, czy według niej ma tam szanse trafić Tomek Sawyer, a ona na to, że raczej wykluczone, co mnie ucieszyło, bo zawsze chciałem, żebyśmy byli z Tomkiem razem.
Panna Watson truła mi tak i truła, aż miałem tego wszystkiego serdecznie dość. W końcu zaczęli się zbierać Murzyni na modlitwę, a potem wszyscy poszli spać. Wziąłem ogarek łojówki, poszedłem do siebie na górę i postawiłem świecę na stole. Potem usiadłem na krześle przy oknie i próbowałem myśleć o czymś wesołym, ale na próżno.
Czułem się sam jak palec na tym świecie, miałem ochotę umrzeć. Na niebie świeciły gwiazdy, a liście szeleściły w lesie jakoś tak żałobnie; potem usłyszałem gdzieś daleko ponure pohukiwanie sowy opłakującej jakiegoś nieboszczyka, terkot lelka kozodoja i wycie psa zwiastujące czyjąś rychłą śmierć. Wiatr szumiał, jakby chciał mi coś powiedzieć na ucho, a ja nie mogłem skapować co, i ciarki chodziły mi po grzbiecie. Potem usłyszałem w głębi lasu takie postękiwanie, odgłos, jaki wydają duchy, kiedy chcą powiedzieć coś, co je dręczy, i nie potrafią tego z siebie wydusić, więc nie mogą spokojnie spocząć w grobie, tylko muszą się tak tłuc po nocach i zawodzić. Byłem zgnębiony, miałem strasznego pietra i żałowałem, że nie ma przy mnie żadnej bratniej duszy. Nagle zobaczyłem, że łazi mi po ramieniu pająk, więc go strzepnąłem, a on spadł prosto na świecę i zanim zdążyłem ruszyć palcem, spłonął – cały aż się skurczył od ognia. Od razu wiedziałem, że to strasznie zły znak i że spadnie na mnie jakieś nieszczęście, więc tak dygotałem, że aż mi opadały portki. Wstałem i obróciłem się trzy razy, i za każdym razem zrobiłem znak krzyża, a potem związałem nitką kosmyk włosów, żeby odegnać złe duchy. Ale nie uspokoiło mnie to ani trochę. Robi się tak zawsze, kiedy człowiek zgubi znalezioną podkowę, zanim zdąży ją przybić nad drzwiami, ale jeszcze nigdy nie słyszałem, żeby mogło to odegnać złe duchy, jak ktoś ukatrupi pająka.
Usiadłem z powrotem, cały roztrzęsiony, i wyciągnąłem fajkę, żeby się sztachnąć, bo w domu było cicho jak w grobie i wiedziałem, że wdowa mnie nie nakryje. No i po jakimś czasie usłyszałem, jak bije zegar w miasteczku – bum, bum, bum – dwanaście uderzeń, a potem znów zapadła głucha cisza, jeszcze większa niż przedtem. Po chwili usłyszałem trzask łamanej gałązki i w ciemnościach między drzewami coś się poruszyło. Znieruchomiałem i nadstawiłem ucha. Po chwili dobiegło mnie z dołu ledwie dosłyszalne „miau, miau”. Dobra nasza! Zamiauczałem w odpowiedzi najciszej, jak mogłem, a potem zgasiłem świecę i wygramoliłem się przez okno na dach drewutni. Stamtąd ześliznąłem się na ziemię i dałem nura między drzewa, a tam czekał na mnie oczywiście Tomek Sawyer.

Rozdział 2

Ruszyliśmy na paluszkach ścieżką wśród drzew na tyły ogrodu wdowy, schylając się nisko, żeby gałęzie nie drapały nas po głowach. Kiedy przechodziliśmy koło kuchni, potknąłem się o korzeń i runąłem z wielkim hałasem na ziemię. Przywarliśmy do ziemi i przez chwilę leżeliśmy nieruchomo. W drzwiach kuchni siedział Jim, wielki Murzyn panny Watson; widzieliśmy go całkiem wyraźnie, bo ze środka padało światło. Wstał i chyba z minutę nasłuchiwał, wyciągając szyję. W końcu zapytał:
– Kto tam?
Postał tak jeszcze chwilę, a potem zbliżył się do nas na palcach i stanął dokładnie między nami; mogliśmy go prawie dotknąć. Sterczał tak chyba z pół godziny, a my leżeliśmy tuż obok i żaden z nas nawet nie pisnął. I nagle zaswędziała mnie noga w kostce, ale wytrzymałem i nie ruszyłem ręką, żeby się podrapać. Potem zaczęło mnie swędzieć ucho, a potem plecy, między łopatkami. Myślałem, że skonam, jak się nie podrapię. Potem jeszcze nieraz zauważyłem, że jak człowiek znajdzie się w towarzystwie różnych szacownych osób albo na pogrzebie, albo jak stara się zasnąć, a nie bardzo mu się chce spać, jednym słowem zawsze, kiedy nie może się podrapać, zaczyna go swędzieć w stu miejscach naraz.
Po chwili Jim znów zapytał:
– Hej, coś ty za jeden? Niech mnie licho porwie, jeśli czegoś nie słyszałem! Ale już wiem, co zrobię. Siądę se tu i poczekam, aż znów coś usłyszę.
No i usiadł na ziemi pomiędzy mną i Tomkiem. Oparł się plecami o drzewo i wyciągnął kulasy tak, że jednym prawie dotykał mojej nogi. Teraz zaczął mnie swędzieć nos. Swędział mnie tak, że aż łzy zakręciły mi się w oczach. Ale się nie podrapałem. Potem zaczęło mnie swędzieć w środku, w nosie. W końcu poczułem swędzenie na brzuchu. Myślałem, że nie uleżę. Męka trwała z sześć albo siedem minut, ale mnie się wydawało, że ciągnie się całe wieki. Teraz swędziało mnie w jedenastu miejscach. Wydawało mi się, że nie wytrzymam ani minuty dłużej, ale zacisnąłem zęby i postanowiłem spróbować. I właśnie wtedy Jim zaczął głośno sapać, a potem sapanie zamieniło się w chrapanie – i po chwili mogłem sobie wreszcie ulżyć.
Tomek dał mi znak – cmoknął cicho wargami – i zaczęliśmy się odczołgiwać. Kiedy byliśmy o jakieś dziesięć stóp od Jima, Tomek powiedział mi szeptem, że warto by go przywiązać dla kawału do drzewa, ale ja się nie zgodziłem. Jim mógłby się obudzić i narobić hałasu, a wtedy od razu by się kapnęli, że nie ma mnie w domu. Potem Tomek powiedział, że ma za mało świec i wobec tego zakradnie się do kuchni i zwędzi parę sztuk, ale ja znów próbowałem go powstrzymać, bo bałem się, że Jim mógłby się obudzić i przyłapać go na gorącym uczynku. Tomek postanowił jednak zaryzykować, więc zakradliśmy się do kuchni i wzięliśmy stamtąd trzy świece, i Tomek zostawił na stole piątaka jako zapłatę.
Potem wyszliśmy i ja chciałem natychmiast dać stamtąd drapaka, ale Tomek tak się uparł, żeby podczołgać się do Jima i spłatać mu jakiegoś figla, że nie mogłem na to nic poradzić. Czekałem długo, jak nie wiem co, a dokoła była niesamowita cisza i znów poczułem się sam jak palec.
Jak tylko Tomek wrócił, ruszyliśmy ścieżką, obeszliśmy płot i już po chwili wspinaliśmy się po stromym zboczu na pagórek po drugiej stronie domu. Tomek powiedział mi, że zdjął Jimowi kapelusz i powiesił na gałęzi, tuż nad jego głową. Jim poruszył się, ale się nie obudził. Później opowiadał wszystkim dookoła, że czarownice rzuciły na niego urok, dosiadły go i jeździły na nim po całym stanie, a potem odstawiły go z powrotem pod drzewo i powiesiły mu nad głową kapelusz, żeby wiedział, z kim miał do czynienia.
A za drugim razem opowiadał, że zajechały na jego grzbiecie do Nowego Orleanu i potem, opowiadając całą historię po raz kolejny, coraz bardziej fantazjował, aż w końcu wyszło na to, że niby jeździły na nim po całym świecie i zajeździły go prawie na śmierć, aż miał cały grzbiet w pęcherzach. Jim był z tego wszystkiego piekielnie dumny i tak zadzierał nosa, że w końcu przestał zauważać innych Murzynów i zupełnie ich lekceważył. A oni schodzili się z całej okolicy, żeby posłuchać jego opowieści, aż w końcu zrobił się największym czarnym ważniakiem w naszym stanie.
Nawet zupełnie obcy Murzyni przystawali i gapili się na niego z rozdziawionymi gębami, jakby był ósmym cudem świata. Czarni zawsze opowiadają sobie o czarownicach, jak zbiorą się wieczorem przy kuchennym piecu, ale teraz, jak tylko któryś zaczął się wymądrzać i opowiadać, jaki to on oblatany w tych sprawach, natychmiast wyskakiwał Jim i mówił: „Ha! A co ty, bracie, wiesz o czarownicach?” – i takiego Murzyna zatykało, i wycofywał się jak niepyszny.
A pięciocentówkę Tomka nosił Jim na sznurku na szyi i mówił, że to amulet, który dał mu sam diabeł. Powiedział mu przy tym, że może tym pieniążkiem leczyć wszystkie choroby i przywoływać czarownice, kiedy tylko zechce, wystarczy, że wygłosi odpowiednie zaklęcie. Ale Jim nie chciał zdradzić, jakie to zaklęcie. Murzyni złazili się zewsząd i dawali Jimowi, co tylko chciał, żeby dał im choćby zerknąć na tego piątaka, ale za żadne skarby by go nie dotknęli, bo diabeł go trzymał w ręku. A Jim tak się przejął tym, że widział diabła i woził na grzbiecie czarownice, że nie było już z niego w domu żadnego pożytku.
Kiedy już weszliśmy Tomkiem na szczyt pagórka, popatrzyliśmy z góry na miasteczko i zobaczyliśmy światełka w paru domach, gdzie może ktoś był chory albo co. Nad nami błyszczały pięknie gwiazdy, a koło miasteczka płynęła rzeka, szeroka na milę, spokojna i jakaś taka strasznie dostojna!
Zeszliśmy z pagórka i odszukaliśmy Joego Harpera i Bena Rogersa i jeszcze paru chłopaków, którzy siedzieli sobie w starej garbarni. Odwiązaliśmy czółno i popłynęliśmy dwie i pół mili w dół rzeki, do miejsca, gdzie w zboczu jest wielka rozpadlina, i tam wyskoczyliśmy na brzeg.
Podeszliśmy do kępy krzaków i Tomek kazał najpierw wszystkim złożyć przysięgę, że się nie wygadają, a potem pokazał im tę rozpadlinę w zboczu, ukrytą w największym gąszczu. Zapaliliśmy świece i wpełzliśmy na czworakach do środka. Przeczołgaliśmy się ze dwieście jardów i nagle otworzyła się przed nami szeroka pieczara. Tomek przez chwilę szukał po omacku korytarza, a potem dał nura pod skałę, gdzie w ogóle nie było widać żadnego otworu. Przecisnęliśmy się za nim i znaleźliśmy się w takiej jakby komnacie, ociekającej wodą i zimnej.
– No więc teraz zakładam bandę rozbójników – oświadczył Tomek – i będzie się ona nazywała Bandą Toma Sawyera. Każdy, kto chce być do niej przyjęty, musi złożyć przysięgę i podpisać się krwią.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *