Pięcioro dzieci i coś


“Pięcioro dzieci i coś” czyli wielki powrót prozy nieco zakurzonej a wartościowej i z głębokim przekazem, zarówno dla młodszych jak i starszych czytelników.


Pięcioro dzieci i cośZwyczajne dzieci – Cyryl, Robert, Antea, Janeczka i Baranek, czyli ich najmłodszy brat, w końcu wyjeżdżają poza Londyn. Wakacje okażą się niesamowitą przygodą za sprawą wykopanego Piaskoludka.

Stworek zakopany w piasku na długie lata, po przebudzeniu zaczyna spełniać życzenia. Jedno życzenie na jeden dzień. Co z tego wyniknie?

Cała gromadka przeżyje niezapomniane chwile. Przygoda, w której najważniejsza jest przyjaźń, miłość, rodzina oraz lojalność.

Autorka Edith Nesbit uznawana jest obok Beatrix Potter i Frances Hodgson Burnett za jedną najwybitniejszych pisarek „złotego wieku powieści dla dzieci” w Wielkiej Brytanii. Uważa się ją za twórczynię realistycznej powieści przygodowej dla dzieci.

Książka ukazuje się w nowej odświeżonej wersji, z pięknymi rysunkami Marii Orłowskiej-Gabryś utrzymanymi w stylu epoki.

Dodatkową wartością książki jest fantastyczny przekład Ireny Tuwim, świetnej pisarki dla dzieci i autorki słynnego tłumaczenia Kubusia Puchatka.


Edith Nesbit
Pięcioro dzieci i coś
Przekład: Irena Tuwim
Wydawnictwo Znak Emotikon
Premiera: 24 stycznia 2013

Pięcioro dzieci i coś


ROZDZIAŁ X
Skalpy

Pięcioro dzieci i cośTen dzień zapewne przeszedłby całkiem pomyślnie, gdyby nie to, że Cyryl właśnie czytał „Ostatniego Mohikanina”. W czasie śniadania myślał bezustannie o książce, aż wreszcie pijąc trzecią filiżankę herbaty, powiedział z rozmarzeniem:
– Chciałbym, żeby w Anglii byli Czerwonoskórzy. Ale nie dorośli, tylko mali, tacy mniej więcej jak my, żeby można było z nimi walczyć. Pomysł ten nikomu się nie podobał i więcej do niego już nie wracano, nie przywiązując do tego większej wagi. Dopiero kiedy dzieci poszły do kamieniołomu prosić Piaskoludka o sto funtów szterlingów w monetach dwuszylingowych z głową królowej Wiktorii, żeby uniknąć nieporozumień – wszystkim się zdawało, że nareszcie wpadli na doprawdy rozsądne życzenie i więcej już nie będzie przykrości – okazało się, że i tym razem sami się wkopali. Duszek bowiem, śpiący i zagniewany, odpowiedział im:
– Nie zawracajcie mi głowy. Przecież już spełniłem wasze życzenie.
– Jakie? – spytał Cyryl. – Nic o tym nie wiemy.
– A nie pamiętasz, co było wczoraj? – odparł duszek z jeszcze większą złością. – Prosiłeś mnie, żeby spełniać wasze życzenia bez względu na to, gdzie ktoś z was będzie. Wypowiedzieliście życzenie dziś rano i spełniło się.
– Wypowiedzieliśmy życzenie? – zdziwił się Robert. – A co to było takiego?
– Już zapomnieliście? – odparł Piaskoludek, zagrzebując się w piasku. – Ale mniejsza z tym. I tak wkrótce się przekonacie. Życzę wam przyjemnej zabawy! Ładnie urządziliście się tym razem!
– Tak czy owak zawsze jakoś na to wychodzi – rzekła ze smutkiem Janeczka.
Położenie było tym kłopotliwsze, że nikt nie mógł sobie przypomnieć, aby tego ranka wypowiedział jakiekolwiek życzenie. A życzenie, żeby spotkać Czerwonoskórych, wszystkim jakoś wyleciało z głowy.
Tak więc czas do południa przeszedł pod znakiem ciągłego niepokoju. Każdy usiłował sobie przypomnieć, jakie też mógł wypowiedzieć życzenie, nikt nic nie pamiętał i wszyscy oczekiwali, że każdej chwili może wydarzyć się coś okropnego. Było to naprawdę straszne uczucie. Z tego, co mówił duszek, dzieci wywnioskowały, że tym razem wyraziły życzenie czegoś bardziej niepożądanego niż zazwyczaj, toteż godziny płynęły w straszliwie przygnębiającej niepewności.
Dopiero przed samym obiadem Janeczka potknęła się na „Ostatnim Mohikaninie” – porzuconym, rzecz oczywista, na podłodze okładką do góry.
Antea podniosła Janeczkę i książkę, po czym powiedziała nagle: „Już wiem!” i, zrozpaczona, aż opadła na dywan.
– Kiziu, jakie to straszne! Przecież Cyryl życzył sobie Indian! Pamiętasz, przy śniadaniu? Powiedział: „Chciałbym, żeby w Anglii byli Czerwonoskórzy” – i teraz już z pewnością są, biegają po całym kraju i skalpują ludzi.
– Może są tylko w północnej Szkocji – rzekła uspokajająco Janeczka. Bo istotnie, gdyby skalpowano ludzi aż tak daleko jak w północnej Szkocji, nie mogłoby to być specjalnie bolesne.
– Sama w to nie wierzysz – odparła Antea. – Piaskoludek powiedział, że tym razem ładnieśmy się urządzili… To znaczy, że oni przyjdą tutaj. I pomyśl, co będzie, jak oskalpują Baranka!
– Może będą skalpować dopiero o zachodzie słońca – rzekła Janeczka, ale w jej głosie nie czuło się tym razem nuty pewności.
– Więc co z tego? – mruknęła Antea. – Pozostałości naszych życzeń nie znikają. Przypomnij sobie piętnaście szylingów! Słuchaj, Kiziu, muszę teraz koniecznie coś stłuc, a ty musisz dać mi wszystkie pieniądze, jakie tylko masz. Indianie przyjdą tutaj na pewno, czy tego nie rozumiesz? Ten okropny duszek wyraźnie to nam powiedział. Teraz już chyba wiesz, jaki jest mój plan? Więc chodź!
Janeczka nie miała pojęcia, jaki jest plan Antei. Ale weszła posłusznie za siostrą do pokoju mamusi.
Antea zdjęła z umywalki ciężki dzban na wodę, malowany w bociany i długie źdźbła trawy, zaniosła go do łazienki i ostrożnie wylała wodę do wanny. Po czym wróciła z dzbankiem do sypialni i rzuciła go na podłogę. Wiecie zapewne o tym, że dzbanki tłuką się zawsze, jeśli przypadkiem upuścić je na ziemię. Ale jeśli zrobić to umyślnie, sprawa staje się całkiem inna. Antea trzy razy upuszczała dzbanek, a mimo to nie był nawet pęknięty. Musiała w końcu wziąć prawidła do butów ojca i za ich pomocą z zimną krwią rozbić dzbanek. Było to doprawdy bezlitosne!
Potem pogrzebaczem rozbiła skarbonkę z datkami na szkoły w Afryce. Janeczka tłumaczyła jej oczywiście, że tego nie można robić, lecz Antea zacisnęła usta i wyszeptała:
– Nie bądź głupia – to sprawa życia i śmierci.
W skarbonce było niewiele pieniędzy – wszystkiego z siedem szylingów i parę pensów – ale dziewczynki miały prócz tego własne cztery szylingi. Razem więc, jak łatwo obliczyć, stanowiło to ponad jedenaście szylingów.
Pięcioro dzieci i cośAntea zawiązała pieniądze w róg chusteczki do nosa, zawołała: „Chodź ze mną, Janeczko!”, i pobiegła na farmę. Wiedziała, że farmer miał dzisiaj po południu jechać do miasteczka. Prawdę mówiąc, umówiono się nawet, że zabierze ze sobą całą czwórkę. Dzieci uplanowały to jeszcze wówczas, gdy myślały, że dostaną od Piaskoludka sto funtów szterlingów w dwuszylingowych monetach. Obiecały nawet, że farmerowi zapłacą za jazdę po dwa szylingi od osoby.
Teraz jednak Antea pośpiesznie wyjaśniła, że nie mogą z nim jechać, i prosiła, by zamiast tego zabrał Martę z małym Barankiem. Farmer zgodził się, choć niezbyt mu się podobało, że dostał tylko dwa i pół szylinga zamiast ośmiu.
Po tej transakcji dziewczynki wróciły do domu. Antea była bardzo przejęta, ale opanowana. Kiedy później zastanawiała się nad tym, doszła do wniosku, że cały czas działała niesłychanie przewidująco i szybko, jak urodzony generał. Z kącika w swojej szufladzie wyjęła małe pudełeczko i poszła z tym do Marty, która właśnie nakrywała do stołu i była w nie najlepszym humorze.
– Słuchaj, Marto – rzekła Antea. – Zbiłam dzbanek na wodę w pokoju mamusi.
– To już zawsze tak z tobą, zawsze musisz coś zbroić – odparła Marta, stawiając na stole solniczkę.
– Nie gniewaj się, Marto, moja kochana – powiedziała Antea. – Mam dosyć pieniędzy, żeby odkupić dzbanek, bądź tylko tak dobra, pojedź i załatw to dla nas. Twój brat cioteczny ma, zdaje się, sklep z porcelaną, prawda? Tylko chciałabym, żebyś to załatwiła jeszcze dzisiaj, bo mamusia może już jutro wrócić. Pamiętasz, że mówiła, że może już jutro wróci?
– Ale przecież wy sami macie jechać do miasta – rzekła Marta.
– Nie możemy – odparła Antea – bo nam nie starczy pieniędzy, jeśli mamy odkupić dzbanek. Ale zapłacimy za twoją jazdę, jeżeli zabierzesz Baranka. I wiesz co, Marto, podaruję ci moje urodzinowe pudełeczko, jeżeli zgodzisz się jechać. Widzisz, jakie jest ładne, wykładane prawdziwym srebrem, hebanem i kością słoniową jak świątynia króla Salomona.
– Widzę – potwierdziła Marta – ale nie chcę twojego pudełeczka. Chcecie po prostu pozbyć się kochanego Baranka na dzisiejsze popołudnie. Nie wyobrażaj sobie, że nie wiem, o co ci chodzi, znam was na wylot!
Było to tak oczywiste, że Antea już chciała z miejsca zaprzeczyć. Marta nie powinna przecież wiedzieć za dużo. Ale ugryzła się w język.
Marta postawiła na stole chleb tak energicznie, że kromki aż podskoczyły na tacce.
– Ale ja naprawdę chciałabym odkupić ten dzbanek – rzekła potulnie Antea. – Więc zrobisz to dla mnie, Marto, dobrze?
– Dobrze, niech już będzie, mniejsza o to. Ale pamiętaj, żebyście tutaj nic nie nabroili, kiedy mnie nie będzie!
– Farmer wybiera się wcześniej, niż miał zamiar – rzekła z przejęciem Antea. – Więc może byś lepiej poszła się przebrać. Włóż tę śliczną sukienkę bordo i kapelusik z różowymi bławatkami, no i koronkowy kołnierzyk. Janeczka za ciebie nakryje do stołu, a ja tymczasem umyję i przebiorę Baranka.
Myjąc opierającego się gwałtownie Baranka i ubierając go pośpiesznie w najlepsze ubranko, Antea raz po raz wyglądała przez okno: jak dotąd wszystko przebiegało pomyślnie, Indian jakoś nie było widać. A gdy wreszcie wśród ogólnego pośpiechu i zamieszania Marta, trochę bardziej czerwona niż zwykle, odjechała z Barankiem, Antea wydała głębokie westchnienie ulgi.
– Przynajmniej on jest bezpieczny! – zawołała i ku przerażeniu Janeczki rzuciła się na podłogę, zalewając się potokiem łez. Janeczka nie mogła pojąć, jak może ktoś zachowywać się tak mężnie i niczym generał, a jednocześnie klapnąć tak nagle jak przekłuty balonik. Oczywiście lepiej jest nie klapnąć, ale muszę zwrócić waszą uwagę, że Antea załamała się dopiero wtedy, gdy już osiągnęła swój cel. Wyprawiła najmilszego Baranka, który był już poza niebezpieczeństwem, gdyż Antea miała zupełną pewność, że Indianie przyjdą do Białego Domku i nigdzie indziej. A ponieważ było niepodobieństwem, aby wózek farmera wrócił przed zachodem słońca, mogła sobie pozwolić na trochę płaczu. Można nawet powiedzieć, że częściowo płakała z radości, że osiągnęła to, co zamierzała. Płakała tak przez jakie trzy minuty, a przez ten czas Janeczka wciąż głaskała ją po ramionach i powtarzała co pół sekundy: „Nie płacz, Pantero, nie płacz!”
Pięcioro dzieci i cośWreszcie Antea wstała, otarła oczy rogiem fartuszka, a otarła tak mocno, że były czerwone przez całą resztę dnia, i zaczęła szukać chłopców, aby im opowiedzieć o wszystkim. Ale w tej samej chwili kucharka podała obiad i nie można było nic mówić, dopóki nie zaczęli jeść klopsa. Wtedy kucharka wyszła z pokoju i Antea opowiedziała o wszystkim. Okazuje się jednak, że raczej nie należy opowiadać przejmującej historii ludziom, którzy jedzą klops i gorące kartofle. Coś widocznie takiego jest z tym jedzeniem, że myśl o Indianach wydaje się daleka i nieprawdopodobna. Chłopcy zaczęli się po prostu śmiać i nazwali Anteę idiotką.
– E, bzdura – dodał Cyryl – jestem prawie pewien, że zanim powiedziałem o Indianach, Janeczka powiedziała, że chciałaby, żeby dzisiaj była piękna pogoda.
– Wcale nie jest – przerwała krótko Janeczka.
– Bo gdyby to mieli być Indianie – ciągnął Cyryl – poproszę o sól i musztardę, tej siekaniny nie można inaczej przełknąć – gdyby to mieli być Indianie, to już dawno byłoby ich tutaj pełno; wiesz doskonale, że tak. To z pewnością musiała być piękna pogoda.
– W takim razie dlaczego duszek powiedział, że tym razem ładnieśmy się urządzili? – spytała Antea.
Była oburzona na chłopców, wiedziała, że postąpiła szlachetnie i rozsądnie, a w takich razach jest bardzo przykro, jeśli nazwą człowieka idiotką. Tym bardziej że na sumieniu Antei ciążyła jak ołów cała zawartość rozbitej skarbonki – przeszło siedem szylingów w miedziakach.
Zapadło milczenie, w czasie którego kucharka zabrała talerze po klopsie i przyniosła budyń ze słodkim sosem. Skoro tylko wyszła, Cyryl zaczął na nowo.
– Inna sprawa – przyznał – że bardzo dobrze zrobiłaś, spławiając Martę i Baranka na całe popołudnie. Ale co do Indian – wiesz doskonale, że życzenia spełniają się zaraz po ich wypowiedzeniu. Gdyby tu mieli przyjść Czerwonoskórzy, to już by tutaj byli.
– Chyba już są – rzekła Antea. – Są i czyhają gdzieś w zaroślach, bo jak wiesz, zawsze tak robią. Więc myślę, że to po prostu ohydne, jak ty mnie traktujesz.
– Indianie zawsze chyba czyhają, prawda, że czyhają? – wtrąciła Janeczka, pragnąc przywrócić spokój.
– Nie, nie czyhają – odparł sucho Cyryl – a ja nie traktuję ciebie ohydnie, tylko mówię, jak jest. I powtarzam, że to był idiotyzm tłuc dzbanek. A co do skarbonki, to myślę, że to zdrada stanu, i wcale bym się nie dziwił, gdyby cię za to powieszono, jeżeli ktokolwiek z nas…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *