Strażniczka książek


Okazuje się, że w świecie literatury panuje kompletny chaos i nic nie jest takie, jakie być powinno… Niezwykła przygoda w świecie książek dla młodych czytelników.


Strażniczka książekPodróżować na grzbiecie Shere Khana przez „Księgę dżungli”, u boku Werthera Goethego walczyć z czarownicami z Makbeta, a wraz z Elisabeth Bennet wzdychać do Mr. Darcy’ego…

Amy nie myślała, że kiedyś będzie tak blisko bohaterów swoich ulubionych książek, że będzie umiała tak głęboko zanurzyć się w każdą z opowieści, o przeżywaniu których niejednokrotnie marzyła, pochłaniając je jednym tchem.

Teraz z zapałem korzysta ze swojej nowej umiejętności – aż okazuje się, że w świecie literatury panuje kompletny chaos i nic nie jest takie, jakie być powinno.

Mechthild Gläser (ur. 1986) studiowała politologię, historię i zarządzanie gospodarką. Do dzisiaj mieszka i pracuje w Zagłębiu Ruhry, gdzie zdarza się jej tańczyć układy baletowe, a ponieważ nie ma o tym zielonego pojęcia, robi to zawsze w samotności. Uwielbia wymyślać zagmatwane historie i dość wcześnie zaczęła je zapisywać. Inspiracje znajduje wszędzie wokół, ale najlepiej wychodzi jej to przy filiżance gorącej miętowej herbatki.

Książka dla młodzieży od 12. roku życia


Mechthild Gläser
Strażniczka książek
Przekład: Mirosława Sobolewska
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 9 czerwca 2016

Strażniczka książek


Prolog

Will nie przestawał biec. Biegł coraz dalej i coraz szybciej. Wydawało mu się, że wyspa jest o wiele większa niż zwykle, w piersiach czuł narastający ból, tak długo już pędził przed siebie. Najpierw przez bagna, potem łąką, nie omijając żadnego zakątka, w dół do plaży, wzdłuż muru cmentarza, do domu Lennoxów, do wsi, do kamiennego kręgu, przez bibliotekę, z powrotem do swojej chaty, przedostał się przez welony mgieł i zajrzał za unoszące się opary, które okalały zamek Macalisterów. I nic.
Obok niego biegł pies. Czarne uszy powiewały mu na wietrze, mocne łapy zostawiały na bagnisku wyraźne ślady. Ale dlaczego nie było widać innych śladów stóp? Dlaczego nie mógł ich znaleźć? I dlaczego nie mógł znaleźć jego? On nigdy by nie zostawił psa samego. A więc musiał gdzieś tu być. Co jeszcze powiedział, wychodząc? Przecież zamierzał tylko pójść na spacer, prawda?
Teraz Will biegł wąską ścieżką prowadzącą na urwisko. Pies pędził za nim. Tutaj również nikogo nie było. To przecież oczywiste. Zwłaszcza w taką pogodę. Szalała burza, lał deszcz. Zatrzymali się w miejscu, gdzie kończył się świat. Nie, w tym miejscu kończyła się wyspa. Świat zapadał się urwiskiem w dół, a dalej ciągnęła się woda, która obmywała gdzieś hen daleko za horyzontem inne brzegi innych wysp. Czy trafi tam w końcu?
Za horyzont?
Przez chwilę obserwowali morze. Jedną ręką Will drapał psa za uchem, drugą przyłożył do czoła, żeby lepiej widzieć.
Nadaremno.
Sherlock Holmes zaginął.

Bestia spała wiele, wiele lat.
Głęboko, bardzo głęboko w jaskini, w miejscu,
gdzie było najciemniej.
I bardzo, bardzo długo, aż czas pozwolił przebrzmieć
wszystkim o niej opowieściom.
I śniła, jakby to było znowu się obudzić. Spała tak
długo, aż nie została ani jedna osoba, która wiedziała
o jej istnieniu. Na początku być może niektórzy
królewscy poddani jak przez mgłę przypominali sobie
gadki o straszliwym potworze. Ale z biegiem czasu
wspomnienie stało się jedynie niejasnym, mrocznym
przeczuciem. I właśnie teraz, kiedy utonęło całkowicie
w mrokach niepamięci, właśnie teraz nadszedł moment,
by przebudzone monstrum otwarło oczy.

1.
Była sobie wyspa

Byłyśmy sobie raz Alexis i ja. Wrzucałyśmy właśnie rzeczy to otwartych walizek. Swetry, spodnie, skarpetki. Wyszarpywałam ubrania i ciskałam bezładnie do otwartej walizki o sztywnych ściankach, zaopatrzonej w kółka. Alexis robiła to samo w sąsiednim pokoju. Nie zwracałyśmy uwagi, czy wśród pakowanych ciuchów są nasze ulubione. Najważniejszy był pośpiech. Tak się umówiłyśmy. Bo gdybyśmy się pakowały powoli i rozsądnie, z kartką w ręku, tak jak zwykle, na pewno doszłybyśmy do wniosku, że to był jednak szalony pomysł.
W mojej rodzinie wszyscy byli szaleni. W każdym razie tak zawsze mówiła Alexis, kiedy pytałam ją, dlaczego w wieku siedemnastu lat, z jedną walizką w ręku i ze mną w brzuchu, opuściła swoją szkocką ojczyznę i ot tak, po prostu, wyjechała do Niemiec. W ciąży i nawet jeszcze niepełnoletnia. Uciekała na łeb na szyję i wybrała właśnie Bochum. Teraz ja zbliżałam się do siedemnastych urodzin (no dobrze, brakowało mi jeszcze czternastu miesięcy) i najprawdopodobniej odziedziczyłam po niej gen szaleństwa. Ja również dzisiaj przy śniadaniu – dokładnie godzinę temu – postanowiłam opuścić kraj. Przez Internet zarezerwowałyśmy sobie lot tanimi liniami na dzisiejsze popołudnie.
Trzeba się było tylko spakować. Pospiesznie wyjęłam z szuflady kilka par majtek i biustonoszy.
– Weź ze sobą ciepłą kurtkę, Amy – powiedziała Alexis.
Wciągnęła wyładowaną po brzegi walizkę do mojego pokoju i próbowała wepchnąć do niej jeszcze poduszkę. Pod spodem zobaczyłam jej sztruksy z ekologicznej bawełny i koszulkę od DaWandy z nadrukowanymi jabłkami.
– W lipcu raczej nie będzie mi potrzebna puchowa kurtka – wymamrotałam.
Moja walizka również była wyładowana, jednak wypełniały ją głównie książki. Jeśli chodzi o ciuchy, to ograniczyłam się do absolutnie niezbędnego minimum, zgodnie z zasadą: lepiej o jeden sweter za mało niż jedna ulubiona książka mniej.
– Nie doceniasz tamtejszej pogody. – Alexis przypatrywała się krytycznie mojemu bagażowi i kręciła głową. Jej mahoniowe loki rozsypały się wokół twarzy. Oczy miała napuchnięte i czerwone, jakby płakała całą noc. – To weź swój czytnik do e-booków. Chyba ci wystarczy?
– Nie mam na e-booku Momo ani Dumy i uprzedzenia.
– Przecież czytałaś je już po sto razy.
– A jeśli będę chciała poczytać je tam sto pierwszy?
– Wierz mi, Amy, że na tej przeklętej wyspie jest cała masa książek. Nawet sobie nie wyobrażasz, ile!
Pogłaskałam opuszkami palców zaczytany tom Momo. Ileż to razy marzyłam, by podążać za zaczarowanym żółwiem, który poprowadziłby mnie przez życie. Potrzebowałam tej książki. Pocieszała mnie, kiedy byłam smutna. Potrzebowałam jej zwłaszcza teraz.
Alexis westchnęła.
– Wciśnij jakoś tę kurtkę, dobrze? Tam może być dość chłodno. – Usiadła na walizce i szarpnęła za zamek błyskawiczny. – Cały ten pomysł mi się nie podoba. – Aż stęknęła z wysiłku, zapinając walizkę. – Czy naprawdę jesteś pewna, że to jedyne miejsce, w którym zdołasz zapomnieć?
Kiwnęłam głową.

Maleńka łódka kołysała się na falach. Rzucały nią we wszystkie strony, jakby chciały się pobawić. Błyskawice rozświetlały niebo, na którym kłębiły się ciemne, napuchnięte burzowe chmury i zanurzały morze w nierealnej szarości nagłych rozbłysków światła wymieszanych z dudnieniem grzmotów. Woda przybrała brudnoszary kolor skał łupkowych, lało jak z cebra, a krople deszczu też były szare i ciężkie, spadały na wzburzone fale, ostrząc ich grzbiety. Wszystko to wraz z majaczącym na horyzoncie stromym urwiskiem, o które z głośnym hukiem rozbijały się masy wody, tworzyło wspaniałe widowisko. Przerażające, straszne, ale i piękne.
A może wcale nie takie piękne? Bo siedziałam właśnie w tej maleńkiej łódce pośród szalejącej burzy i żeby nie wypaść, z całych sił ściskałam dłońmi brzeg ławeczki. Piana wieńcząca morskie fale rozbryzgiwała się nam na twarzy. Alexis próbowała ratować walizki, a mężczyzna, który zgodził się przewieźć nas na wyspę, starał się uruchomić silnik.
Deszcz przyszedł niespodziewanie i w jednej chwili przemoczył mnie do suchej nitki. Marzłam strasznie i myślałam tylko o tym, by dotrzeć szczęśliwie do brzegu wyspy. A właściwie nieważne dokąd, byle było tam ciepło i sucho. Kiedy leciałyśmy z Dortmundu do Edynburga, na niebie świeciło jasne, ciepłe słońce. Jakieś niegroźne chmurki pojawiły się, gdy wreszcie przesiadłyśmy się do niewielkiego samolotu o napędzie śmigłowym, który miał nas dowieźć do lotniska Sumburgh na wyspie Mainland – największej z Szetlandów leżących u wybrzeża Szkocji, ale nie spodziewałam się tak mrożącej krew w żyłach scenografii zagłady świata.
Otworzyłam oczy, mimo że od słonej wody piekły mnie boleśnie, bo naszą łódkę podrzuciła kolejna wielka fala, która o mało nie przywłaszczyła sobie filcowej torby Alexis. Coraz trudniej było mi się trzymać ławki. Palce miałam zmrożone lodowatym wiatrem, zdrętwiałe z zimna i pozbawione wszelkiego czucia. Kiedy czytało się o takim sztormie w książce, wydawał się o wiele przyjemniejszy. Nawet jeśli bałam się i kuliłam z przerażenia, zawsze gdzieś w głębi duszy tliło się uspokajające poczucie, że oto niedaleko w nogach kanapy leży ciepły mięciutki koc i zaprasza, by się w niego wtulić i ogrzać. Teraz uświadomiłam sobie, że w przeciwieństwie do literackiej fikcji prawdziwy sztorm to coś, czego nie znoszę.
Kolejna fala okazała się jeszcze mniej łaskawa i zmoczyła mnie od stóp do głów. Brałam właśnie głęboki oddech i otwierałam szeroko usta. Nie był to dobry pomysł – zachłysnęłam się wielkim łykiem słonej wody. Kaszląc i rzężąc, próbowałam pozbyć się morza z płuc, a Alexis klepała mnie w plecy. Jej torba wypadła za burtę. Psia kość! Alexis jakby pogodziła się z myślą, że nie dowieziemy w całości naszych rzeczy na ląd, i nawet nie zaszczyciła spojrzeniem znikającego w wodzie dobytku.
– Zaraz będziemy na miejscu, Amy! Zaraz! – zawołała, a wiatr przegnał jej słowa hen daleko, ledwie zdążyła zamknąć usta. – Pomyśl, że jesteśmy tu na własne życzenie. Na pewno spędzimy na Stormsay niezapomniane wakacje. – Miało to prawdopodobnie zabrzmieć wesoło, ale jej głos aż drżał od skrywanej paniki.
– Jesteśmy tutaj, ponieważ uciekłyśmy – odpowiedziałam, jednak zbyt cicho, by Alexis mogła mnie usłyszeć.
Nie chciałam ani jej, ani sobie przypominać o prawdziwych przyczynach naszej podróży na wyspę. Bądź co bądź uciekałyśmy z domu, żeby zapomnieć. O tym, że Dominik zostawił Alexis i wrócił do żony i dzieci. Tak po prostu, spadło to na nią jak grom z jasnego nieba. I tym, że ci niedorozwinięci idioci z mojej klasy…
Nie, nie będę o tym więcej myśleć. Silnik łodzi wył jak opętany, jakby założył się z wichurą, kto będzie głośniejszy. Deszcz wzmagał się z sekundy na sekundę, bębnił na mojej głowie i ramionach i smagał mnie po twarzy. No cóż, bardziej zmoknąć i tak już nie mogłam. Ale ucieszyłam się, że do wyspy jest coraz bliżej. Stormsay – ojczyzna moich przodków. Przez zasłonę mokrych włosów starałam się dostrzec upragniony brzeg, miałam nadzieję, że nasz przewoźnik zna swój fach i nie rozbije nas gdzieś na urwisku.
Skalista ściana sprawiała wrażenie potężnej i groźnej, jej ostre krawędzie były śmiertelnie niebezpieczne. Wznosiła się na jakieś dwadzieścia, trzydzieści metrów nad siną, wzburzoną wodą. A na samej górze, tuż nad urwiskiem, gdzie wiatr szalał najmocniej… ktoś stał.
Najpierw pomyślałam, że to drzewo. Ale to był człowiek, który opierał się burzy i obserwował morze. Postać z krótkimi włosami, w łopocącym na wietrze płaszczu, obserwowała nas z góry. Jedną dłoń przyłożyła do czoła, drugą głaskała po głowie towarzyszącego jej wielkiego czarnego psa.
Łódź dryfowała teraz po wzburzonym morzu, zostawiliśmy za sobą strome urwisko i robiąc łuk, staraliśmy się dotrzeć do wschodniego brzegu wyspy. Postać zmalała, aż wreszcie całkiem zniknęła mi z oczu. A my dobiliśmy do pomostu. Co prawda kiwającego się niebezpiecznie i do połowy zanurzonego w wodzie, ale naszemu kapitanowi udało się kilkoma pewnymi ruchami rąk przycumować łódkę. Pospiesznie przeszłyśmy na ląd. Wreszcie!
Przybrzeżna skarpa była bardzo śliska, wciąż padał rzęsisty deszcz. Stormsay. Nazwa brzmiała jak obietnica: tajemniczo i przerażająco jednocześnie. Jeszcze nigdy tu nie byłam. Alexis w ogóle nie wspominała o wyspie aż do czasu, gdy uświadomiłam sobie, że nie wszystkie dzieci w klasie uczą się od rodziców angielskiego i niemieckiego i że moje imię i nazwisko jakoś różnią się od innych. Amy Lennox. I nawet wtedy Alexis tylko napomknęła, że pochodzimy ze Szkocji. Siedemnaście lat temu przyrzekła sobie nigdy więcej tam nie wrócić. Ale teraz…
Człapałyśmy błotnistą uliczką, ciągnąc za sobą zapadające się w szlamie walizki. Na prawo i na lewo stało kilka pojedynczych domów, chat raczej, z krzywymi dachami, o glinianych ścianach i wypaczonych oknach, za którymi to tu, to tam migotało nikłe żółte światło. W jednej z tych chat mieszkała moja babcia. Miałam nadzieję, że wewnątrz domy są solidniejsze niż na zewnątrz i przetrzymają nawałnicę.
Mężczyzna, który nas tu przywiózł, mruknął coś o piwie i pubie i zniknął za najbliższymi drzwiami. Alexis szła przed siebie, mijając ostatni dom. Wyglądała na zdecydowaną opuścić ten marny, ale przecież jedyny ślad ludzkiej cywilizacji. Z trudem za nią nadążałam. Kółka mojej walizki po raz kolejny zapadły się w błotnistą dziurę i ledwie je wyrwałam, szarpiąc walizkę z całych sił.
– Twoja mama mieszka chyba w czymś na kształt domu, prawda? – mruknęłam.
Nigdy nie drążyłam tematu swoich przodków i nie zapytałam, co to znaczy, że babcia jest szalona. Szalona – czyli na przykład żywi się korą z drzew, nosi stroje z szyszek i żyje pod gołym niebem wraz z dzikimi zwierzętami?
Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, Alexis tylko machnęła ręką, pokazując coś w ciemności przed nami, i kazała mi iść za sobą. Szarpnięta walizka wyskoczyła z dołka, rozbryzgując błoto na wszystkie strony. Ochlapała mnie aż po czubek głowy.
No super!
Alexis nawet rozczochrana wyglądała cudownie (tak jakby właśnie wyszła z reklamy jakiegoś szamponu), a ja coraz bardziej czułam się jak zmokły szczur. Markotnie mamrocąc pod nosem, człapałam za mamą.
Ulica zamieniła się w polną drogę i stała się jeszcze bardziej błotnista. Światła zostały daleko za nami. Mała wieś prawie znikła z pola widzenia, tylko lodowaty wiatr towarzyszył nam wiernie, przenikając przeraźliwym chłodem przez oczka mojego wełnianego swetra. Krople siekły mi twarz. Maszerowałyśmy przez jakieś pustkowie.
– Na urwisku ktoś stał. Widziałaś go? – wycharczałam, żeby odpędzić od siebie myśl, że za chwilę zamarznę.
– Na Szekspirowskim Urwisku? W taką pogodę? Raczej wątpię. – Alexis mówiła tak cicho, że ledwie ją rozumiałam. – Poczekaj, wezmę twoją walizkę – zaproponowała ze szczytu pagórka, na który właśnie weszła.
Podsunęłam jej walizkę i sama wdrapałam się na szczyt. Stałyśmy na czymś w rodzaju płaskowyżu. W oddali widać było światła i wieże jakiegoś zamku, odznaczające się ostrymi konturami na wieczornym niebie. Bliżej, po naszej prawej stronie, w kilku oknach olbrzymiej posiadłości również paliło się jasne światło. Droga się rozwidlała. Jedna jej odnoga wiodła w głąb równiny, do zamku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *