Pogoń za pamiętnikiem


Tosca Lee pisząc powieść „Potomkowie” – pierwszą część cyklu „Piętno Krwawej Hrabiny”, kierowanego do nastoletnich czytelników, skorzystała z legend dotyczących węgierskiej arystokratki Elżbiety Batory, by na stworzonym z nich rusztowaniu osadzić nowoczesną historię sensacyjną z elementami science-fiction. Przez warstwę spektakularnych zwrotów akcji, pościgów i pułapek, jakich w tej powieści nie brak, przenika czytelne przesłanie o tym, że najciekawsze zagadki kryją się w mrokach prawdziwej historii.


PotomkowieZagmatwana i do dziś niewyjaśniona historia życia Elżbiety Batory bynajmniej nie debiutuje w beletrystyce na kartach „Potomków”. Bajecznie bogata węgierska arystokratka, nazywana też niekiedy „największą zbrodniarką w historii”, stała się już wielokrotnie inspiracją dla dzieł literackich i dramatycznych, a nawet muzycznych. Co ciekawe, szczególnie w ostatnich latach mroczna historia jej życia zyskała co najmniej kilka odsłon w popkulturze. Może dziwić, co też pociąga młodych odbiorców w tej XVI-wiecznej przedstawicielce siedmiogrodzkiej szlachty, ale pozostaje faktem, że postać Elżbiety pojawiła się chociażby w komiksie z serii Hellboy, grze komputerowej Diablo II czy też w trylogii fantasy dla młodzieży Wojna Czarownic, nie wspominając nawet o sporej ilości książek biograficznych i powieściach z nurtu fikcji historycznej tylko jej samej poświęconych.

O ile popkultura przeważnie bezkrytycznie absorbuje wizerunek Elżbiety jako kobiety potwora, znanej z dręczenia i mordowania swych sług na różne sposoby, to dla historyków losy tej kobiety stanowią twardy orzech do zgryzienia i zagadkę wciąż podlegającą dociekaniom i dyskusjom. Uknucie spisku mającego na celu przedstawienie społeczeństwu Elżbiety Batory jako zbrodniarki było bowiem bardzo na rękę rodowi Habsburgów – a to dlatego, że jako osoba wpływowa i bardzo zamożna, a znajdująca się po przeciwnej stronie politycznej barykady, miała możliwość pokrzyżować ich ekspansywne, imperialne plany. Przypisanie jej odrażających przewin za pomocą skutecznej machiny propagandowej byłoby w tej sytuacji jedynym sposobem na usunięcie jej ze sceny politycznej. I być może zostało zastosowane.

Tą sprawą najzupełniej poważnie zajmuje się historyk László Nagy, specjalizujący się w historii wojskowości, natomiast dylemat: winna – niewinna, w wersji przygodowej opisała w „Potomkach” właśnie Tosca Lee. Na kartach tej powieści w czterysta lat po śmierci Elżbiety wciąż trwa podstępny konflikt pomiędzy potomkami hrabiny, a potomkami jej ofiar. Szansą na jego zażegnanie byłoby odnalezienie tajemniczego pamiętnika, dowodu który pozwalałby stwierdzić czy rzeczywiście była ona zbrodniarką czy też widowiskowo usidloną ofiarą gry o władzę. Snując tę opowieść Tosca Lee sięgnęła po wszelkie mity, niedomówienia i garść historycznych faktów by stworzyć z nich we własnej wyobraźni dynamiczną powieść przygodowo-sensacyjną kierowaną do młodych odbiorców.

Gatunkowo blisko jej do twórczości Dana Browna – nie brak tutaj spisków, tajemnych stowarzyszeń, symboli, których znaczenie należy rozszyfrować, nagłych zwrotów akcji, zdrad i aktów poświęcenia, a zostały one okraszone przez autorkę także elementami science-fiction. Mianowicie spotkanie z główną bohaterką następuje w chwili, gdy postanowiła ona poddać się zabiegowi wymazania z pamięci wszelkich wspomnień, tak, by pojmana przez prześladowców, nie mogła zdradzić tajemnic zagrażających życiu najbliższych oraz oczywiście jej samej. I chociaż licząca 21 wiosen bohaterka ze wszystkich sił próbuje rozpocząć nowe życie na amerykańskim odludziu, to europejska przeszłość i rodzinne dziedzictwo oczywiście upominają się o nią.

przez warstwę spektakularnych momentów zwrotnych, pościgów i pułapek przenika czytelne przesłanie o tym, że najciekawsze zagadki kryją się w mrokach prawdziwej historii

Motorem działania bohaterów staje się pragnienie rozwiązania zagadki, to zaś wymaga licznych podróży, przygód i pokonywania niebezpieczeństw. Tosca Lee zadbała o to, by odbiorca się nie nudził, liczba zwrotów akcji wręcz może przyprawić o zawrót głowy. Niemniej przez warstwę spektakularnych momentów zwrotnych, pościgów i pułapek, jakich w tej powieści nie brak, przenika czytelne przesłanie o tym, że najciekawsze zagadki kryją się w mrokach prawdziwej historii. Można poprzestać na śledzeniu perypetii bohaterów, a można też skorzystać z subtelnego zaproszenia do poznawania przeszłości na własną rękę, Lee przypomina bowiem między wierszami, że to co wiemy o poczynaniach naszych przodków, nawet tych najbliższych, rzadko jest jednoznaczne. I bez względu na to czy chodzi o hrabinę, z którą nie mamy nic wspólnego czy o własną matkę, dociera do naszych uszu i oczu tylko pewna pula opowieści, a nie całkowity i prawdziwy obraz człowieka – bo ten, niezależnie od stopnia pokrewieństwa nigdy nie daje się ostatecznie zdefiniować.

Pewne uproszczenia, pobieżność analiz czy też schematyczne rozwiązania w fabule, dobrze znane z wcześniejszych książek przygodowych i sensacyjnych chwilami mogą nużyć podczas lektury „Potomków”, jednak warto zdawać sobie sprawę z faktu, że to książka czytelnie adresowana do odbiorcy nastoletniego, nierzadko będącego na bakier z chęcią do zagłębiania się w meandrach historii. Książka taka jak ta – podobnie zresztą jak „Trylogia czasu” napisana przed kilku laty przez Kerstin Gier, bez wątpienia przyczynia się do rozbudzania zainteresowania minionymi czasami także pośród tych młodych osób, które na co dzień są skłonne mówić, że historia to same nudy. Agnieszka Kantaruk

Tosca Lee, Potomkowie, I tom serii „Piętno Krwawej Hrabiny”, Przekład: Anna Bereta-Jankowska, wydawnictwo IUVI, Premiera: 26 października 2016

Potomkowie

Tosca Lee
Potomkowie
I tom serii „Piętno Krwawej Hrabiny”
Przekład: Anna Bereta-Jankowska
wydawnictwo IUVI
Premiera: 26 października 2016

Ośrodek

Kiedy po raz ostatni zjawiasz się w ośrodku, nikt nic nie mówi.
Nie ma takiej potrzeby. Przeszedłeś przez terapię, testy i wiele przygotowań pozwalających otrzymać plastikową bransoletkę, którą zakładają ci w dniu zabiegu. Zabiegu, który uratuje ci życie. Już nie dopytują, dlaczego się zdecydowałeś. I nie przeszkadza im że nie powiedziałeś słowa prawdy. Już tylko skrobnięcie rysika, kiedy podpisujesz się na ekranie – po raz ostatni własnym nazwiskiem.
Pielęgniarka prowadzi mnie do sali, gdzie kładę się na stole operacyjnym. Wręczam jej zaklejoną paczuszkę – jedyną rzecz, jaką ze sobą przyniosłam. W środku jest gotówka, leki i adres, ten na p o. Tysiące kilometrów stąd. Kobieta przekaże pakunek mojej opiekunce. Nie ma sensu teraz jej poznawać.
Mam dwadzieścia jeden lat, a to, jak się nazywam, nie ma najmniejszego znaczenia, bo za chwilę fakt ten zostanie na zawsze wykreślony z rzeczywistości. Z własnego wyboru decyduję się na wymazanie z pamięci ludzi, których kocham, a także siebie samej.
Słyszałam, że w chwili śmierci życie przepływa nam przed oczami. Ale nikt mnie nie ostrzegł, że każdy szczegół ożywa z wrzaskiem. Że czujesz w ustach smak każdego kęsa wszystkich potraw, których kiedykolwiek próbowałeś; czujesz dotyk kropli każdego deszczu, w którym biegłeś… Masz w nozdrzach zapach włosów muskających policzek przed tym ostatnim, pożegnalnym pocałunkiem. Nikt nie mówi, że będziesz walczyć, by zatrzymać każde wspomnienie, tak jak tonący, który łyka hausty trującego powietrza.
Wtem wszystko, co znałeś, znika. A ty nadal żyjesz.
Na razie.

1

Przy oknie widzę jakąś postać. Stoi ze skrzyżowanymi na piersi rękami na tle nieba koloru fuksji, oglądając przepiękny pewnie zachód słońca. Kiedy unosi podbródek, zastanawiam się, czy dostrzegła coś pośród drzew. Podnoszę się z jedynej kanapy w chatce. Nogi zaplątały mi się w afgan z wyszytym łosiem. Obrazek w żaden sposób nie komponuje się z łosiowym lambrekinem w kuchni czy wyposażeniem łazienki. Mimo nazwy jeziora – Głowa Łosia – przez cztery tygodnie pobytu nie udało mi się jeszcze zobaczyć prawdziwego zwierzęcia.
– Obudziłaś się.
Moja opiekunka, Clare, odwraca się od okna. Blond włosy związała w luźny kucyk, jak co dzień, od kiedy przyjechałyśmy i zorganizowała nasze gospodarstwo. Jeździ na zakupy do miasteczka, gdy śpię, popołudniami przeprowadza dwugodzinne sesje diagnostyczne, chwali moje kolejne próby gotowania, łącznie z niedoprawioną potrawką z kurczaka, którą przyrządziłam poprzedniego wieczoru. Zastrzegłam, że nigdy wcześniej nie przygotowywałam tej potrawy, ale sama nie wiem, czy to prawda.
– Tak, wreszcie.
Nazywam się Emily Porter. Mam dwadzieścia jeden lat i wynajmuję maleńką chatkę w lesie na północy Maine z powodów, których już nie pamiętam. Zawsze po przebudzeniu odbywam tę samą myślową rutynę, choćby po to, by zapewnić samą siebie, że nie poddałam się lobotomii, o której żartowałam jeszcze wczoraj przed snem – ile to mogło być? Piętnaście, dwadzieścia godzin temu? Nie kojarzę nawet, kiedy zasnęłam. Wymazałam z pamięci dotychczasowe miejsce zamieszkania; nie wiem, gdzie studiowałam ani jak nazywało się liceum z niebieskimi szafkami i salą gimnastyczną, gdzie podeszwy wydawały piskliwe dźwięki w zetknięciu z podłogą. Straciłam świadomość, co stało się z pierścionkiem z granatem, który miałam na palcu wskazującym, gdy odbierałam dyplom. Wiem, że kobieta, która mi go dała, to mama, ale nic o niej nie wiem. Nazwiska, cechy charakterystyczne, twarze ludzi poznanych do dziewiętnastego roku życia i wszystko, co działo się przez ostatnie dwa lata. Wszystko wymazane.
– Może się rozwinąć umiarkowana depresja pozabiegowa. To normalne; ustąpi z czasem.
Moja dłoń wędruje do łuku czaszki tuż nad lewym uchem. Do pokrytej meszkiem łatki, ukrytej pod rosnącymi powyżej, dłuższymi włosami. W sumie to już nie meszek. Mogłoby ujść za wojskowe strzyżenie.
– To też zarośnie.
– Nie dość szybko.
Zrzucam z nóg afgan, łykam dwie tabletki ze słoiczka stojącego na stoliku do kawy i w myślach opracowuję kulinarną katastrofę, którą spowoduję wieczorem. „Opiekunka” to mylące słowo; od kiedy upłynął dwutygodniowy okres obserwacji i nastąpił oficjalny koniec rekonwalescencji, Clare pilnowała, żebym gotowała, prała, znalazła pracę i orientowała się w mieście tak, jakbym już musiała radzić sobie bez wsparcia.
– Chyba przez jakiś czas nie będę eksperymentować z potrawkami. Co powiesz na zapiekankę z serem i tuńczykiem?
– Wstaję i idę boso do kuchni, myję ręce. Nie doczekawszy się odpowiedzi, patrzę na Clare i mówię:
– Aż brak ci słów, co?
W tej chwili zauważam, że ma na sobie te same bluzkę i spódnicę, w które była ubrana pierwszego dnia; drewniany krzyżyk tau wisi tuż poniżej kołnierzyka. Symbol ma kształt drukowanego T i z początku myślałam, że Clare nosi na szyi pierwszą literę swojego nazwiska – Thomas. A potem mój wzrok pada na stojącą przy drzwiach walizkę. Zalewa mnie fala paniki.
– Dziś był mój ostatni dzień, Emily – mówi cicho Clare. – Czekałam tylko, aż się obudzisz.
– Och.
Odkładam ściereczkę, kończąc wycieranie rąk o dresowe spodnie. Rozglądam się wokół zdesperowana. Opiekunka spuszcza głowę.
– Rozmawiałyśmy o tym, kiedy wstałaś na chwilę dziś rano, pamiętasz?
Nie. Nie pamiętam. Ale nie muszę zerkać do tyłu na wiszący na lodówce kalendarz, by prześledzić linię iksów znaczących dni września upływające aż do dziś – do dwudziestego – aby wiedzieć, że ma rację.
– Na pewno chcesz jechać teraz? – pytam. – Zobacz, już prawie ciemno. – Wskazuję ręką na okno. Nie jestem na to gotowa.
Podchodzi do mnie i kładzie dłonie na moich ramionach. Łuk jej lewej brwi wygięty jest o kilka stopni wyżej niż prawej. Ta nierówność jednak nie daje efektu asymetrii, a jedynie ożywia jej spojrzenie.
– Świetnie sobie radzisz, Emily. Zabieg zakończył się sukcesem. Stoisz u progu nowego życia. Czas zrobić pierwszy krok. Świeży początek. – Dziwne pojęcie, kiedy nie wiesz, co zostawiłeś za sobą. Ściska mnie i zakłada torebkę na ramię. – Chętnie skorzystałabym z podwózki na nabrzeże i do miasta.
– Jasne. Oczywiście.
Rozglądam się wokół, zagubiona w zbyt obszernej bluzie, szukając kurtki. Wiedziałam, że kiedyś nadejdzie ten dzień. Więc skąd to poczucie porzucenia?
Wiążę buty i biorę klucze, ale pytania, które opadły mnie jak chmara owadów podczas pierwszych dni po przebudzeniu – zanim Clare skutecznie pouczyła mnie, żeby nie podważać własnej decyzji – teraz wracają ze wzmożoną mocą. Odganiam je, ale kiedy docieram do drzwi, widzę, że opiekunka trzyma coś w dłoni. Kopertę. Odręczne pismo na wierzchu wyszło spod mojej ręki. Wyciąga list ku mnie.
– Napisałaś to przed zabiegiem.
Powoli przejmuję od niej kopertę. Jest zaklejona, a na przylepionym skrzydełku widnieją moje nagryzmolone inicjały.
– Większość pacjentów decyduje się na sporządzenie listu, który dostarcza im pooperacyjnego wsparcia. Możesz przeczytać, kiedy wrócisz.
Kiwam głową, ale część mnie żałuje, że Clare w ogóle pokazała mi list. Rzucam go na blat.
– Dobrze.
Na zewnątrz wsiadamy do łódki i odpalam zaburtowy silnik. Pełne pięć minut zajmuje mi wprowadzenie nas do odległego o niecałe dwieście metrów portu. Chwytam latarkę z łódki; uderzam nią o dłoń, kiedy zaczyna gasnąć. Należący do właściciela posiadłości zdezelowany ford bronco stoi przy slipie. Skręcając w Lily Bay Road, pytam Clare, o której ma lot. Rozmawiamy o byle czym. O cudnych barwach liści drzew wokół jeziora. Czy widziała kiedyś łosia. Mówi, że nie, nigdy jej się nie udało.
Po dwudziestu minutach parkujemy pod supermarketem na wzgórzu. To stąd po raz pierwszy zobaczyłam jezioro – zaparło mi dech w piersi. Na parkingu stoi czarny, miejski samochód i Clare kieruje mnie w jego stronę. Gaszę silnik swojego pick-upa, zastanawiając się, co mówi się w takiej sytuacji. Dobrze, że na zewnątrz panuje niemal zupełny zmrok.
– Dam radę – oznajmia, kiedy zaczynam wysiadać. Wyjmuje walizkę, po czym zagląda jeszcze przez drzwiczki pasażera. – Świetnie sobie poradzisz, Emily. Jesteś odważna, skoro zdobyłaś się na coś takiego.
Jakoś chęć zapomnienia wszystkiego wydaje mi się daleka od aktu odwagi.
– Przeczytaj swój list. Zaufaj sobie. Ale na wszelki wypadek – zdejmuje z szyi krzyżyk tau i wciska mi go w dłoń – gdybyś kiedykolwiek wpadła w tarapaty.
Przechylam się przez fotel, by ją uściskać. Nie planowałam tego.
Clare znika.

Może nie chcę zmarnować wyprawy do miasta, a może po prostu nie śpieszy mi się do umierania ze strachu przed stojącym w sypialni wypchanym niedźwiedziem. Przyprawia mnie o ciarki, ilekroć próbuję spać w łóżku jak normalny człowiek. Gdy tylko czarny wóz znika za zakrętem, zawieszam krzyżyk na lusterku i postanawiam zrobić zakupy. A tak całkiem szczerze, nie czuję się gotowa, by otworzyć kopertę. Nie wiem, co zostawiłam za sobą – umysł podsuwa całą gamę opcji, od molestowania w dzieciństwie po znęcających się partnerów i nerwicę pourazową – ale część mnie jest przerażona tym, czego mogłabym się dowiedzieć od d a w n e j siebie, a jednocześnie nie może się doczekać, by to usłyszeć. Boję się, że mogłabym znaleźć jakąś wskazówkę i zacząć drążyć, dlaczego zamieszkuję wysepkę wielkości chipsa w lasach na głębokiej prowincji stanu Maine i mam na głowie odrosty o pięć tonów jaśniejsze niż reszta włosów.
W supermarkecie na oślep wrzucam do koszyka wędlinę, banany, popcorn do przyrządzenia w mikrofalówce, tampony. Sklep spożywczy jest częścią większej placówki handlowej, oferującej sprzęt biwakowy, wędkarski i myśliwski, dzięki czemu za jednym zamachem można sobie kupić wegetariański kotlet i strzelbę. A w moim wypadku – wełniane skarpety i baterie do latarki. Na koniec zatrzymuję się w alejce monopolowej. Wypadałoby wznieść toast za przeszłość, o której mam usłyszeć od byłej mnie. Kto wie, może po tym, co wyczytam w liście, będę musiała się upić.
Właśnie biorę z półki cabernet z przyciągającą oko etykietą – bo po czym poznać dobre wino, skoro nie ma się pojęcia o trunkach – kiedy czuję na sobie czyjś wzrok. Patrzę w głąb alejki i widzę mężczyznę w zielonym, sklepowym fartuchu. Zamarł w pozycji klęczącej przy dolnej półce, na której rozkładał towar. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie pomyślał, że coś kradnę albo – co bardziej prawdopodobne – że jestem za młoda, żeby zaopatrywać się w procenty. Ostentacyjnie wkładam butelkę do koszyka. Już odchodzę, kiedy rozlegają się za mną pośpieszne kroki.
– Hej. Hej!
Odwracam się niechętnie. Nie tylko dlatego że chciałabym już być w drodze do domu. Teraz, kiedy chłopak się zbliżył, widzę sięgające podbródka włosy zatknięte za ucho, błękitne oczy pod rozważnymi brwiami. A ja stoję przed nim z okropnymi odrostami i tamponami w koszyku. Chwyta coś z półki.
– Właśnie nam przywieźli – mówi, nie odrywając ode mnie wzroku.
Policzki pokrywa mu kilkudniowy zarost barwy miodu, o ton ciemniejszy od włosów. Rzucam okiem na butelkę bezalkoholowego cydru.
– Dzięki – mruczę pod nosem. – Znalazłam już, co chciałam.
– Jest ekologiczny. – Nie daje za wygraną.
Jego wzrok nie ześlizguje się nawet na proponowany produkt. Chłopak mówi z akcentem – tak leciutkim, że nie umiem przypisać go do konkretnego miejsca, ale na pewno nie jest tubylcem.
Teraz już naprawdę marzę, żeby stąd zniknąć. Myśl o czekającym na blacie w chatce liście pali mnie w środku. Jeśli ma mi posłużyć za wsparcie, to potrzebuję go już, natychmiast, bo o wiele lepiej radziłam sobie z dręczącymi mnie pytaniami, zanim Clare wyjechała, pozbawiając mnie opieki i rady, i zanim w ogóle miałam świadomość istnienia listu.
Odstawiam wino, a w zamian biorę butelkę tequili z półki, którą mijam w drodze do kasy. Pusto, nikogo nie ma. Stawiam koszyk na taśmie i rozglądam się wkoło. Chwilę później zjawia się ten sam gość i zaczyna nabijać zakupy na kasę.
– Witam ponownie. – Uśmiecha się.
Odwracam wzrok.
W połowie kasowania zdaję sobie sprawę, że nie wiem, gdzie schowałam kartę płatniczą. Wyjmuję kluczyki i przekopuję kieszenie kurtki. I nagle widzę kartę leżącą na blacie w chatce, tuż obok listy licznych zakupów, których właśnie dokonałam.
– Zapomniałam karty – wyznaję zmieszana.
Chłopak wzrusza ramionami.
– Nie ma sprawy. Odłożę twoje rzeczy albo zlecę dostawę do domu. Wtedy zapłacisz.
– Nie – mówię szybko, robiąc kilka kroków wstecz. Za mną w kolejce ustawiły się już dwie osoby. – Nie trzeba. Przepraszam – rzucam i odwracam się na pięcie. Wypadam na zewnątrz, w wieczorny mrok, zostawiając zakupy na taśmie.
Chmara owadów kłębi się przy oświetlającej parking samotnej latarni. Dochodzę do auta, chwytam klamkę i… uderzam czołem o szybę, mieląc przekleństwo w ustach. Zostawiłam kluczyki w sklepie, na podpórce, na której starsze panie wypisują czeki. Wbijam wzrok w ciemne okno, jakbym mogła otworzyć samochód siłą woli. Nic z tego. Widzę tylko latarkę z dogorywającymi bateriami wciśniętą pomiędzy fotele.
– Hej! – Głos dobiega od strony supermarketu.
Odpycham się od drzwi pick-upa. To ten facet; trzyma moje kluczyki.
– Zapomniałaś czegoś.
– Taa, chyba mózgu.
Wręcza mi zgubę oraz dwie reklamówki z zakupami. Patrzę na nie ze zdumieniem.
– Ja stawiam – mówi.
– Och. Nie, nie mogę…
– Już załatwione. Poza tym ta tequila wygląda na dość istotną. – Uśmiecha się lekko.
– Oddam pieniądze.
– Nie ma sprawy. – Przez chwilę się waha, po czym życzy mi dobrej nocy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *