Tatuś Muminka i morze


"Tatuś Muminka i morze" to ósma część cyklu o Muminkach.


Tatuś Muminka i morzeTrochę niesamowita i melancholijna historia o pewnej Latarni Morskiej, o Latarniku, samotności, i przede wszystkim o morzu.

***

W 2014 roku obchodziliśmy setną rocznicę urodzin Tove Jansson – twórczyni Muminków, sympatycznych trolli znanych czytelnikom na całym świecie. Z tej okazji ukazało się nowe wydanie całego dziewięciotomowego cyklu.

Wysmakowane okładki dla koneserów, a w środku te same niezapomniane historie, które od lat zachwycają zarówno małych, jak i dorosłych czytelników. Bo z tych wyjątkowych, pełnych mądrości książek po prostu się nie wyrasta.

Życie Muminków i ich przyjaciół z doliny skupia się wokół domu mamy i tatusia Muminka, gdzie każdy może liczyć na pomoc i przyjaźń. Panna Migotka, Paszczak, Mała Mi, Włóczykij, Ryjek, czy straszna Buka tworzą galerię postaci, które na zawsze pozostaną w pamięci czytelników.

Niezapomniane historie, które od lat zachwycają zarówno małych, jak i dorosłych czytelników. Bo z tych wyjątkowych, pełnych mądrości książek po prostu się nie wyrasta

***

Tove Jansson to fińska pisarka szwedzkojęzyczna, znana przede wszystkim jako autorka cyklu powieści dla dzieci o Muminkach. Jansson urodziła się w 1914 roku w Helsinkach. Jest znana również jako malarka oraz ilustratorka książek dla dzieci. Studiowała m.in. w Sztokholmie, Helsinkach oraz Paryżu na kierunkach związanych ze sztukami pięknymi. Literackim debiutem była książka “Małe trolle i duża powódź” z 1939 roku, jednakże sławę przyniosły jej wydawane począwszy od 1946 roku książki o świecie Muminków.

***

Cykl książek o Muminkach obejmuje:

Małe trolle i duża powódź
Kometa nad Doliną Muminków
W Dolinie Muminków
Pamiętniki Tatusia Muminka
Lato Muminków
Zima Muminków
Opowiadania z Doliny Muminków
Tatuś Muminka i morze
Dolina Muminków w listopadzie


Tove Jansson
Tatuś Muminka i morze
Przekład: Teresa Chłapowska
Ilustracje: Tove Jansson
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Edycja jubileuszowa, premiera: czerwiec 2014
 

 

Tatuś Muminka i morze


Spis treści

Rozdział 1 Rodzina w szklanej kuli
Rozdział 2 Latarnia morska
Rozdział 3 Wiatr z zachodu
Rozdział 4 Wiatr z północnego wschodu
Rozdział 5 Mgła
Rozdział 6 Po pełni księżyca
Rozdział 7 Wiatr z południowego zachodu
Rozdział 8 Latarnik

Rozdział 1

Rodzina w szklanej kuli

Któregoś popołudnia w końcu sierpnia Tatuś Muminka spacerował po ogrodzie i czuł się niepotrzebny. Nie wiedział, do czego by się wziąć, bo wszystko, co było do zrobienia, albo już zostało zrobione, albo ktoś inny tym się zajmował.
Dreptał tu i tam bez określonego celu, z ogonkiem wlokącym się smętnie po wyschniętej ziemi. Upał ogarnął dolinę i wszystko tkwiło w milczącym bezruchu, lekko zakurzone. W sierpniu zdarzały się wielkie pożary lasów i Tatuś uprzedzał swoją rodzinę o tym niebezpieczeństwie. Powtarzał im niejednokrotnie, że trzeba naprawdę bardzo uważać, że w lecie obowiązuje szczególna ostrożność. Opisywał nawet, jak wygląda taka paląca się dolina, syczące płomienie, rozżarzone pnie i ogień pełzający pod mchem. Jak nocą lśniące słupy ognia wyrastają na tle ciemnego nieba, a fale płomieni pędzą po zboczach w stronę morza…
„A potem z sykiem rzucają się do wody – kończył opowiadanie z ponurą satysfakcją. – I wszystko jest czarne, spalone. Ogromna odpowiedzialność spada w tym czasie na każdego, kto ma dostęp do zapałek, choćby był najmniejszym nawet stworzeniem”.
Rodzina przerywała pracę i mówiła:
„Tak. Oczywiście. Tak. Tak”.
I znów wszyscy wracali do swoich zajęć.
Bo każdy ciągle coś robił. Spokojnie, ze skupieniem krzątali się całymi dniami koło małych, malutkich spraw, które składały się na ich świat. A był to ich własny, całkiem prywatny świat. Nic tam nie można było dodać, tak jak na mapie, gdzie wszystko jest już odkryte i zamieszkane i nie ma białych plam.
„Tatuś w sierpniu zawsze opowiada o pożarach lasów” – mówili do siebie.
Tatuś Muminka wszedł po stopniach na werandę. Jak zwykle łapki przyklejały mu się do lakierowanej podłogi i przy każdym kroku słychać było cmoknięcie. Ogonek też się przyklejał, zupełnie jakby ktoś za niego ciągnął!
Tatuś doszedł do wiklinowego fotela, usiadł i zamknął oczy. „Tę podłogę trzeba by na nowo polakierować – pomyślał. – Robi się taka z powodu upału. Ale dobry lakier nie powinien się roztapiać dlatego, że jest gorąco. Może użyłem niewłaściwego gatunku. Werandę zbudowałem bardzo, bardzo dawno i trzeba ją koniecznie przelakierować, lecz wpierw powinno się wywiórkować podłogę. Okropna robota, której nikt nie doceni. Tyle tylko, że ma się jakąś szczególną przyjemność, malując nową, białą podłogę szerokim pędzlem i błyszczącym lakierem. Zanim to zrobię, reszta rodziny będzie musiała używać tylnych drzwi, żeby nie przeszkadzać. A potem zawołam ich i powiem: »Proszę. Oto wasza nowa weranda…«. Za gorąco tu jest. Chciałbym wypłynąć gdzieś na żaglówce, pożeglować prosto przed siebie, jak najdalej…”.
Tatuś Muminka poczuł senność, zwłaszcza w łapkach, otrząsnął się więc i zapalił fajkę. Zapałka tliła się w popielniczce, a on przypatrywał się jej z zainteresowaniem. Kiedy już prawie miała zgasnąć, Tatuś podarł kawałek gazety na drobniutkie cząstki i położył je na płomyku. Błysnął ładny ogieniek, ledwo widoczny w słońcu, ale palił się ślicznie. Tatuś śledził go z uwagą.
– Znów gaśnie – odezwała się mała Mi. – Dołóż jeszcze! – Siedziała w cieniu na poręczy balustrady i przyglądała mu się.
– Ach, to ty – rzekł Tatuś Muminka, potrząsając popielniczką i czekając, żeby płomień zgasł. – Obserwuję, w jaki sposób pali się ogień. To bardzo ważne.
Mała Mi zaśmiała się i dalej patrzyła na niego. Wtedy Tatuś Muminka nasunął kapelusz na oczy i tak schowany, zapadł w sen.
– Tatusiu – powiedział Muminek. – Obudź się! Ugasiliśmy pożar w lesie!
Tatuś miał teraz obie łapki mocno przyklejone do podłogi. Oderwał je z uczuciem głębokiej niechęci. Co za niesprawiedliwość!
– O czym ty mówisz? – zapytał.
– Prawdziwy mały pożar lasu – wyjaśnił Muminek. – Zaraz za poletkiem tytoniowym. Palił się mech i mama powiedziała, że to mogła być iskra z komina…
Tatuś Muminka zerwał się z fotela i natychmiast poczuł przemożną chęć działania. Kapelusz stoczył się po schodach.
– Zgasiliśmy go! – krzyknął Muminek. – Od razu został zgaszony. Nie musisz się niepokoić
Tatuś stanął jak wryty. Ogarnęła go złość.
– Gasiliście beze mnie? – zawołał. – Dlaczego nikt mi nic nie powiedział? Pozwoliliście mi spać, nic nie mówiąc!
– Ależ, kochanie – odezwała się Mama Muminka, wychylając się z okna w kuchni. – Pomyśleliśmy, że nie trzeba cię budzić. To był naprawdę bardzo mały pożar, trochę tylko dymiło. Szłam właśnie tamtędy, niosąc wiadra z wodą, i wystarczyło pokropić go po drodze…
– Po drodze! – wykrzyknął Tatuś Muminka. – Tylko pokropić! Pokropić, co za słowo! I zostawić palący się ogień pod mchem, niestrzeżony! Gdzie on jest? Gdzie?
Mama Muminka przestała robić to, co właśnie robiła, i prędko podreptała pierwsza w stronę tytoniowego poletka. Muminek został na werandzie, patrząc za nimi. Czarna plamka w mchu była naprawdę bardzo niewielka.
– Można by pomyśleć – rzekł w końcu Tatuś Muminka, bardzo powoli – że taka plamka nie jest niebezpieczna. Otóż nie. To się może dalej palić pod mchem. W ziemi. Może minąć godzina, może nawet dwie, a potem nagle puf! – ogień wybucha w całkiem innym miejscu. Rozumiesz?
– Tak, kochanie – odpowiedziała Mama Muminka.
– Dlatego zostanę tutaj – mówił dalej Tatuś, grzebiąc z niezadowoleniem w mchu. – Żeby pilnować. Nawet całą noc, jeżeli będzie trzeba.
– Czy naprawdę myślisz… – zaczęła Mama Muminka. A potem dodała: – No tak, to ładnie z twojej strony. Z mchem nigdy nic nie wiadomo.
Tatuś całe popołudnie pilnował czarnej plamki.
Powyrywał mech dookoła na dość dużej przestrzeni i nawet na kolację nie wrócił do domu. Chciał, żeby wszyscy wiedzieli, że czuje się dotknięty.
– Myślisz, że zostanie tam całą noc? – spytał Muminek.
– Bardzo możliwe – odparła Mama Muminka.
– Jak się gniewać, to się gniewać – stwierdziła mała Mi, obierając ziemniaka zębami. – Trzeba czasem być złym, każde najmniejsze stworzenie ma prawo być złe. Ale Tatuś gniewa się nie tak, jak trzeba. Nic nie wydmuchuje z siebie, tylko wciąga do środka.
– Drogie dziecko – powiedziała Mama Muminka – Tatuś wie, co robi.
– Ja myślę, że nie wie – rzekła wprost mała Mi. – Wcale nie wie. A wy wiecie?
– Tak naprawdę to nie – musiała przyznać Mama.
Tatuś Muminka wsadził nos w mech i poczuł kwaśny zapach dymu. Ziemia nie była już nawet ciepła. Wytrząsnął fajkę do dziury i dmuchnął na iskry: żarzyły się przez chwilę, a potem zgasły. Wtedy Tatuś przydeptał to brzydkie miejsce i poszedł wolno w głąb ogrodu, żeby popatrzeć na szklaną kulę.
Zmrok wyłaniał się z ziemi, gromadząc się, jak zwykle, pod drzewami. Koło szklanej kuli było nieco jaśniej. Pięknie wyglądała na słupku z morskiej pianki – odbijał się w niej cały ogród. Należała do Tatusia, była jego wyłączną własnością, jego własną magiczną kulą z błyszczącego niebieskiego szkła, centralnym punktem ogrodu i doliny, ba, może nawet całego świata.
Lecz Tatuś Muminka nie od razu w nią spojrzał. Przypatrywał się swym zasmolonym łapkom, usiłując zebrać kołujące myśli, niejasne i smutne. A gdy zrobiło mu się tak ciężko na sercu, że trudno bardziej, szybko zerknął na kulę, żeby się pocieszyć. Zawsze go pocieszała. Każdego wieczoru chodził patrzeć na nią, przez całe długie, ciepłe, nieopisanie piękne i melancholijne lato.
Kula była zawsze chłodna. Jej niebieski kolor, głębszy i jaśniejszy niż błękit morza, przemalowywał cały świat, czyniąc go też chłodnym, odległym i obcym. W środku tego świata Tatuś widział siebie ze swym dużym nosem, a dookoła ukazywał mu się, jak w zwierciadle, zupełnie zmieniony, bajkowy krajobraz. Niebieska ziemia była gdzieś daleko i głęboko w dole. W tej niedającej się dosięgnąć przestrzeni Tatuś zaczynał szukać swojej rodziny. Co dzień się zjawiali, wystarczyło poczekać – szklana kula zawsze ich odzwierciedlała.
I nic dziwnego, bo każdego dnia o zmroku mieli bardzo dużo do zrobienia. Stale coś robili. Prędzej czy później ukazywała się Mama Muminka spiesząca od strony kuchni do piwnicy na podwórku po kiełbasę czy masło albo idąca na pólko ziemniaczane lub po drewno na opał. Za każdym razem wyglądała tak, jakby stąpała po zupełnie nieznanej sobie ścieżce i jakby ją to ogromnie bawiło. Ale nigdy nie można było być pewnym. Mogła równie dobrze udawać się na jakąś tajemniczą przechadzkę, bardzo dla niej przyjemną, mogła też bawić się sama ze sobą w jakąś własną grę albo po prostu przechadzać się i cieszyć życiem.
O, właśnie przebiegła, jak biała zaaferowana kulka, w samej głębi, między najbardziej niebieskimi wśród niebieskich cieni. A tam włóczył się Muminek, jakby nieobecny, zajęty wyłącznie sobą. I mała Mi przemykała się po zboczu, ale tak szybko, że ledwo ją było widać. Tatuś zauważył tylko mignięcie postaci tak zdecydowanej i samodzielnej, tak niezależnej, że nie musiała ani przechwalać się, ani popisywać. W swoich odbiciach wszyscy wydawali się niewiarygodnie mali, a szklana kula sprawiała, że ruchy ich były błędne, pozbawione celu. Tatuś Muminka bardzo to lubił, to była jego wieczorna zabawa. Dawała mu wrażenie, że oni potrzebują jego opieki, że znajdują się na dnie głębokiego morza, które tylko on zna.
Było już prawie ciemno, gdy nagle w szklanej kuli zdarzyło się coś nowego: zabłysło jakieś światło. To Mama Muminka zapaliła lampę na werandzie, pierwszy raz tego lata. Lampę naftową. Od razu poczucie bezpieczeństwa skupiło się w jednym jedynym punkcie: na werandzie, koło Mamy. Mama siedziała i czekała, aż cała rodzina zbierze się w domu, żeby podać im herbatę.
Szklana kula zgasła. Wszystko, co niebieskie, stało się ciemnością i widać było tylko lampę.
Tatuś Muminka stał przez chwilę, nie bardzo wiedząc, o czym myśli. Potem odwrócił się i poszedł do domu.
– No, tak – rzekł Tatuś. – Myślę, że teraz możemy spać spokojnie. Niebezpieczeństwo chyba minęło, tym razem. Ale na wszelki wypadek pójdę tam jeszcze raz o świcie.
– Ha! – powiedziała mała Mi.
– Tatusiu! – zawołał Muminek. – Nic nie zauważyłeś? Mamy lampę!
– Tak – rzekła Mama Muminka. – Uznałam, że powinniśmy zapalić lampę, bo wieczory zaczynają być długie. Właśnie dziś takie miałam uczucie.
– Ale w ten sposób zakończyłaś lato – powiedział Tatuś. – Nie należy zapalać lampy, dopóki lato naprawdę nie minie.
– Potem jest już jesień – rzekła Mama cichym głosem.
Lampa syczała. W jej świetle wszystko stawało się bliskie i niezawodne, rodzina tworzyła zwarty krąg, dobrze znajomy, bezpieczny. Na zewnątrz świat był obcy i niepewny, a ciemność zdawała się sięgać coraz wyżej i coraz dalej, chyba po krańce świata.
– W niektórych rodzinach ojcowie decydują, kiedy czas zapalić lampę – mruknął Tatuś z pyszczkiem w filiżance.
Muminek ułożył sobie kanapki tak jak zawsze: wpierw z serem, potem dwie z kiełbasą, potem z zimnymi kartoflami i sardynkami, a na koniec z marmoladą. Był doskonale szczęśliwy. Mała Mi jadła tylko sardynki, bo czuła, że ten wieczór jest jakiś niezwykły. Zamyślona, wpatrywała się w ciemność zalegającą ogród, a im więcej myślała i jadła, tym jej oczy stawały się czarniejsze.
Jasne światło lampy padało na trawę i krzak bzu. Dalej, znacznie już słabsze, rozpełzało się wśród cieni. A tam, w zupełnej samotności, siedziała Buka.
Siedziała już tak długo na tym samym miejscu, że ziemia pod nią zdążyła zamarznąć. Kiedy podniosła się, trawa zachrzęściła jak tłuczone szkło. Buka zbliżyła się nieco do światła i wtedy szept grozy zaszeleścił w koronach drzew, a kilka liści klonu zwinęło się i drżąc, spadło na jej ramiona. Astry odchyliły się od niej, jak tylko mogły najdalej, koniki polne zamilkły.
– Dlaczego nie jesz? – spytała Mama Muminka.
– Nie wiem – odparł Muminek. – Czy są u nas rolety?
– Są na strychu. Będą potrzebne dopiero, jak zapadniemy w zimowy sen.
Mama zwróciła się do Tatusia i powiedziała:
– Nie chciałbyś trochę popracować nad twoim modelem latarni morskiej? Korzystając z tego, że lampa się pali?
– Ech! – rzekł Tatuś. – To zbyt dziecinne. I nieprawdziwe.
Buka przysunęła się jeszcze trochę bliżej. Wpatrzona w lampę, lekko kiwała wielką głową, jej nogi tonęły w mroźnej, białej mgle. Gdy po chwili znów zaczęła wlec się wolno w stronę światła, niczym ogromny cień, szary i samotny, cały ogród wstrzymał oddech, a szyby w oknach cicho zabrzęczały, jakby gdzieś daleko była burza. Podeszła do werandy i stanęła poza czworokątem światła, na spowitej ciemnością ziemi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.