Banda Michałka powraca


W 2013 roku “Banda Michałka” podbiła serca młodych czytelników. Czytały ją na antenie radiowej Trójki Maria Peszek i Maria Seweryn. Dzieci – pierwowzory postaci – udzielały wywiadów. Ich przygody opowiadano jako znakomite anegdoty. A dziś – banda Michałka powraca!


Banda Michałka powracaKrótkie, skrzące się dowcipem, świetnie oddające współczesne realia opowiadania w stylu “miało być dobrze, a wyszło jak zawsze”.

Walentynki i związane z nimi miłosne podchody! Nocne polowanie na Minotaura! Kosmiczne fotografie dla NASA! Uchodźcy w szałasie! Żałosne skutki pogadanek, czyli banda na tropie Pedobera! Własna agencja detektywistyczna kontra złodzieje perfum! Oczy Róży i spotkanie z Błotnym Misiem…

A w tle stara warszawska kamienica w sercu Żoliborza i jej barwni mieszkańcy, kochająca się rodzina Michałka, szkoła z jej nietuzinkową dyrekcją (gotową nawet wystartować w szkolnym konkursie talentów). A w rolach głównych oczywiście – Michałek i jego przyjaciele!

Ewa Karwan-Jastrzębska – pisarka, scenarzystka i dziennikarka – debiutowała w 1993 roku filozoficzną baśnią o Misiu Fantazym. Ma w swoim dorobku kilkanaście powieści dla dzieci i młodzieży. Wśród cieszących się powodzeniem tytułów są między innymi: “Duchy w teatrze” i “Hermes 9:10”, “Sobowtór”, seria “Agata z placu Słonecznego” oraz “Banda Michałka”. Jest też współautorką dwóch tomów opowiadań o przygodach Bolka i Lolka. Stworzyła serię powieści sensacyjno-przygodowych “Wyjątkowi” (tom I “Misja Feniks”, tom II “Misja Xibalba”), utrzymaną w klimacie książek Dana Browna i filmów o słynnym Indianie Jonesie. Razem z mężem Markiem zawiązała spółkę autorską, czego owocem był cykl książek o czarodziejkach Witch i literacki eksperyment w postaci pierwszej polskiej powieści transmedialnej Kaktus w sercu, na licencji TVN. Jest warszawianką, absolwentką UW, ale dzieciństwo spędziła w Afryce, która wielokrotnie powraca w jej twórczości dla dzieci.


Ewa Karwan-Jastrzębska
Banda Michałka powraca
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 6 czerwca 2017
 

 

Banda Michałka powraca

Początek początku

Mam na imię Michałek. Mówiłem wam już chyba, że moje imię wzięło się z łakomstwa. Mama, gdy była ze mną w ciąży, objadała się czekoladowymi cukierkami. W domu wszędzie walały się papierki po michałkach. Pewnego dnia tata zawołał: „Dobrze! Wygrałaś! Jeśli będzie chłopak, damy mu na imię Michałek”. Mama zrobiła niewinną minę (opowiadała mi o tym babcia) i zatrzepotała rzęsami. Wiecie, jak to się robi, prawda? Moje koleżanki z klasy są w tym specjalistkami. Trzepoczą na wyścigi. No i mama zatrzepotała i uśmiechnęła się czule do taty, kiwając wolno głową. Sprawa była przesądzona. I odtąd dziwnym trafem papierki zaczęły trafiać do kosza.
Dom, w którym mieszkam, stoi przy placu Wilsona na warszawskim Żoliborzu. Wygląda jak podkowa albo lądowisko dla kosmitów. Lubimy z bandą wyobrażać sobie, że kiedyś, kiedy ludzie zmądrzeją i przestaną się tak bez przerwy zbroić, kosmici zdecydują się nas odwiedzić. I wylądują właśnie tutaj, w ogrodzie wśród drzew. Kamienica położona jest w miejscu, gdzie spotyka się trzech wieszczów – Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki i Zygmunt Krasiński. Dlatego w naszym domu mieszkają pisarze. Tacy prawdziwi. Banda liczy na to, że w związku z tym ktoś z nas zostanie kiedyś laureatem literackiej Nagrody Nobla. Mówią, że jestem na to skazany.
Ale zaraz! Nie powiedziałem wam jeszcze nic o naszej bandzie. To moi najlepsi przyjaciele: Jerzyk, Rysio, Filip, Franciszek zwany Drzewem, Mateusz, który woli być Krystianem, Hubert i… Marysia. Warta tyle, ile każdy chłopak. Może być i na początku, i na końcu listy, to bez znaczenia. Nie trzepocze rzęsami i jest najlepszą pływaczką na świecie. No, może trochę przesadzam, ale my, banda, mamy o sobie jak najlepsze zdanie. Jako klasa sportowa stale coś robimy, doskonaląc nie tylko swoje umysły, ale też ciała. Trenujemy pływanie i łucznictwo. Tata twierdzi, że łucznictwo wymaga wielkiego skupienia. Czasem więc zamiast wypuścić strzałę, stoję przed tarczą i skupiam się bez końca. Trener denerwuje się wtedy, a ja proponuję mu, aby poczytał sobie książki o moim idolu Robinie z Sherwood. I zaczynamy się śmiać. To nasz rytuał. Rytuał to coś takiego, co lubimy powtarzać i jest dla nas ważne.
Mam też siostrę. Czasem nawet mnie to cieszy, choć prawdę mówiąc, częściej złości, bo są z nią same problemy. Julia ciągle gada przez telefon, trajkocze jak najęta o modzie, o fryzurach, a niekiedy o filmach czy książkach, i wtedy bardzo się wymądrza. Najbardziej nie lubię, jak mierzwi mi włosy i łapie za nos, twierdząc, że jestem dzieciakiem. Ona ma skończone szesnaście lat, a ja mam już ponad dwanaście. Co to za różnica? W związku z niewątpliwą urodą Julii (tak wyraził się na jej temat Hubcio, który jest poetą) ciągnie się za nią tabun chłopaków. Nie jest to takie złe, bo często proszą mnie o przysługi, dając gumę do żucia albo figurki do malowania. Jeden posunął się nawet do tego, że ofiarował mi lorda Vadera, co prawda z ułamaną ręką, ale zawsze. Proszą, abym mówił o nich same dobre rzeczy.
Zdradzam od czasu do czasu Julce, że chcą o niej wszystko wiedzieć, bo liczę, iż opowie mi coś specjalnie dla nich, ale ona tylko śmieje się i puka w głowę. Chyba nie ma serca. Dwóch to się nawet o nią pobiło, bo jeden twierdził, że jest podobna do jakiejś gwiazdy rocka, a drugi uważał, że nie ma na świecie podobnej do niej dziewczyny. Całe szczęście, że my w bandzie jesteśmy normalni.
Poznaliście już prawie całą moją rodzinę. Tata przeczytał wszystkie książki świata i jest tak mądry jak czarodziej Gandalf z Władcy Pierścieni. Mama ciągle się o nas martwi i pracuje z tatą, a czasem sama, nad jakimiś scenariuszami i książkami. Mieszka też z nami babcia pływaczka. Ma na imię Katarzyna. Jest niezłomna i uparta, jak wszystkie kobiety urodzone przed wojną. Wiem coś na ten temat, bo podsłuchałem rozmowę sąsiadek. Pani Leokadia, która ma psa Pima, twierdzi, że babcia zastrzeliła Niemca, gdy była małą dziewczynką. Jednak nikt tego nie potwierdził, a że sąsiadki lubią plotkować, to nie wiem, jak było naprawdę. Tata powtarza, że babcia jest zrobiona z przedwojennego materiału. Nie do końca rozumiem, o co chodzi, bo przecież to żywa osoba, ale nie wypytuję, bo a nuż jest kosmitką albo ma siedem żyć jak kot? I co wtedy? Kim ja bym wtedy był?

Walentynki

W naszej szkole obchodzi się Dzień Świętego Walentego. To głupi zwyczaj, bo dziewczyny liczą na miłe słowa i prezenty, a jak ktoś naprawdę jest zakochany, to i tak nikomu się nie przyzna i się z tym kryje. Wszyscy więc coś udają, a ostatnio pani powiedziała, że czasem warto dwa razy się zastanowić, zanim zrobi się coś, czego się będzie żałować. Pani Marii chodziło na pewno o zachowanie pana od gimnastyki. Doskonale wiedziała, kiedy się jej przygląda, i prosiła, aby tego nie robił, bo ona nie jest muzealnym eksponatem. Wiadomo, że nie zawsze należy mówić dziewczynom komplementy i wgapiać się w nie jak sroka w gnat. On to robi bez przerwy i pani ma już tego dość. Raz mówi, że ma ładny sweterek, a to znów pyta, czy była u fryzjera, innym razem upewnia się, czy nie trzeba jej pomóc w odniesieniu naszych zeszytów do domu. Pani już dawno oficjalnie zakomunikowała nam (bo pytaliśmy ją o to na godzinie wychowawczej), że jak spotka miłość swojego życia, to pierwsi się o tym dowiemy. Jest chyba bardzo niezależna i walczy o prawa kobiet, a nawet uczestniczy w marszach. Nasze mamy są z pani Marii bardzo dumne, bo one też na nie chodzą. Dlaczego to jest ważne, wyjaśniła mi pewnego dnia moja mama: wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa bez względu na płeć.
Ja nie mówię komplementów, bo dziewczyny (poza Marysią) są dziwne. Są wręcz nieprzewidywalne. Tak uważa mój tata. Niektórzy w bandzie planują jednak dać komuś walentynkę. Na przykład Filip. On ma dużo wielbicielek, bo gra na gitarze i wygląda jak wiecznie zakochany muzyk rockowy. Jest ich (tych fanek) tak wiele, że trudno je zliczyć. Ale najważniejsza jest Ola. I banda to wie.
– Dziewczyny mnie nie interesują, wolę muzykę – oznajmił, gdy wpadł do mnie po lekcjach, aby pogadać. – No, może trochę bardziej lubię Olę…
– Daj jej walentynkę, to będzie wiedziała – zaproponowałem.
Pomysł był genialny w swojej prostocie. Od trzech lat dawał jej walentynki, a ona się rumieniła i potem z tydzień ze sobą nie rozmawiali.
– Nie chcę, aby coś sobie wyobrażała. Jak dam jej walentynkę po raz czwarty, to będę ją musiał zaprosić do kina.
Filip najwyraźniej ma problem z uczuciami. Niby lubi Olę, ale trochę go denerwuje. Zagapił się teraz. Znam tę jego minę. Otwiera lekko usta i patrzy w przestrzeń. Nie wygląda to najmądrzej, lecz nigdy mu tego nie powiedzieliśmy. Przynajmniej dzięki temu wiemy, że nad czymś rozmyśla.
– Wiem! – krzyknąłem. – Mam pomysł! Jeśli dasz walentynki wszystkim dziewczynom, to ona też dostanie, więc w ten sposób jej nie wyróżnisz, a dasz, prawda?
– Genialne! Tak zrobię! – Filip zerwał się z krzesła i wykonał kilka nieskoordynowanych ruchów, wymieniając krótkie celne ciosy z niewidzialnym przeciwnikiem.
Ucieszył się bardziej, niż przypuszczałem. Tak dobrze się znamy (w końcu tworzymy jedną bandę), a jednak potrafimy siebie nawzajem zaskakiwać. Nigdy nie przypuszczałem, że Dzień Zakochanych może mieć takie znaczenie dla któregoś z moich kumpli.
Nadszedł wreszcie ten dzień. Szkolny poranek pełen był szeptanek i chichotów po kątach. Dziewczyny wystroiły się tak, jakby miały zaraz po lekcjach iść na bal. W klasie czekała już na nas pani Maria. Biedny pan od gimnastyki. Dzisiaj chyba groził mu zawał, bo nasza wychowawczyni miała na sobie obcisłą czerwoną sukienkę i wysokie szpilki. Wszyscy nauczyciele się dziś wystroili. Ja włożyłem fular taty, ale to tak dla draki, bo przecież nie świętowałem z zakochanymi.
– Czy wszyscy przygotowaliście walentynki? Zrobiliście coś specjalnego? – spytała pani Maria.
Rozległ się chór głosów. Wszyscy potwierdzili. Ja przezornie milczałem, ponieważ, szczerze mówiąc, niczego nie wymyśliłem, poza karteczkami z miłym słowem dla każdego z bandy. Bo przecież się lubimy.
– To bardzo proszę… – Pani wyjęła zza pleców poszewkę na poduszkę w kształcie wielkiego serca i rozsunęła suwak. – Wrzucajcie tu, do środka, swoje życzenia, prędko!
Uczniowie zerwali się z ławek i ruszyli w stronę tablicy. Filip tak się śpieszył, że potknął się o tornister Oli i z torby wypadł mu cały plik kolorowych karteczek z zagiętym rogiem. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że każda z nich wyglądała tak samo. Tylko imię było inne. Dziewczyny rzuciły się do zbierania i odkryły, że zrobił walentynki dla wszystkich w klasie.
– Taki jesteś uczuciowy? – spytała Ola, wstając z kolan z karteczką zaadresowaną do Agnieszki. – No proszę, proszę!
Była zaczerwieniona i chyba trochę zła, bo gdy się złości, jej brwi spotykają się u nasady nosa. Filip znów stał z otwartymi ustami, musiałem więc interweniować, bo mógł jeszcze długo tak rozmyślać.
– To moje karteczki! – powiedziałem dzielnie. – Filip pomógł mi je napisać, ja wybrałem połowę dziewczyn i Filip połowę. Żeby było sprawiedliwie. Agnieszka miała dostać ją ode mnie.
– Dwóch Don Juanów, hi, hi – zaśmiała się Marysia.
– A dla mnie też się znajdzie walentynka od któregoś z was?
– No pewnie! – zawołał wesoło Filip i klepnął mnie po przyjacielsku tak serdecznie, że poleciałem z metr przed siebie.
– Zanim zaczniecie się licytować i popychać, wrzućcie karteczki do serca, bo muszę je zanieść do sekretariatu. To był cały rytuał. Pani sekretarka zbierała wszystko do jednego pudła, a potem przypinała do wielkiej korkowej tablicy. Co roku wylosowani uczniowie zdejmowali je potem i odczytywali imiona. Mieliśmy więc już za sobą pierwszą kompromitację.
– Uratowałeś mu skórę, co? – Jerzyk trącił mnie ramieniem.
– Ola by go z niej obdarła. Jeszcze chwila i nie miałby po co prosić ją do tańca na wieczornej dyskotece. Nie powiedziałem wam jeszcze, że w Dzień Zakochanych szkoła zawsze organizuje dyskotekę. Muzykę wybiera Filip, Julka wpada, aby porobić zdjęcia, a nauczyciele pilnują, żeby nie dochodziło do dramatycznych scen między zakochanymi, bo wieczorowi towarzyszą zwykle wielkie emocje.
Na dużej przerwie spotkaliśmy się wszyscy w jednym miejscu. Pan dyrektor z muchą w grochy, w białej koszuli i szarym garniturze stał przed mikrofonem i witał uczniów zgromadzonych w sali gimnastycznej. Potem ogołociliśmy wielką korkową tablicę. Mieliśmy dwadzieścia minut na rozdanie walentynek. Co tam się działo! Każdy każdemu zaglądał przez ramię, aby przeczytać liścik. Niektórzy dostali ich kilka, niektórzy więcej. Byliśmy zaskoczeni, bo Marysia w tym roku miała kieszeń pełną listów, a paru chłopaków z szóstej B kręciło się przy niej, spoglądając, czy je czyta, czy nie.
– No, no, nasza Marysia ma powodzenie – mruknął Rysio, spoglądając spode łba na kolegów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *