Zadzwoń, kocham cię


Anna Łacina w powieści “Zadzwoń, kocham cię” opowiada o miłości w niebezpiecznych czasach, w jakich przyszło nam żyć.


Zadzwoń, kocham cięWeronika i Wawrzyniec poznali się podczas szalejącej burzy. Nic więc dziwnego, że miłość spadła na nich jak grom z jasnego nieba.

Szybko jednak zrozumieli, że związek to nie tylko konfitury z płatków dzikiej róży serwowane na śniadanie. To także tęsknota, niepewność i lęk o życie drugiej osoby.

Anna Łacina („Czynnik miłości”, „Telefony do przyjaciela”, „Niebo nad pustynią”) opowiada o miłości w niebezpiecznych czasach, w jakich przyszło nam żyć.

Anna Łacina – z wykształcenia i pasji biolog. Autorka serii bajek edukacyjnych, opowiadań fantastycznych i powieści obyczajo­wych. Dwukrotnie wyróżniona przez Polską Sekcję IBBY (w 2007 roku za „Inwazję wirusów”, a w 2010 za „Czynnik miłości”). Uważa, że wspólne czytanie i dyskusje o literaturze zbliżają ludzi, dlatego stara się raczej tworzyć powieści, które można czytać razem, niż adresować je do konkretnej grupy wiekowej. Kocha podróżować, chętnie zagłębia się w tajemnice natury, kultur i języków, niektórymi odkryciami dzieli się potem w swoich książkach. Chadza własnymi drogami, często zaczytana, więc jak nikt rozumie wszystkich „osobnych”. Ale nie tylko o nich i dla nich pisze.


Anna Łacina
Zadzwoń, kocham cię
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 23 sierpnia 2017
 

 

Zadzwoń, kocham cię


Rozdział I

Sobota, 25 czerwca 2016
1.

Weronika zakochała się podczas dogrywki meczu Polska–Szwajcaria.
Miłość spadła na nią jak letni deszcz, gwałtowny i długo wyczekiwany po fali dusznego upału; deszcz, który nie pyta o pozwolenie, tylko wylewa się przez rozdzierane błyskawicami niebo szumiącym wodospadem, ogarnia i zatapia wszystko. Ignoruje peleryny i parasole, moczy włosy, twarz, dłonie, płynie chodnikiem jak rzeka, wlewa się do butów, wpada za kołnierz i nie ma sposobu, by się przed nim zabezpieczyć. Oczywiście, można siedzieć w domu, obserwując ulewę przez szybę. Ale jeśli ktoś decyduje się wyjść akurat w czasie burzy, z pewnością nie wróci do domu suchy.
Kiedy Szwajcaria remisowała z Polską, niebo pociemniało, zerwał się wiatr, więc Weronika szybko zdjęła z balkonu pranie, które wywiesiła na początku drugiej połowy. Zdziwiła się, że już wyschło, nie minęło nawet czterdzieści pięć minut. Kiedy je segregowała, za oknem rozpętało się pandemonium. Błyskawice co chwilę rozjaśniały niebo, po szybach spływały strumienie wody, drzewa chłostane deszczem biły niskie pokłony, rośliny w skrzynkach porzuciły leniwą wegetację i próbowały wyrwać się z korzeniami z rozmiękłej ziemi, jakby chciały polecieć do Francji obejrzeć dogrywkę.
Weronika patrzyła na tonące w strugach deszczu osiedle i nagle głośno wciągnęła powietrze.
– Dziadek siedzi na ławce – powiedziała ze zdumieniem.
Ojciec i Maks, wpatrzeni w telewizor, nie zareagowali.
– Dziadek siedzi na ławce – powtórzyła. – W taką ulewę…
– Jaki dziadek? – zdziwił się ojciec. Mecz właśnie się skończył, więc co nieco zaczęło do niego docierać. Maks nadal wgapiał się w ekran.
– No ten… – Nie wiedziała jak go określić, chociaż niemal codziennie widywała go z okna, kiedy drobniutkim kroczkiem, wsparty na lasce, powoli przemierzał osiedle. Charakterystyczne szuranie rozlegało się kilka razy dziennie, gdy dokądś szedł lub skądś wracał. Weronika, mijając go na ulicy czy w sklepie, parę razy spełniła jego prośbę, by coś mu przynieść, podać albo kupić. Nie wiedziała, jak się nazywa ani gdzie mieszka, sam czy z kimś, był po prostu częścią krajobrazu.
– No ten… – powtórzyła. – Co tak wolno chodzi. Pewnie nie zdążył do domu przed burzą. Siedzi na ławce.
Ojciec podniósł się z kanapy i zerknął przez okno.
– Rzeczywiście… – mruknął. – Teraz to już po ptokach. Ale leje! Chyba oberwanie chmury.
– Przecież nie można go tak zostawić! – oburzyła się. – Maks – szturchnęła brata – chodź, weźmiemy parasole i zejdziemy do niego. Trzeba mu jakoś pomóc.
– Daj spokój! – Maks machnął ręką, jakby oganiał się od natrętnej muchy. – Pewnie specjalnie tak siedzi, ma darmowy prysznic i pralnię. Ciepło jest, nic mu nie będzie.
– Oszalałeś?! Wcale nie jest ciepło! Zbieraj się! – Szturchnęła go mocniej. – Idziemy! To starszy człowiek.
– Ale co mu pomożesz jak j u ż jest cały przemoczony? – Spojrzał na nią z politowaniem. – Przecież on chodzi pół centymetra na godzinę! Zaniesiesz go? – Popukał się w czoło i wrócił do kontemplacji telewizora. – Nawet jeśli mieszka dwa kroki stąd – dorzucił – to zanim się dowlecze, skończy się dogrywka! Dziadkowi nie pomożesz, a sama zmokniesz.
Weronika gniewnie zacisnęła usta. „Dogrywka”! Zabrała z przedpokoju największy parasol i wybiegła z domu. Trudno. Sama sobie poradzi.
Kiedy otworzyła drzwi klatki schodowej, zrozumiała, że się przeliczyła. Mimo to brnęła przed siebie, wspierając się na parasolu jak na lasce. Nawet nie próbowała go otwierać. Miała wrażenie, że znalazła się nie na osiedlu, ale na środku wzburzonego morza. Woda zalewała ją ze wszystkich stron, wiatr szarpał i popychał. W pewnej chwili tuż obok niej wylądował z trzaskiem spory konar. Przyśpieszyła kroku. Nie, nie zawróci, nie ma mowy! Maks śmiałby się z niej przez miesiąc i wyzywał od naiwnych idealistek albo Matek Teres. Skręciła za róg i wreszcie znalazła się wewnątrz nieforemnego kwadratu, w jaki ustawiono budynki, więc szło się trochę łatwiej. Kątem oka zarejestrowała obecność jeszcze kogoś, kto wybiegł z sąsiedniego bloku i pochylony parł w stronę ławki, na której, nawet oślepiona deszczem, wciąż mogła dostrzec nieruchomą sylwetkę dziadka. Weronika też zaczęła biec.
Dopadła ławki chwilę po niespodziewanym sprzymierzeńcu; teraz, z bliska, mogła dostrzec, że to chłopak. Pochylony nad staruszkiem o coś się dopytywał. Razem pomogli dziadkowi się podnieść i pod osłoną parasola Weroniki ruszyli powolutku drogą między blokami. Chłopak trzymał parasol w mocnym uścisku, nie pozwalając, by wiatr wyrwał mu go z ręki albo przewrócił na lewą stronę. Co prawda nie zabezpieczało to nikogo przed zacinającym ze wszystkich stron deszczem, ale przynajmniej dziadkowi nie lało się już na głowę. Po nieskończenie długim marszu znaleźli się przed drewnianym domkiem na tyłach ulicy Leśnej. Na pewno powstał w czasach, gdy budowa osiedla Karolin nikomu się jeszcze nie śniła.
– Bój się Boga, panie Stasiu, jest pan po prostu cały mokry! – wykrzyknęła korpulentna kobieta, gdy tylko weszli na zapuszczone podwórko. Stała na progu, w otwartych drzwiach, z naręczem grubych ręczników, podskakując z niecierpliwości. Weronice skojarzyła się z piłką plażową w niebieskie i białe pasy.
– Już się po prostu zastanawiałam, czy po syna nie dzwonić, ale zanimby dojechał, to już pewnie przestałoby padać – mówiła, równocześnie wciągając ich do środka, podając im ręczniki i usiłując największym owinąć pana Stasia. – Stańcie na tej szmacie, bo przecież ze wszystkich was po prostu się leje! Podłoga się, że tak powiem, wypaczy. Trochę pana Stasia doglądam – wytłumaczyła – bo jego syn w Poznaniu, po prostu nie ma, że tak powiem, czasu, wiadomo jakie tam tempo życia, praca, a on się do syna nie przeniesie, bo i po co? Po prostu nie przesadza się starych drzew. Tam by, że tak powiem, zawadzał, a tu ma swój pokój i jakby go tak nie nosiło, to po prostu w ogródku by przecież mógł posiedzieć, czy ja mu bronię? No kto to widział, panie Stasiu, na taki deszcz!
– Kiedy wychodziłem, była piękna… – bronił się dziadek, ale pani nie dopuściła go do głosu.
– Szybciutko teraz gorąca, że tak powiem, kąpiel! Po prostu widziałam przez okno, że idziecie, to już napuściłam wody – wyjaśniła. – A potem, że tak powiem, do łóżka, bo się pan, panie Stasiu, po prostu przeziębi! A wy się wytrzyjcie w kuchni – wskazała uchylone drzwi po prawej – tam już stoi dla was, że tak powiem, gorąca herbata, śpieszcie się, zanim wystygnie, tylko nie wiem, w co byście się, że tak powiem, suchego mogli przebrać…
– Nie trze… – zaczął chłopak, ale i jemu pani nie pozwoliła dokończyć zdania.
– Żadne „nie trzeba”! Nie trzeba to się, że tak powiem, krygować, przecież na tę ulewę nie wyjdziecie, bo jeszcze was, po prostu, szlag trafi! – Zaśmiała się. – Pioruny walą niby gdzieś dalej, ale burza dopiero się, że tak powiem, przybliża, po prostu liczyłam sekundy, więc wiem. Ja muszę teraz zająć się panem Stasiem, a wy do kuchni i niech mi żadne się nie waży wyściubiać nosa na tę pompę!
Ruszyła w kierunku łazienki, w której już znikał owinięty ręcznikiem dziadek.
– Teraz grzecznie, po prostu, poczekacie – dorzuciła zachęcająco, odwracając się jeszcze ku nim, jakby chciała sprawdzić, czy wykonują polecenie – a kiedy skończę z panem Stasiem, poczęstuję was ciasteczkami.
– „Kiedy skończę z panem Stasiem”… – szepnął chłopak, gdy znaleźli się w kuchni. – Ciasteczka pewnie z arszenikiem.
Weronika przestała wycierać włosy i po raz pierwszy mu się przyjrzała. Wydał się jej znajomy, chociaż nie umiała skojarzyć, skąd go zna. Może z widzenia, mieszkają przecież w sąsiednich blokach.
– Czy my się… – zaczął chłopak i umilkł, marszcząc brwi.
– Wiem! – wykrzyknął. – „Wera drzwi otwiera”! Chodziłaś do przedszkola na Zawadach, prawda?
– Winiu?! – Właściwa szufladka w głowie wreszcie się otworzyła. – Winiu Klamka!
Przed oczami stanął jej obraz chuderlawego szczerbulca od starszaków, który popychał ją na zjeżdżalni. I któremu zabrała foremki i ukradkiem zakopała w piaskownicy. Znalazła je Ola Zając i nie była skłonna oddać. Winiu Klamka musiał poszukać sobie innej zabawki.
Z dawnego Winia pozostało charakterystyczne przymrużenie oczu, kiedy się uśmiechał. I sam uśmiech, lekko asymetryczny, chociaż już nie szczerbaty. Ale teraz chłopak przewyższał ją prawie o głowę, a pod mokrą koszulką widziała rysujące się mięśnie. On też chyba coś dostrzegł pod jej mokrą sukienką, bo popatrzył tak, że nagle poczuła się nieswojo, a potem oboje uciekli spojrzeniem.
– Tu jest ta herbata – wybąkała.
– Uhm. – Szybko podszedł do stołu.
Usiedli naprzeciwko siebie, dziwnie speszeni.
– Właściwie co to za imię „Winiu”? – rzuciła, by przerwać krępującą ciszę. Herbata była mocno ciepła, ale nie gorąca. Weronika z przyjemnością upiła łyk.
– Taki film kiedyś leciał: Historia żółtej ciżemki. Moja mama była fanką i już całe wieki temu postanowiła, że nazwie swojego syna Wawrzyniec. Wawrzuś – dorzucił, krzywiąc się.
Wsypał dwie łyżeczki cukru do szklanki i zamieszał.
– Wolisz „Winiu”?
Potrząsnął głową. Poczuła kilka drobnych kropel na policzkach, jedną na wargach. Odważyła się spojrzeć mu w oczy. Szaroniebieskie, przyjemnie kontrastowały z opaloną twarzą. Dziwne, w przedszkolu nie zauważyła, że Winiu ma takie ładne oczy.
– Wawrzyniec… – Na próbę wymówiła jego imię. – Podoba mi się.
Niemal poczuła zapach rozgrzanej słońcem Grecji, wawrzynowego żywopłotu w którymś ze zwiedzanych miast, laurowych drzew we Włoszech. Przypomniała sobie gorzki i nieco cierpki smak na języku, kiedy zerwała jagodę wawrzynu, myśląc, że to może oliwka.
Uśmiechnął się do niej.
– Pomału zaczynam się do niego przyzwyczajać. Nawet lubić. Zwłaszcza odkąd dowiedziałem się trochę o moim patronie. To jednak musiał być megagość, skoro potrafił żartować, leżąc na rozpalonej kracie.
Za oknem błysnęło, a zaraz potem przewalił się grzmot.
– A przy okazji – dorzucił Wawrzyniec – wiesz, że liście laurowe miały chronić dom przed piorunami?
– To dlatego wybiegłeś na tę burzę?
Roześmiał się.
– Znasz pana Stanisława? – uchwyciła się kolejnego tematu.
– Tylko z widzenia, a ty?
– Też. Kiedy zobaczyłam, jak tak siedzi… w tej ulewie…
Potwierdzająco skinął głową.
– Nie oglądasz Euro? – zdziwiła się, myśląc o Maksie.
– Oglądam. – Spojrzał na zegar. – Dwadzieścia po – westchnął. – Pewnie już po dogrywce. Wymknę się, co? Usprawiedliwisz mnie przed gospodynią.
– Idę z tobą, ona jest gorsza od mojej matki! Że tak powiem, po prostu zagada mnie na śmierć.
Parsknęli cichym śmiechem, jak spiskowcy, a potem, nie umawiając się, równocześnie wstali od stołu i na palcach podkradli się do drzwi.
Z łazienki dobiegał szum wody i monolog.
– Teraz! – powiedział bezgłośnie Wawrzyniec. Chwycił w jedną rękę stojący w kącie parasol Weroniki, drugą ręką wziął ją pod ramię i oboje wypadli na szalejącą ulewę.

0 Replies to “Zadzwoń, kocham cię”

  1. To NIE jest książka dla dzieci. Dolna granica wieku to 14+
    Gatunek Young Adult przeznaczony jest dla starszej młodzieży i dorosłych. Dla dzieci na czytanie takich książek jeszcze za wcześnie. Nie ich problemy.

    1. W tym portalu prezentujemy książki, które mogą czytać osoby poniżej 18 roku życia, bo dopiero od tej granicy wieku mówimy o osobach dorosłych. Niepełnoletni nastolatek wciąż, formalnie, jest jeszcze dzieckiem, choć oczywiście granica emocjonalnej dojrzałości jest tutaj dość płynna. Generalnie portal ten ma na celu wskazywanie dorosłym odbiorcom książek, jakie mogą podarować, podsunąć swoim dzieciom – i tym najmłodszym i tym nastoletnim. Ponieważ działamy od kilkunastu tygodni, to jeszcze przed nami jest opracowanie różnorodnych oznaczeń, dla osób w jakim wieku jest dana książka. Na razie mamy nadzieję, że opisy i recenzje pozwalają czytelnikom zorientować się w tej sprawie. Pozdrawiam! Mateusz Zwoliński

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *