Bardzo biała wrona


Przejmująca powieść “Bardzo biała wrona”, nie tylko dla nastolatków, ale i ich rodziców, znakomicie obrazuje mechanizmy uzależnienia i przemocy psychicznej.


Bardzo biała wronaHistoria zaczyna się jak w bajce: cicha, miła Natalia poznaje wymarzonego chłopaka, który wydaje się delikatny, romantyczny i bezgranicznie w niej zakochany.

Jednak na pozór idealny związek dwojga licealistów z każdym dniem staje się coraz bardziej mroczny. A Norbert powoli pokazuje prawdziwą twarz – zazdrosnego, zaborczego, porywczego i manipulującego (nie tylko Natalią) prześladowcy.

Zakochana dziewczyna nie potrafi jednak odejść. Woli tłumaczyć sobie takie zachowania wielką miłością, o której on tak pięknie mówi…

Ta przejmująca powieść (nie tylko dla nastolatków, ale i ich rodziców) znakomicie obrazuje mechanizmy uzależnienia i przemocy psychicznej. Wskazuje też trudną, ale konieczną drogę wyjścia z toksycznego związku i odbudowywania poczucia własnej wartości.

Ewa Nowak opowiada historię Natalii z charakterystyczną dla jej pisarstwa przenikliwością, ucząc zarazem młodych, wrażliwych ludzi, jak rozpoznawać symptomy przemocy psychicznej i – co najważniejsze – jak nie dać sobie zrobić krzywdy.

„Bardzo biała wrona” uhonorowana została przez Polską Sekcję IBBY nagrodą Książka Roku 2009.


Ewa Nowak
Bardzo biała wrona
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera w tej edycji: 26 października 2017
 

 

Bardzo biała wrona


Kiedy Norbert miał dwanaście lat, był najwyższy wśród rówieśników. Miał ładne, wyraziste oczy i już wtedy muskularne ramiona. Na koloniach letnich w Sarbinowie, około trzydziestu kilometrów od Kołobrzegu, przydzielono go do grupy średnich chłopców. Były to kolonie dla dzieci pracowników Akademii Muzycznej w Warszawie – takich lepszych dzieci z dobrych domów. Norbert pojechał na nie, bo tak kazał mu dziadek, a dziadek mu kazał, bo uznał, że skoro przepadły wszelkie szanse na to, żeby Norbert został muzykiem, to niech chociaż przebywa wśród odpowiednich rówieśników.
Był czwarty lipca, sobota. Do końca kolonii pozostały trzy dni. Po kolacji zaplanowano ognisko – kiełbaski i chleb pieczony na długich, niewprawnie zaostrzonych kijach oraz śpiewy.
Norbert zjadł kiełbaskę. Była chrupiąca i smaczna. Chleb też się udał. Zjadł trzy kromki. Czwarta upadła na piach i chrupała w zębach, więc ją odrzucił daleko w trawę.
Kiedy zaczęła się smętna i raczej żenująca część artystyczna w postaci piosenek i mało inteligentnych skeczy, Norbert nagle zobaczył żabę.
To była zwykła żaba trawna (Rana temporaria), naprawdę nic nadzwyczajnego. Jak na żabę dość duża i masywna. Miała prawie siedem centymetrów długości. Była samcem – można było to poznać po pomarańczowym gładkim brzuchu, ale o tym ani Norbert, ani żaden z jego głupkowatych kumpli nie miał pojęcia. Pewnie w ogóle nie zdawali sobie sprawy, że żaba ma płeć, miejsce zamieszkania, życie rodzinne, kolegów, znajomych, ulubione miejsca, plany na przyszłość, ambicje, przeszłość i własne gusta. Pewnie nawet nie myśleli, że żaba ma życie.
Na tej żabie wzór ochronny, czyli szereg nieregularnych żółtawobrązowych plamek, doskonale spełniał do tej pory swoją maskującą funkcję.
Norbert nie dał się jednak nabrać na żaden płazi chwyt ochronny. Nie bał się żab, więc odruchowo nakrył płaza ręką, zanim jeszcze wymyślił, co z nim zrobi i po co w ogóle się nim zajmuje. Potem wziął go do ręki. Żaba poruszył się i zaczął łbem sprawdzać, czy nie da się jakoś wydostać z pułapki, więc Norbert dla pewności, żeby żaba nie uciekł, chwycił go palcem wskazującym i kciukiem prawej ręki za tylną lewą łapę.
Chciał nim nastraszyć kumpli, ale się nie bali, więc pomachał im przed nosem, pokręcił nim w powietrzu i… zaskoczonego takim obrotem rzeczy żabę wrzucił do wielkiego, pełnego spalonych kromek chleba i zwęglonych kiełbasek kolonijnego ogniska.

Natalia miała wtedy dziesięć lat i prawdopodobnie spędzała wakacje u babci w Czerwińsku albo może była gdzieś z rodzicami. Żyła w świecie księżniczek zaklętych w łabędzie, zwierzątek, które sobie pomagają, i złotowłosych panien ratowanych przez dzielnych rycerzy na koniu. Była na najlepszej drodze do zostania mądrą i wrażliwą dziewczyną, jaką się zresztą, zgodnie z intencjami rodziców, stała.
Gdyby ktoś jej opowiedział wtedy o Norbercie i o tym, co zrobił Bogu ducha winnemu Żabie, znienawidziłaby go jako pozbawionego elementarnej wrażliwości zwyrodnialca i trzymałaby się od niego z daleka. Kiedy poznała go siedem lat później przy kasie numer cztery, nie przedstawił jej się jako oprawca żab i na oprawcę bynajmniej nie wyglądał. Wciąż miał wyraziste oczy, szerokie barki, był w miarę przystojny. Wyciągnął do niej rękę i powiedział, zaglądając jej w twarz:
– Ty musisz być Natalia, prawda?
Nie wiedziała nic o Kości, dziadku waltorniście, zahukanej mamie, gehennie szkoły muzycznej. Takich rzeczy się przecież nie wie. A raczej – takich rzeczy zawsze, ale to zawsze człowiek dowiaduje się za późno.
Zresztą nic ją ten Norbert nie obchodził. Była w tym wieku, kiedy chłopców z miejsca ocenia się jako nadających się do chodzenia albo nie, więc pomyślała, że on kompletnie się nie nadaje i nie ma u niej żadnych szans. Najmniejszych.

Norbert męczył się w przedszkolu muzycznym (tym samym, które ukończyła z wyróżnieniem jego wybitnie uzdolniona siostra Konstancja), znosząc nieustanne wycia, granie na bębenkach, wtłaczaną jawnie i w sposób zakamuflowany wiedzę o instrumentach muzycznych oraz występy – solowe, zbiorowe i w każdej możliwej konfiguracji. Nie miał ochoty na niczym grać, był za to nadpobudliwy, czego dziadek (wybitny waltornista, wieloletni pracownik Opery Narodowej i wychowawca kilku pokoleń waltornistów) nie przyjmował do wiadomości aż do ukończenia przez wnuka dziesięciu lat, kiedy to Norbert, zamiast zgodnie z poleceniem zagrać po raz dwudziesty dziewiąty tę samą frazę, ugryzł w rękę nauczycielkę fortepianu tak dotkliwie, że nawet dziadek waltornista nie zapobiegł relegowaniu wnuka ze szkoły muzycznej.
Jeszcze w przedszkolu, czyli zanim nastąpił koszmar szkoły muzycznej, Norbert Kruk zorientował się, że może niekoniecznie jest takim okropnym bachorem, jak twierdził dziadek, albowiem gdy miał pięć lat i cztery miesiące, wydarzyło się w jego życiu coś ważnego. Kiedy we wrześniu, po wakacjach spędzonych z mamą, tatą i Kością, pojawił się w przedszkolu, gruchnęła wieść, że mają wybierać dzieci do filmu. Wszystkich to zelektryzowało.
Dzieciaki, w tym Norbert, początkowo nie wiedziały, że to coś ważnego, czym należy się przejąć, ale domyśliły się tego, widząc, jak na tę wieść zareagowali ich rodzice. Kiedy odbierali dzieci, wychowawczyni wszystkim mówiła, żeby na jutro dziecku umyć główkę i ładnie je ubrać, bo przyjdą filmowcy. Po minach i nerwowych uśmiechach rodziców błyskawicznie zorientowały się, że gra idzie o wysoką stawkę.
Matka Norberta tego dnia później odebrała syna, bo Konstancja za kilka dni miała śpiewać solo i trzeba było po chórze zostać z nią na próbie. Z zemsty, że musiała długo czekać, albo dlatego, że w domu miała troje własnych dzieci, wychowawczyni ani słowem nie wspomniała matce Norberta o zdjęciach i konieczności odpowiedniego wyszykowania syna.
Następnego dnia Norbert przyszedł do przedszkola bez żadnych obciążeń. Dziarsko wmaszerował na salę dwie minuty przed śniadaniem i roześmiany od ucha do ucha wpadł prosto w ramiona ekipy poszukującej dzieci. Po śniadaniu on i Monika zostali wybrani jako dwójka szczęśliwców. Zrobiono im zdjęcia i zaproszono na popołudnie do telewizji.
Było to wydarzenie tej rangi, że wychowawczyni osobiście zadzwoniła do matki Norberta z radosną nowiną.
Mama Norberta ukryła przed dziadkiem, że jedzie z Norbertem na zdjęcia, tłumacząc, że wybiera się z nim do ortopedy. Dziadek sam więc poszedł z Konstancją na próbę chóru i nigdy się niczego nie dowiedział.
Norbert i Monika przeszli męczące zdjęcia próbne, w których wyniku Norbert na własne uszy usłyszał dwie ważne rzeczy: że jest „niesamowity” (użyto dokładnie tego określenia) i że Monika się nie nadaje.
Na tym stanęło.
Ta historia nie ma żadnego dalszego ciągu w postaci filmu z małym Norbertem Stefanem Krukiem w roli pierwszoplanowej lub epizodycznej. Ostatecznie ktoś inny został wybrany.
Historia ma jednak inny finał. W czwartej klasie (już po relegowaniu ze szkoły muzycznej) Norbert nieoczekiwanie spotkał Monikę. Była bardzo pewna siebie i bardzo ładna, miała fascynująco długie włosy i masę uroku osobistego, z czego aż zanadto zdawała sobie sprawę. Być może zostałaby klasową gwiazdą i królową serc swoich kolegów. Niestety, któregoś dnia opowiadała ze szczegółami, jak to w przedszkolu wybierano dzieci do filmu. W wersji Moniki to ją wybrano i uznano za „niesamowite” dziecko. Nie była na tyle bezczelna, żeby powiedzieć, że jego nie wybrano, ale na tyle bezczelna, żeby o nim nawet nie wspomnieć.
– I co, zagrałaś w filmie? – zapytała jakaś nowa koleżanka, a Monika zrobiła smutną minkę i odparła:
– Niestety, rodzice się nie zgodzili, bo to są wyjazdy i szkołę bym opuściła… Ale co z tego? Wiem, że jestem fotogeniczna, a to bardzo rzadka cecha, i na pewno będę aktorką. W tym przedszkolu była masa dzieci, a tylko mnie wzięli.
Norbert się wściekł. Najpierw pomyślał, że po prostu ją stłucze, ale gdy porównał satysfakcję ze zbicia małej zarozumiałej żmijki z tym, co zrobi mu w domu dziadek, uznał, że nie warto.
Po lekcjach nie skorzystał z propozycji kolegów i nie wrócił z nimi, tylko ruszył za Moniką. Szedł spory kawałek za nią, ale tak, żeby go widziała. Obserwował ją i myślał, że wygląda jak jego okropna starsza siostra, której już wtedy szczerze nie lubił. Zauważał między nimi coraz więcej podobieństw. W rzeczywistości obie miały długie włosy mniej więcej w tym samym kolorze.
Nerwy puściły Monice dopiero przed klatką schodową.
– Po co za mną idziesz?!
Jak wiemy, Monika była pewna siebie i nie miała cienia wątpliwości, że za chwilę usłyszy sakramentalne zdanie: „Czy nie chciałabyś ze mną chodzić?”.
Ani Norbert, ani ona dziś nie pamiętają, co dokładnie wtedy jej powiedział. Sens był w każdym razie taki: on wie, że jej podziękowali, bo się nie nadawała. O to mu chodziło, żeby wiedziała, że on wie.
Monika wpadła w panikę i popełniła kolejny błąd, dając po sobie poznać, że przestraszyła się Norberta. Przeraziła się, że wszystkim rozpowie, i Norbert to zobaczył.
Poczuł ogromną satysfakcję. Nie trwało to długo, ale Norbert zapamiętał to miłe poczucie panowania nad innym człowiekiem. Monika zresztą też.
Następnego dnia w szkole Norbert delektował się tym, że Monika pierwsza powiedziała mu „cześć”, że na technice wszyscy w klasie widzieli, że pożycza mu pędzelek i jeszcze prosi, żeby zechciał wziąć, bo ona ma akurat dwa.
„Jakie to wspaniałe mieć nad kimś władzę” – pomyślał Norbert i natychmiast przyszła mu do głowy kolejna refleksja: „Jakie to łatwe”.

Czasem się słyszy, jak ktoś zapytany: „A wy jak się poznaliście?”, mówi: „Bardzo oryginalnie…”, a potem okazuje się, że na wczasach.
„Bardzo oryginalnie”, czyli w szkole, na kursie łucznictwa, przez znajomych, na wakacjach, u kuzynki, na sylwestrze i tak dalej. Same bardzo oryginalne historie.
Rodzice Natalii również poznali się „bardzo oryginalnie”. Zdarzyło się to, gdy oboje byli w ósmej klasie.
Wojtek Milewski zachorował na paskudne zapalenie oskrzeli, które opornie reagowało na antybiotyki. Nie było go w szkole bite trzy tygodnie. W tym czasie Kasia Wójcik (wtedy Kaś było po kilka w każdej klasie), z którą oficjalnie byli parą, przeniosła swe uczucia na kolegę z równoległej klasy (nikt z zainteresowanych nie pamięta już dziś jego imienia), który podbił jej serce, bo grał na gitarze i tak jak ona był harcerzem. Kasia Wójcik nie miała wątpliwości, że kocha gitarzystę, i to z wzajemnością. Problem był w tym, że miała zasady. Nadal oficjalnie chodziła z Wojtkiem i nie mogła naruszyć honorowego kodeksu uczniowskiego i zacząć spotykać się z drugim chłopakiem, nie zerwawszy z pierwszym. Podzieliła się więc z gitarzystą pomysłem, że pójdzie do Wojtka i zerwie z nim oficjalnie i jednoznacznie. Gitarzysta miał już chyba pewne pojęcie o takich rozstaniowych wizytach u chorego (leżącego, biednego, odzianego we flanelową smutną piżamę), bo stanowczo zaprotestował i użył nawet groźby, że po jego trupie.
Kasia Wójcik była więc w kłopocie. Namówiła Agatę Szlasę (później Milewską), żeby to ona poszła do Wojtka jako przekazicielka hiobowych wieści. Agata nie odznaczała się zbyt silnym charakterem, dała się więc do tego nonsensu namówić i uznała, że w imię przyjaźni pozwoli, żeby koleżanka wyręczyła się nią w tej delikatnej sprawie.
Odprowadzona przez Kasię i kilka bliższych koleżanek zjawiła się pod drzwiami mieszkania Wojtka i szybko zadzwoniła, chcąc mieć to już za sobą. Spodziewała się, że drzwi otworzy jej ktoś z dorosłych, więc przygotowała sobie tekst: „Dzień dobry, czy zastałam Wojtka?”. Tymczasem kiedy mama Wojtka otworzyła jej, w nieporadnych podskokach wyskoczył maleńki, mniej więcej sześciotygodniowy kotek. Był przeuroczy. Miał na sierści spore plamki w najdziwniejszych kolorach. Agata w jednej sekundzie kompletnie zapomniała o swojej misji, ukucnęła i zaczęła czule przemawiać do kotka.
Skorzystała z zaproszenia na herbatę i kruche domowe ciasteczka, potem zjadła zupę grochową i wypiła drugą herbatę, opowiedziała o szkole i obiecała, że jutro też wpadnie i poda Wojtkowi lekcje. O Kasi i przeniesieniu jej uczuć nie wspomniała, gdyż jak oboje pamiętają do dziś, jego mama ani na sekundę nie zostawiła ich samych.
Po tygodniu Wojtek wrócił do szkoły i jeszcze przed dzwonkiem na pierwszą lekcję poinformował Kasię na osobności, że z nią zrywa. Następnie przesiadł się do ławki za Agatą.
Od tego czasu między Kasią a Agatą nie układało się najlepiej, za to między Agatą a Wojtkiem, co prawda z przerwami, znakomicie.
Pobrali się tak, jak chcieli rodzice: miesiąc po skończeniu przez każde z nich studiów. W nagrodę dostali więc kawalerkę na Solcu (blisko cukierni Strzałkowski), w której mieszkali potem dziesięć lat. Stało tam akwarium pełne opętańczo rozmnażających się glonojadów. Tam też urodziła się Natalka.

Kiedy Milena zaproponowała Natalii, żeby pojechały razem na kilka dni do Krzywego, Natalia natychmiast się zgodziła. Tyle o tym miejscu słyszała, widziała je na zdjęciach… Czas dokonać wizji lokalnej.
Przez pierwsze dwa dni rozmawiały tylko o Witku i o wspomnieniach Mileny z pobytu w Krzywem – tamtego pierwszego pobytu, z Witkiem. Potem już do tematu nie wracały. Natalia jednak widziała, że Milena jest tu szczęśliwa.
Prawie od trzech godzin pływały kajakiem i prawdę mówiąc, miały już trochę dość. Były w Krzywem od tygodnia i to był pierwszy dzień, gdy mogły wypuścić się na jezioro. Zaraz po zjedzeniu codziennej porcji racuchów z jabłkami wzięły od ojca Witka kluczyk do kłódek (spinających łańcuchem kajaki i łódki), kamizelki ratunkowe i dwa aluminiowe wiosła, z drzewa rosnącego przed wejściem do sali bilardowej zerwały sobie słodkie jabłuszka i poszły pływać. Chciały nadrobić słotne dni.
Milena była drobniejsza, więc siedziała z przodu. Kiedy podpłynęły do pomostu, wrzuciła wiosło na deski i wyskoczyła. Z łatwością podholowała kajak, ale nie wyciągnęła dziobu na brzeg.
Natalia nie zbierała się do wysiadania. Rzuciła wiosło na trawę koło pomostu i ciągle siedząc w kajaku, zaczęła liczyć bąble na dłoniach. Miała w sumie pięć, ale tylko jeden pękł paskudnie i ciekła z niego limfa. Inne były małe, ale oczywiście bolesne.
Dziewczyny w ciszy kontemplowały urok jeziora, rozkoszując się wakacyjnym rozleniwieniem.
Miejscowość Krzywe położona jest na krańcu wąskiego, ale długiego jeziora Krzywe. Żeby przepłynąć je wzdłuż, trzeba się sporo napocić. Tego dnia dopłynęły prawie na drugi koniec i nic dziwnego, że były wykończone.
Na pomoście Milena zdjęła buty i położyła się na plecach. Ramię podłożyła pod głowę, a słomkowy kapelusz nasunęła na twarz. Natalia wciąż siedziała w kajaku i oglądała bąble. Potem zaczęła się zastanawiać nad kształtem swoich dłoni, a w końcu powędrowała myślami do stałego w jej głowie tematu, że w zasadzie czuje coś na kształt tęsknoty, ale nie chodziło o rodziców czy dom. Nie. Natalia tęskniła za miłością. Po prostu i zwyczajnie chciała się naprawdę zakochać. Nie w kimkolwiek! O, nie. Teoretyczny obiekt uczuć musiał spełniać szalone i wymyślne wymagania, którym nie zdołałby sprostać żaden przedstawiciel gatunku Homo sapiens. Natalia znała miłość, owszem, ale jakoś zapomniała, że wszystko, co człowiek zaplanuje sobie wcześniej, bierze w łeb, kiedy pojawi się pierwsza elektryczna iskierka. Patrzyła więc na bąble i marzyła, jaka będzie szczęśliwa. Następnie przypomniało jej się, że powinna zadzwonić do mamy, wysłać kartkę do Mychy i reszty dziewczyn i że w tym roku nie popełni tego błędu i w nowej klasie nie da się zrobić skarbnikiem, że z tym rozszerzonym niemieckim to był chyba dobry wybór. Potem pomyślała o tym, jaka Milena jest delikatna. Z Witkiem cały czas wysyłają do siebie esemesy, ale Milena kontaktuje się z nim dyskretnie, nie obnosi się z ich miłością. Natalia pomyślała też, że Milena jest bardzo zgrabna, a potem, że chciałaby nigdy stąd nie wyjeżdżać, ale chętnie też wróci już do domu i nareszcie pogra sobie na pianinie i… że jeśli dziś ogra Milenę w bilard, ale dwa razy z rzędu, to w tym roku kogoś pozna. Kogoś inteligentnego, wrażliwego, zdolnego do miłości i kogoś, kto by ją chciał. Jednak nie! To, że ktoś będzie ją chciał, to za mało. Ona nie upodobni się do setek głupich dziewczyn, które… nie wiedziała co konkretnie, ale wiedziała, że nie ma zamiaru popełniać typowych błędów. Kusiły ją tylko błędy nietypowe.
Wracały w milczeniu. Milena myślała o tym, czy Witek teraz za nią tęskni i też ją wspomina. Natalia – o tym, czy lepiej przeżyć wielką, niepojętą miłość, a potem cierpieć, czy raczej lepiej nic nie przeżyć i nie cierpieć. Umiała znaleźć racjonalne argumenty przemawiające za jednym i za drugim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *