Po prostu misja


W książce “Po prostu misja” poznacie tajemnice greckich bogów i herosów, odwiedzicie znane i nieznane zakątki Londynu wraz z brytyjskim odpowiednikiem słynnego Percy’ego Jacksona.


Po prostu misjaBawiliście się świetnie przy Kto wypuścił bogów? “Po prostu misja” nie spuszcza z tonu!

Tym razem brytyjska autorka, Maz Evans, nie poprzestaje na dowcipkowaniu na temat greckich bóstw, wyśmiewaniu ich za ziemskie wady i nałogi. Jej ofiarą padają także mieszkańcy pałacu Buckingham, czyli rodzina królewska! Między innymi księżna Camilla, której niezwykle twarde bułeczki okażą się doskonałą bronią w trakcie potyczki z demonem śmierci Tanatosem.

Podczas misji ratowania świata dwunastoletni Elliot Hooper i jego boscy poplecznicy stoczą też walkę w londyńskim Muzeum Historii Naturalnej, a pomagać im będzie m.in. ożywiony przez Hermesa słynny szkielet krwiożerczego tyranozaura… Czy uda im się wyprzedzić Tanatosa i odnaleźć wszystkie kamienie chaosu?

Poznajcie tajemnice greckich bogów i herosów, odwiedźcie znane i nieznane zakątki Londynu wraz z brytyjskim odpowiednikiem słynnego Percy’ego Jacksona. Będziecie śmiać się do łez i obgryzać paznokcie ze zdenerwowania, zwłaszcza że w drugim tomie serii na scenę wkroczy niespodziewanie zapomniany przez chłopca ojciec. Kim okaże się Dave Hooper?

***

Bardzo zabawne przygodowe książki, napisane brawurowo i ze swadą… Autorka nakreśliła komiczne karykatury mieszkańców Olimpu, wyposażając ich we współczesne atrybuty i przywary. Są próżni, kłótliwi i zadufani w sobie, a przy tym na swój sposób szlachetni. We własnym mniemaniu wszechmocni, nie mogą zrobić tylko jednej rzeczy – uzdrowić matki Elliota. Chociaż… kto wie?
Joanna Olech, „Książki. Magazyn do czytania”


Maz Evans
Po prostu misja
Przekład: Natalia Wiśniewska
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 18 kwietnia 2018
 

 

Po prostu misja

1. Śmiertelne zagrożenie

Krzyk przeciął ciszę poranka niczym żyletka papier toaletowy. Elliot Hooper zareagował jako pierwszy. A właściwie ograniczył się do wybełkotania kilku niezrozumiałych słów.
Zanim dotarło do niego, gdzie się znajduje czy nawet kim jest, kolejny wrzask wstrząsnął lutowym porankiem.
Elliot usiadł na łóżku, drapiąc się po głowie. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze wiszącym w sypialni. Wprawdzie nawet jego ujarzmiona blond czupryna bywała niesforna, ale o tej wczesnej godzinie przypominała zaspanemu dwunastolatkowi dość sfatygowaną szczotkę toaletową. Jak przez mgłę pamiętał, że przed chwilą odprowadził mamę do łóżka, po raz enty. To była kolejna zła noc. Ostatnio niemal wszystkie takie były.
Po trzecim dzikim wrzasku postanowił działać, chociaż niechętnie.
Wiedział, że to nie jego mama; jej krzyki znał aż za dobrze. Czy to możliwe, że zaatakował ich Tanatos, demon śmierci? Nie. Elliot zmiażdżył go w Podziemiu. Wzdychając, chłopak pomyślał, że na liście jego życiowych problemów porachunki z Tanatosem były zaledwie na trzecim miejscu.
Sturlał się z łóżka. Wciąż miał na sobie szkolny mundurek – nie widział sensu w przebieraniu się w piżamę, skoro następnego dnia i tak trzeba było ją zamienić na uniform Brysmore. Chwiejnym krokiem ruszył do łazienki.
Dotarł do celu w chwili, gdy jego nieśmiertelni greccy współlokatorzy: Zeus, Atena, Afrodyta, Hermes i Hefajstos wbiegali (czy, tak jak Hermes, wlatywali) po schodach. Powitał ich kolejny przejmujący krzyk.
Elliot przycisnął ucho do drzwi łazienki.
– Co, do trzydziestu rozgrzanych piorunów…?! – zagrzmiał Zeus.
– Nic takiego, to tylko… – zdążył powiedzieć Elliot, zanim został przyparty do ściany przez dwie boginie. W pełnym uzbrojeniu i puchatych bamboszach, utworzyły barierę ochronną w trosce o bezpieczeństwo chłopaka.
– Nie martw się. Jesteśmy przy tobie – zapewniła go Atena, bogini mądrości.
– W porządku, Elly? – spytała cicho Afrodyta, bogini miłości, wyciągając łuk.
– Nic mi nie jest – odparł Elliot, przygnieciony ogromną srebrną tarczą.
Chłopak nie panikował, ponieważ przywykł do dramaturgii, mieszkając pod jednym dachem z rodziną wiekowych nieśmiertelnych. Od chwili gdy Panna, konstelacja z Rady Zodiakalnej, rozbiła się w jego oborze trzy miesiące wcześniej, Elliot:
 przypadkowo uwolnił Tanatosa, demona śmierci;
 pożyczył brytyjską koronę państwową królowej Elżbiety II;
 omal nie został wydalony ze szkoły średniej Brysmore;
 nauczył się przeklinać po łacinie, starogrecku i satyrsku.
– Otwieraj! – huknął Zeus, waląc w drzwi łazienki. – To rozkaz!
Odpowiedział mu kolejny przyprawiający o ból głowy skowyt. Zeus dał znak Hefajstosowi, bogu ognia.
– Cofnąć się wszyscy! – wrzasnął kowal, unosząc gigantyczny topór z brązu z zaskakującą siłą jak na garbusa wzrostu dziewięciolatka. – Wchodzimy!
– Moment! Spróbujmy… – zawołał Elliot w chwili, kiedy w powietrze poleciały drzazgi – …nacisnąć klamkę – dokończył, popychając roztrzaskane drzwi.
Bogowie wpadli do łazienki z dzikimi okrzykami, wymachując bronią. Zastali tam jednak tylko Pannę. Siedziała na podłodze z ręcznikiem na głowie, kołysząc się w przód i w tył.
– Skarbie? Co jest? – zapytał Hermes, rzuciwszy pełne podziwu spojrzenie na swoje odbicie w lustrze.
– Znów to samo – burknął Hefajstos.
– Co się stało, moja droga? – zapytał Zeus, chowając błyskawicę do pochwy. – Nie słyszałem takiego jazgotu, odkąd rzuciłem harpię Henriettę w walentynki.
– To… to okropne – wyjąkała Panna.
– Chodzi o klątwę? – zapytała Atena.
– O plagę? – wtrąciła Afrodyta.
– O tę grzywkę? – zasugerował Hermes. – Ostrzegałem cię, skarbie. To takie passé…
– Nie… to… to… to… – Panna wolno ściągnęła ręcznik z głowy.
Bogowie wydali stłumione okrzyki, ale Elliot pozostał niewzruszony.
– Nie łapię – stwierdził, rozczarowany, że Pannie nie wyrosła druga głowa albo słoniowa trąba. – Co jest nie tak?
– Co jest nie tak?! – wrzasnęła Panna, ciągnąc się za włosy. – Spójrz na to!
Elliot wykonał polecenie, ale niczego nie zauważył.
– Faceci – mruknęła Atena, kiedy Afrodyta objęła Pannę.
Elliot wzruszył ramionami, spoglądając na Hermesa.
– Ej no, ziom! – syknął boski posłaniec. – Jej włosy. Brązowe po całości.
– Nie były takie zawsze? – zdziwił się chłopak.
– Ziom… – Hermes się zaśmiał, potrząsając przecząco głową.
– Moje piękne, srebrne włosy! – krzyknęła Panna. – Przepadły!
– Ach tak! – przemówił wolno Elliot. Po namyśle uznał, że istotnie wyglądały kiedyś inaczej.
– Ufarbowałaś je? – zapytała Afrodyta, przeczesując palcami długie pukle Panny.
– Skarbie, nigdy nie farbuj sobie włosów sama – poradził Hermes. – Raz próbowałem i skończyłem z rzeżuchą na głowie.
– Ale ja ich nie dotykałam! – pisnęła Panna. – Po co miałabym to robić? Były idealne! Obudziłam się z takimi! Co się ze mną dzieje?
Elliot zauważył, jak siostry wymieniają spojrzenia.
– Twoje ciało dostosowuje się do śmiertelności – wyjaśniła Atena. – Właściwie nawet ci do twarzy…
– Do twarzy?! – Panna wydała z siebie dźwięk, którym mogłaby rozpocząć mecz piłki nożnej. – Zapomnieliście, jaki dzisiaj dzień? Zapomnieliście o moim procesie?
– Marne szanse, skoro nie gadasz o niczym innym – mruknął Elliot, przepychając się przez tłum w stronę swojej szczoteczki do zębów. Nigdy nie należał do rannych ptaszków, a po ledwie pięciu godzinach snu zdecydowanie nie był gotów mierzyć się z dramatami nieśmiertelnych.
– Musisz wziąć się w garść – stwierdziła Atena, ściskając Pannę za ramiona w geście pocieszenia. – Jeśli istnieje sprawiedliwość, jeszcze dzisiaj odzyskasz nieśmiertelność.
– Jajogłowa dobrze gada. Kardia już jest twoja – zagruchała Afrodyta, sięgając po perfumy. – Poza tym to tylko proces. Rada Zodiakalna lubi wymachiwać swoimi podkładkami, bo wtedy czuje się ważna. Wystarczy wspomnieć minioną Gwiazdkę…
– Nie wspominamy Bożego Narodzenia! – warknął Zeus.
– Waśnie – wypalił Elliot z ustami pełnymi piany. – Wyluszuj. To nicz akiego.
– Nic takiego?! – wydyszała groźnie Panna.
Wszyscy cofnęli się instynktownie.
– Ech, och – szepnął Hermes. – Ona zaraz wybuchnie.
– Nic takiego! – wrzasnęła Panna. – Od tygodni muszę zmagać się ze śmiertelnością! Cierpiałam głód, zmęczenie, każdą uciążliwą emocję znaną rodzajowi ludzkiemu i jeszcze jakieś toksyczne reakcje, które zaszły w moich spodniach po zjedzeniu fasoli! To poniżające, niesprawiedliwe i totalnie do bani!
Elliot wypluł pastę.
– Więc pewnie nie powinienem wspominać o pryszczu na twojej brodzie?
– Co takiego?! Aaa! – zawołała Panna, wyrywając się Atenie.
Chwyciwszy pierwszą lepszą broń, czyli gigantyczną różową trukwę, natarła na Elliota.
Bogowie ponownie pospieszyli chłopakowi na ratunek. Afrodyta przytrzymała młócącą powietrze dziewczynę, żeby Hermes mógł ją rozbroić. Atena i Zeus chwycili Elliota za ręce i zaciągnęli go w bezpieczne miejsce, podczas gdy Panna rzucała przekleństwami, od których więdły uszy.
– …a potem możesz go zapiec w cieście i się nim udławić! – wrzeszczała.
– Elly, podlałeś rośliny? – rozległ się czyjś wzburzony głos.
Elliot odwrócił się do swojej mamy, Josie. Stała w roztrzaskanych drzwiach, oszołomiona i zdenerwowana. Ostatnio wciąż taka była. Próbował nie myśleć o swojej dawnej pogodnej, zabawnej mamie, która pokonywała drogę z jego szkoły do domu, robiąc gwiazdy. Przez ostatni rok bardzo się zmieniła, podobnie jak całe ich życie.
– Elly? – odezwała się znowu. – Musisz podlewać rośliny. Wiesz, jaką wagę dziadek przywiązuje do swoich pomidorów. Zrobiłeś to?
– Tak, mamo – odparł Elliot, który zrezygnował z trudnej prawdy na rzecz łatwego kłamstwa, nawet jeśli nie był pewien, czy mama rozumiała teraz różnicę między jednym a drugim.
W ostatnich tygodniach w życiu Josie zaszło wiele zmian, niestety żadna z nich na lepsze. I chociaż Elliot opiekował się nią najlepiej, jak potrafił, wciąż podupadała na zdrowiu. Ledwie pamiętała niedawne wydarzenia, miewała huśtawki nastrojów, których nie dało się przewidzieć, i często brakowało jej słów do wyrażenia myśli.
Elliot zignorował mroczny głos rozbrzmiewający w jego głowie: „Jej stan się pogarsza. I to szybko”.
– Dobry chłopiec – pochwaliła go Josie. – Dziadek będzie… Co się tutaj stało?
– Nic, czym należałoby się przejmować, Josie. Po prostu dzieci zawsze będą dziećmi – wyjaśniła uprzejmie Atena, delikatnie odsuwając kruchą Josie Hooper od zniszczonych drzwi. – Może zrobię ci jajko w koszulce na śniadanie?
Josie wyrwała się Atenie i chwyciła syna za rękę.
– Elly je przygotuje, dziękuję ci – odparła nieufnie.
Elliot westchnął. Bogowie próbowali mu pomagać w opiece nad Josie, ona jednak coraz częściej tylko jemu pozwalała układać się do snu, kąpać czy też szykować sobie jedzenie. Wszystko to było bardzo wyczerpujące, ale chłopak nie narzekał.
„Mimo że masz już dość”, upierał się mroczny głos.
– Chodźmy na dół i nakryjmy do stołu – zaproponowała Atena i rzuciła przepraszające spojrzenie w kierunku Elliota.
– Dobrze – odparła ostrożnie Josie. – Podlałeś rośliny?
Elliot obserwował, jak Atena delikatnie prowadzi Josie na dół. Zastanawiał się, czy czeka ich dobry dzień: taki, podczas którego mama będzie pamiętała ludzi oraz miejsca, zachowa pogodę ducha i spokój, czy może zły, kiedy to będzie zdezorientowana, wściekła, przesadnie skupiona na detalach albo nie zdoła sobie przypomnieć rozmowy sprzed pięciu minut. Elliot liczył na dobry dzień, chociaż od dawna takiego nie było, podobnie zresztą jak dobrej nocy.
Afrodyta uśmiechnęła się i uszczypnęła go w policzek, czym zapewne ogromnie by go rozzłościła, gdyby nie była piękną boginią miłości. Chłopak omiótł wzrokiem pobojowisko w łazience.
– Sorki, ziom – powiedział Hermes. – Wszyscy zaczynamy świrować. No wiesz, skoro od Gwiazdki jesteśmy totalnie uziemieni…
– Nie wspominamy o Bożym Narodzeniu! – ryknął Zeus.
– W porządku – odparł Elliot. – Lepiej zajmę się tym śniadaniem…
– Śniadanie! – wykrzyknęła Panna, rozpromieniając się nagle, po czym popędziła na dół. – Doskonale. Umieram z głodu. Potem odzyskam swoją nieśmiertelność, połączę w pary wszystkie swoje skarpety i w końcu nauczę się dzielić liczby wielocyfrowe! – Zeskoczyła z ostatniego stopnia. – To będzie superoptymalny dzień!
Elliot przewrócił oczami, ruszając za nią wolno. Dziewczyny były niewiarygodnie dziwne.

2. Niespodziewany list

System edukacji śmiertelników jest wysoce nieoptymalny – stwierdziła Panna chwilę później w kuchni.
– Nie gadaj. – Elliot ziewnął, umieszczając dwa jajka w garnku z wrzącą wodą. Nastawił minutnik na swoim zegarku kieszonkowym.
Dzięki uprzejmości Hefajstosa czasomierz ojca Elliota sprawował się nienagannie, mimo że kilka miesięcy temu został zmiażdżony w latającym pociągu. Przy okazji naprawy nieśmiertelny kowal znacznie zmodyfikował urządzenie, a jedną z najprzydatniejszych funkcji, jakie wprowadził, była ta, dzięki której chłopak zawsze wiedział, kiedy jajka są idealnie ugotowane. Co więcej, Elliot nie mógł doczekać się chwili, gdy wypróbuje opcję „kontrolowana eksplozja”. Zerknął na kamień ziemi, diament, nad którym od niedawna sprawował pieczę. Nie wolno mu było go używać – przynajmniej tak twierdził Zeus. Poza tym musiał odnaleźć pozostałe kamienie chaosu: powietrza, wody i ognia, jeśli chciał pokonać Tanatosa. Chwilowo jednak spragniony zemsty demon śmierci musiał zaczekać na swoją kolej. Elliot był bowiem zbyt zmęczony, aby ratować świat.
Ziewnął i rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu bezdennej torby, którą Hermes podarował mu pod choinkę. Zauważył ją na krześle i wysypał zawartość na stół. Symbole jego normalnego – i tego nie całkiem normalnego – życia leżały na jednej stercie: korona państwowa królowej, podręczniki do matmy, perła życzeń, jakieś bzdety, długopis miotający błyskawice od Zeusa (nie korzystał z niego od niefortunnego wypadku podczas zajęć w szkolnym laboratorium chemicznym), kolejne bzdety, magiczny róg demona snu Hypnosa, trzy skuwki, dwa długopisy (do nich niedopasowane) i w końcu pudełko z eliksirami od Afrodyty.
Otworzył to ostatnie. W środku znajdowały się: eliksir łaskotek, wywar na bąki typu bazooka, remedium na kiepską fryzurę i sok orzeźwiający, którego szukał. Chłopak wypił spory łyk i natychmiast poczuł, jak ożywia się jego umysł.
– Chodzi mi o to – kontynuowała Panna – że ledwie wróciliśmy do szkoły po świętach, a już robią nam kolejny tydzień wolnego.
– Prawda, że to cudowne? – Elliot wyszczerzył zęby w uśmiechu, pełen energii nie tylko dzięki eliksirowi, ale także perspektywie końca trymestru, który miał nadejść jeszcze tego popołudnia.
– Nie rozumiem twojej niechęci do szkoły – oznajmiła Panna. – Śmiertelnicy bez udokumentowanego przebiegu zdobywania wiedzy są bardziej narażeni na bezrobocie i oglądanie telewizji w ciągu dnia.
– Brzmi nieźle – skomentował Elliot.
– Wcale nie! – fuknęła Panna. – Konsekwencje mogłyby się okazać katastrofalne. Mógłbyś skończyć jako…
– Wyluzuj. – Chłopak westchnął z rezygnacją. – Żartowałem.
– Nie pojmuję takich żartów – powiedziała Panna, marszcząc czoło. – Znacznie efektywniej jest powiedzieć to, co się myśli.
– Wtedy człowiek traci całą zabawę. – Elliot uśmiechnął się szeroko. – Puk, puk.
– Wylegitymuj się – odparła Panna.
– JAN…
– A konkretnie jaki Jan? – zapytała Panna. – Ze statystycznego punktu widzenia muszą ich być tysiące.
– Ja nie mogę dłużej pukać!
Elliot zachichotał, w odróżnieniu od Panny.
– Rozumiem – odparła. – Czy Jan otrzymał pomoc medyczną?
– Jesteś megadziwna – mruknął Elliot i ponownie skupił się na szykowaniu śniadania, bo jego zegarek dał znać, że wszystko gotowe.
Wzburzona Josie weszła do kuchni, wygładzając włosy rękami.
– Podlałeś rośliny? – rzuciła szybko. – Nie możemy denerwować dziadka.
Elliot westchnął. To się mogło ciągnąć godzinami. Od pewnego czasu jego mama potrafiła bez końca zamartwiać się jedną i tą samą rzeczą. Bez względu na to, ile razy ją uspokajał, w takie dni jak dziś nerwowość Josie rosła z minuty na minutę, a ona wciąż na nowo zadawała te same pytania, ponieważ zapominała, że już usłyszała na nie odpowiedzi. Oglądanie jej w tym stanie nie należało do przyjemności.
„I bywa dość irytujące”, odezwał się mroczny głos.
– Zająłem się tym z samego rana – zapewnił ją Elliot z wymuszonym uśmiechem, stawiając przed nią jajka w koszulkach. – Proszę.
– Och, moje ulubione. – Josie się uśmiechnęła.
Wtem przy bramie zabrzęczał dzwonek rowerowy, zwiastując przybycie listonosza. Chłopak popędził do drzwi kuchennych, pełen wyrzutów sumienia, że tak skwapliwie skorzystał z okazji, aby wyjść z domu choć na minutę. Powitał go chłodny lutowy poranek.
– Co słychać, młody Hooperze?! – zawołał listonosz.
– Dzień dobry, Reg – odparł Elliot, otwierając magiczną bramę, która chroniła Wiejski Domek. – Jak sprawy?
Reg Hyatt rozwoził pocztę od zawsze. Najbardziej na świecie lubił opowiadać mieszkańcom Little Motbury, jak ważna w jego zawodzie jest dyskrecja. Na drugim zaś miejscu na liście jego ulubionych rozrywek plasowało się plotkowanie o każdym z nich.
– Nie najgorzej. – Reg westchnął. – Lepiej niż u pani Moppett ze sklepu w miasteczku. Właśnie wręczyłem jej list od prawnika od rozwodów, którego zatrudnił jej mąż.
– Nie wiedziałem, że się rozwodzi – skwitował Elliot ze współczuciem.
– To tak jak ona – odparł listonosz. – Nie słyszałeś tego ode mnie, jakby co. – Podał mu pocztę. – Trzymaj się, chłopcze. I pozdrów mamę – dodał, pedałując ścieżką.
Elliot wrócił do kuchni, przeglądając zwykły zestaw rachunków, reklam i ulotek.
– Może Jan powinien był uprzedzić o swoim przyjściu? – odezwała się Panna w zamyśleniu. – Dzięki temu zyskałby pewność, że ktoś mu otworzy.
Ale chłopak nie odpowiedział, gdyż jego uwagę przykuła nietypowa koperta.
– Mamo – powiedział – przyszedł list do ciebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *