“Farmagia” to pełna magii i niezwykłych przygód opowieść dla małych i dużych. Chcecie się przenieść do magicznego miejsca i spotkać się z elfami? A może zdecydujecie się im pomóc w leczeniu jednorożców, pegazów i innych tajemniczych stworzeń?


FarmagiaFarmagia to miejsce magiczne. I jedyne takie na świecie. Przybywają do niej ranne jednorożce, chore pegazy, chimery, feniksy i gryfy. Czasem pobliskim strumieniem przypływa syrena, która ma problemy z łuszczącą się łuską, albo morskie hipokampy spragnione soczystych owoców. Czarodziejskie stworzenia wiedzą, że tu otrzymają pomoc.

Farmagią opiekują się elfy. Problem w tym, że nie znają się za bardzo na leczeniu – uważają, że ludzie robią to lepiej. Od wieków więc zatrudniają Opiekunki – dziewczynki, które uzdrawiają chore magiczne istoty i dbają o nie.

Ostatnia z nich niedawno opuściła Farmagię, ponieważ wydoroślała, a pełnoletni nie mają wstępu na farmę. Elfy muszą szybko znaleźć nową kandydatkę. Udaje im się to w dość dramatycznych okolicznościach.

Dziewczynka ma na imię Tereska. Podejmuje się trudnej misji, choć nie ma pojęcia o leczeniu czarodziejskich stworów.

Ale to jest najmniejszy z jej problemów…


Magdalena Jasny
Farmagia
z ilustracjami autorki
Wydawnictwo Zysk i S-ka
Premiera: 9 kwietnia 2018
 

 

Farmagia


ZNALEZISKO

Czy lubisz zwierzęta?
Jeśli tak, to zrozumiesz Tereskę. Ona je po prostu uwielbiała. Wszystkie, bez wyjątku. Zachwycała się końmi, kochała psy i koty. Fascynowały ją tajemnicze nietoperze, drapieżne ważki i zwinne zaskrońce. Potrafiła godzinami podpatrywać ptaki wijące gniazda albo pszczoły przenoszące pyłek z kwiatka na kwiatek.
Zbierała też wszystko, co choćby w najmniejszym stopniu wiązało się ze światem dzikich stworzeń. Znosiła do domu ptasie pióra, szyszki ogryzione przez wiewiórki i kawałki kory, w których korniki wyrzeźbiły orientalne wzory. Wszędzie poniewierały się podkowy, poroża, muszelki i patyki. Na półce leżało nawet prawdziwe ptasie gniazdo… Lecz Teresce ciągle było mało. Nieustannie szukała nowych okazów do swojej kolekcji.
A kto szuka, ten w końcu znajduje…

Był upalny letni dzień. Sam środek wakacji. Dziewczynka wracała właśnie ze swojej kolejnej odkrywczej wyprawy. Szła polną ścieżką, obrośniętą pokrzywami i wielkimi kępami łopianu. W powietrzu unosił się zapach ziół i kurzu. Jakiś trzmiel, brzęcząc leniwie, wybierał pyłek z fioletowych kwiatów ostu. Z pobliskiego lasu dobiegało uparte kukanie kukułki. A ponieważ, jak wiadomo, człowiek przeżyje tyle szczęśliwych lat, ile kukułka wykuka, Tereska słuchała jej głosu i liczyła: „Sto osiemdziesiąt siedem… sto osiemdziesiąt osiem… sto osiemdziesiąt dziewięć… Czy ta kukułka zwariowała?”.
Niespodziewanie kątem oka dostrzegła jakiś błysk. W rowie, pod ogromnymi, zakurzonymi liśćmi coś zamigotało tęczowo. Dziewczynka wskoczyła do wykopu i wydobyła z niego duży kamień. Ciężki i gładki, z perłowym połyskiem. Wyglądał jak jajko — ogromne, niezwykłe… Jednak żaden ptak nie mógłby go znieść. Było za duże! Nawet struś nie dałby rady. Takie jajka, olbrzymie i lśniące, składałyby smoki, gdyby żyły na świecie. Ale przecież smoki nie istnieją, więc co to właściwie jest…?
Obracała lśniący kamień w dłoniach, oglądając go ze wszystkich stron. Coś jej mówiło, że powinna odłożyć go na miejsce. Dziwne… jeszcze nigdy sumienie nie komunikowało się z nią tak wyraźnie. Może powinna posłuchać? Ale właściwie dlaczego?
Zignorowała dziwne podszepty, wsadziła tęczową bułę pod pachę i ruszyła w stronę domu.
Wtedy naprawdę usłyszała jakiś zapalczywy głos:
— Wyrzuć to wreszcie, rozbij, zniszcz!
Rozejrzała się, ale ścieżka była kompletnie pusta.
— Kto tu jest?! — krzyknęła wystraszona.
— Nie musisz wiedzieć. I tak nie możesz mnie zobaczyć! — odparł głos. — Po prostu zostaw to jajo.
— Ach! Więc to jednak jest jajo…? Kto je zniósł?
— Smok!!! Bardzo niebezpieczny, z gatunku Terius arguta. Jajko błyszczy coraz mocniej, więc ten groźny stwór wkrótce się wykluje. Chyba że natychmiast zmiażdżysz skorupę.
Tereska struchlała. Co będzie, jeśli głos mówi prawdę? Wyglądało na to, że jego właściciel wie dosyć dużo o smokach. Ale… jajko było takie śliczne! I żal jej było stworzenia, które skazywano na śmierć, zanim jeszcze przyszło na świat. „Muszę dowiedzieć się więcej” — postanowiła.
— Wszyscy wiedzą, że nie należy ufać obcym — wytknęła. — A ciebie nie tylko nie znam, ale nawet nie widzę! Jak mam ci wierzyć?
Nieznajomy zignorował jej zastrzeżenia. Ciągnął dalej, jakby nic nie powiedziała:
— To naprawdę irytujące, że napatoczyłaś się dokładnie w momencie, w którym je znalazłem. Wcześniej było szare i przypominało kamień. Dopiero na parę dni przed wykluciem zaczyna lśnić i mienić się tęczowo. No i przylazłaś akurat wtedy, gdy je zobaczyłem.
— Ty?! To znaczy kto? Wciąż jeszcze mi się nie przedstawiłeś.
Głos prychnął zniecierpliwiony.
— Nazywam się Emanuel i jestem elfem, skoro już koniecznie musisz wiedzieć!
— Elfem! Akurat! — Tereska zaśmiała się ironicznie. — Elfy są miłe i śliczne. Nie robią nikomu krzywdy! A ty jesteś niewidzialny, a poza tym chcesz zabić kogoś, kogo nawet nie znasz…
— Nie jestem niewidzialny, tylko niewidoczny, to wielka różnica. Gdybyś umiała patrzeć na wskroś, zobaczyłabyś mnie.
— Jak mam to zrobić? — zdziwiła się dziewczynka.
— Powiem ci, bo chcę, żebyś mi zaufała. Wiesz, co potrafią kameleony, prawda? Zmieniają kolory tak, by przystosować się do otoczenia. My też to umiemy. Musisz intensywnie obserwować miejsce, z którego dobiega mój głos. Gdy się poruszę, powinnaś mnie zobaczyć.
Tereska zrobiła to, wpatrywała się w pustą przestrzeń z takim napięciem, że oczy zaszły jej łzami. I naraz wydało jej się, że widzi jakiś odblask… Uchwyciła wzrokiem jego kształt i już po chwili mogła rozróżnić głowę, ręce, nogi, tułów… i skrzydełka małej postaci! Tak, z pewnością ta istota miała skrzydełka, machała nimi i unosiła się w powietrzu! To był elf!
Najprawdziwszy — zgrabny, piękny i czarowny, choć w tej chwili wyraźnie zdenerwowany.
— Proszę cię jeszcze raz, rozbij to jajko! — jęknął. — Ja naprawdę wiem, co mówię.
Dziewczynka uniosła wysoko migocącą bułę i spojrzała na nią pod słońce. Wydało jej się, że światełka wewnątrz skorupy zamigotały żywiej.
Nie… nie zniszczy czegoś tak pięknego!
— Poczekam, aż smok przyjdzie na świat — powiedziała. — Będę go kochała, będę się nim opiekowała i nauczę grzecznego zachowania, zanim dorośnie.
— Oho! Znasz magię miłości, to pięknie! Tylko że ona nie działa na smoki. I jak go nauczysz czegokolwiek, zanim dorośnie? Chcesz to zrobić w pięć minut?
Dziewczynkę zamurowało. W ogóle nie zrozumiała, o co elfowi chodzi, ale nie miała czasu zapytać, bo jajo raptem się zatrzęsło, rozjarzyło i rozprysło jej w rękach, a coś ciężkiego i oślizłego upadło na ziemię.
— Wykluł się! Uciekaj! — zawył przerażony Emanuel i w panice wleciał pod liść łopianu.
Tereska nie miała tyle przytomności umysłu. Kompletnie oniemiała obserwowała biernie niezwykły spektakl.
Lśniące skorupki latały dookoła niczym fajerwerki. Na ścieżce u jej stóp przycupnęło coś paskudnego, przypominającego trochę nieopierzone pisklę. Miało jednak cztery łapy, błoniaste skrzydła i długi jaszczurzy ogon. Poruszało się niezgrabnie i przyglądało dziewczynce żółtymi ślepiami, wydając dziwaczne, skrzekliwe dźwięki.
I rosło! W jednej chwili sięgało jej do kolan, zaraz potem do pasa, a po minucie było większe od niej! Dziewczynka cofała się powoli, nie odrywając oczu od smoka. Jego skóra bezustannie zmieniała barwy: połyskiwała pawią zielenią, głębokim szkarłatem, a za moment jaskrawym błękitem. Na głowie wyrastały mu jednocześnie cztery rogi, a na ogonie dziesiątki kolców. Stawał się coraz potężniejszy, coraz straszniejszy i… coraz piękniejszy. Tak, dziewczynka mimo strachu podziwiała urodę stwora. Rozgałęzione rogi utworzyły na jego łbie swoistą koronę, dodającą mu majestatu. Smukły tułów obrósł tęczową łuską, piękniejszą niż wszystko, co dotychczas widziała. A skrzydła! Terius rozprostowywał je leniwie, ukazując na przemian lśniące fioletowe wierzchy i srebrzyste spody.
Tereska, patrząc z podziwem na jaszczura, uśmiechnęła się bezwiednie. On zwrócił ku niej swój pysk (który był teraz wielkości średniej wanny) i spoglądał długo. Raptem zionął jej sadzą prosto w twarz, rozpostarł szeroko skrzydła i odleciał. Odruchowo zamknęła oczy, czując gorący podmuch na twarzy, a gdy je otworzyła, smoka już nie było.
Po bardzo długim czasie ochłonęła na tyle, by zrozumieć, co się właściwie stało. Rozejrzała się półprzytomnie. Wszędzie leżały migocące skorupy. Ona sama była od stóp do głów uczerniona sadzą. Nogi ugięły się pod nią, więc usiadła na trawie. Dzięki temu zauważyła jakiś ruch pod łopianem.
— Możesz już wyjść, Emanuelu. Terius odleciał… — westchnęła. Poczuła się strasznie zmęczona, mała i bezradna.
— No i co, nauczyłaś go dobrych manier, zanim dorósł? — zakpił elf, wyłażąc na ścieżkę.
— Nie dokuczaj mi. Teraz widzę, że miałeś rację.
— A ja widzę, że nie miałem racji — uśmiechnął się do niej.
— Jak to nie? On jest ogromny, przerażający i nie można go niczego nauczyć — dokładnie tak, jak mówiłeś. Nie można go nawet zatrzymać. Nie wyobrażam sobie, co teraz będzie!
— Mówiłem też, że magia miłości nie działa na smoki. Myliłem się. Terius wyczuł w jakiś sposób, że chciałaś go chronić, i kocha cię za to.
— Kocha?! Co ty pleciesz? Popatrz, jak wyglądam! Ledwie uszłam z życiem, mógł mnie spalić na proch, gdy zionął ogniem!
— Spaliłby na proch ciebie i całą okolicę, gdyby rzeczywiście zionął ogniem. Ale on chuchnął tylko delikatnie gorącym powietrzem. To dla niego najmilsza pieszczota. Prawdę mówiąc, nigdy jeszcze nie widziałem, aby jakikolwiek smok obdarzył nią człowieka.
Dziewczynka popatrzyła na elfa pustym wzrokiem. W jej głowie kłębiły się szalone emocje. Z jednej strony ucieszyło ją to, co usłyszała… Z drugiej nie bardzo wierzyła w smocze uczucie… Z trzeciej, jeśli tak mają wyglądać jego czułości, to raczej nie miała na nie ochoty… Z czwartej ogromnie się bała i w ogóle nie chciała mieć z tym wszystkim nic wspólnego… Z piątej jednak chciała, bo to było takie niezwykłe, a Terius jest taki piękny, no i ten cały świat: elfy, smoki, nie wiadomo co jeszcze…
Wtem dotarło do niej w pełni to, co przed chwilą usłyszała.
— Skoro widziałeś już inne smoki, to czemu tak się boisz akurat tego? — zapytała.
— Najczęściej są małe i niezbyt groźne — wyjaśnił Emanuel. — Ty z pewnością też je widziałaś. Niektóre wcale się nie ukrywają.
— Nigdy w życiu nie widziałam żadnego smoka. Aż do dzisiaj oczywiście.
— Ooo! Nigdy nie widziałaś kameleona, bazyliszka, salamandry ani agamy?
— No, widziałam. W zoo i w telewizji. Ale to przecież zwykłe jaszczurki.
— Smoki należą do tej samej rodziny.
— Ale smoki są magiczne: potrafią latać, ziać ogniem i w ogóle!
— Jedne smoki umieją fruwać i ziać ogniem (jak twój Terius), inne mogą zmieniać kolory (jak kameleon), udawać, że są większe niż w rzeczywistości (jak agama), czy gubić ogony, które potem odrastają. To też magiczne umiejętności.
— Nieprawda. To są zwykłe rzeczy, każdy wie, że jaszczurki tak robią. Nie ma w tym niczego magicznego — zdenerwowała się Tereska.
— A co jest magicznego w tym, że ktoś potrafi latać? Byle wróbel to umie.
— A zianie ogniem? Nie powiesz mi, że to normalne!
— To rzeczywiście bardzo rzadka umiejętność. Między innymi dlatego Terius jest taki niebezpieczny. Tylko patrzeć, jak do naszej Farmagii zaczną przybywać tłumy poparzonych i poranionych stworzeń.
— Co to jest Farmagia? — Dziewczynka była coraz bardziej zafascynowana światem, który najwyraźniej istniał gdzieś obok, a o którym nie miała do tej pory najmniejszego pojęcia… To znaczy wiedziała o nim, ale myślała, że jest bajkowy. Można go znaleźć w marzeniach, a w najlepszym razie za siódmą górą, za dziesiątą rzeką… Ale nie tutaj.
— Farmagia to farma dla magicznych stworzeń. Niektóre mieszkają w niej, ale większość przybywa tam tylko wtedy, gdy potrzebuje pomocy. Sądzę, że niedługo zabraknie miejsca, skoro smok już się wykluł i lata po okolicy. A dopiero co odeszła ostatnia Opiekunka. Sam nie wiem, jak sobie damy radę…
— Kto był tą Opiekunką? I dlaczego odeszła? — Dziewczynka myślała, że pęknie za chwilę od nadmiaru rewelacji. Każde zdanie Emanuela odsłaniało nowe tajemnice; czuła, że im więcej się dowiaduje, tym mniej rozumie.
— Opiekunka to dziewczynka rodzaju ludzkiego. Jest najważniejszą osobą w Farmagii. To ona wie, jak leczyć choroby i jak zagoić rany. Ona dogląda wszystkich stworzeń i dodaje im otuchy. Ostatnia Opiekunka odeszła, bo wydoroślała. Dorośli nie mają wstępu do Farmagii. Na wszelki wypadek.
— A dlaczego do opieki nad zwierzętami potrzebna jest wam dziewczynka, a nie chłopiec? — dopytywała się podekscytowana Tereska. — I na co wam w ogóle człowiek? Przecież chyba znacie jakieś uzdrawiające czary?
— Tak się składa, że ludzkie czary są bardziej skuteczne. A Opiekunkami muszą być dziewczynki, bo mają więcej cierpliwości od chłopców. Są troskliwe i delikatne. A taki na przykład ranny jednorożec nigdy w życiu nie pozwoli się dotknąć żadnemu chłopcu — wyjaśniał Emanuel, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. — No, ale na mnie już pora — dodał i wzbił się w powietrze.
— Poczekaj chwilę! — krzyknęła Tereska za odfruwającym elfem. — Chciałabym…
— Nie mam czasu! Powinienem powiedzieć wszystkim, że Terius się wykluł. Musimy szybko znaleźć nową Opiekunkę… — jego głos zanikał w oddali.
Dziewczynka próbowała go gonić, ale bardzo prędko straciła z oczu niewyraźną sylwetkę duszka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *