Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi


“Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi” to pierwszy tom bestsellerowej serii, książka Roku 2005 Polskiej Sekcji IBBY.


Gang Niewidzialnych LudziFantastyczna i przezabawna powieść o polskich trzynastolatkach z pewnego warszawskiego gimnazjum, nie tylko dla trzynastolatków – o przyjaźni, zwariowanych wynalazkach, sztucznej inteligencji, duchach, robotach i… nastoletnich uczuciach.

Relacje bohaterów z rówieśnikami, nauczycielami i rodzicami, polskie realia oraz żywy język sprawiają, że od tej książki nie sposób się oderwać.

Rafał Kosik (ur. 8 października 1971 w Warszawie) – polski pisarz science fiction. Studiował architekturę na Politechnice Warszawskiej, ale przerwał studia, by wraz z żoną Katarzyną założyć agencję reklamową Powergraph (później przekształconą w wydawnictwo), w której jest dyrektorem kreatywnym i grafikiem. W latach 2004–2015 wydanych zostało 14 jego książek science-fiction dla młodzieży z serii “Felix, Net i Nika”, który opowiada o przygodach trójki tytułowych młodych przyjaciół – Felixa Polona, Neta Bieleckiego oraz Niki Mickiewicz – uczęszczających do warszawskiego gimnazjum im. profesora Stefana Kuszmińskiego.


Rafał Kosik
Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi
„Felix, Net i Nika”, tom 1
Wydawnictwo Powergraph
Premiera: 2005
 

 

Gang Niewidzialnych Ludzi


Przez szklane drzwi banku wyszedł ostatni klient. Znudzony strażnik zamknął je na klucz, leniwie podciągnął obwieszony bronią pas i sprawdził, czy wszystkie komputery zostały wyłączone oraz czy nikt niepowołany nie pozostał w budynku. Potem poczłapał w stronę korytarza prowadzącego na zaplecze. Codziennie właśnie o tej porze otwierano skarbiec i chowano do niego wszystkie pieniądze ze wszystkich kas.
— Dzień dobry, pani Lucynko — pozdrowił sprzątaczkę, która dopiero teraz zaczynała pracę, i zniknął za drzwiami w drugim końcu korytarza.
— Dzień dobry, panie Stefanie — odpowiedziała pani Lucynka z charakterystycznym dla siebie opóźnieniem.
Była już starszą kobietą i wszystko robiła z opóźnieniem. Pracowała w banku od trzydziestu lat. Jakieś trzy, może cztery lata temu przestała nadążać odpowiadać „Dzień dobry”. Ciągle też myliła imiona – pan Stefan tak naprawdę nazywał się zupełnie inaczej.
Otworzyła drzwi niewielkiego schowka, przecisnęła się między ogromnym odkurzaczem a froterką do podłogi i wyciągnęła wózek z kubłami i mopami. Pani Lucynka nie miała już najlepszej pamięci. Przeszła połowę długości korytarza, zatrzymała się i palnęła otwartą dłonią w czoło, aż klasnęło. Narzekając na swoje roztargnienie, zawróciła po butelkę płynu do mycia podłóg. Codziennie zapominała o płynie i codziennie po niego wracała. Zwykle musiała wracać po różne rzeczy dwu- albo i trzykrotnie, za każdym razem akcentując moment olśnienia klaśnięciem. Wieczorem zastanawiała się, dlaczego boli ją czoło.
Otworzyła schowek i wytrzeszczyła oczy. W ciasnym pomieszczeniu stało trzech rosłych mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach. Wyszli na korytarz i otoczyli osłupiałą sprzątaczkę. Pierwszy rozwinął szeroką taśmę klejącą i przykleił jej koniec do rękawa pani Lucynki. Przekazał rolkę drugiemu, drugi – trzeciemu, a trzeci – znów pierwszemu. W kilka sekund trzy pary rąk, współdziałając jak ramiona jakiegoś wielkiego pająka, okleiły kobietę tak, że nie mogła się poruszyć.
— Przepraszam, chyba pomyliłam drzwi — powiedziała dopiero teraz pani Lucynka.
Pierwszy mężczyzna uniósł rolkę na wysokość twarzy kobiety, drugi odwinął kawałek taśmy, a trzeci odciął nożykiem. Używając trzech par rąk, zakleili pani Lucynce usta, przyklepali taśmę z dwóch stron, żeby się lepiej trzymała, i wyjęli z kieszeni fartucha sprzątaczki kartę magnetyczną, która otwierała wszystkie drzwi w banku. Wreszcie wstawili nieszczęsną kobietę do schowka i zamknęli drzwi na klucz. Poprawili kombinezony i równym krokiem pomaszerowali w stronę końca korytarza, skąd właśnie rozległ się szczęk otwieranych drzwi skarbca.
Przed wejściem do banku zatrzymała się z piskiem opon biała furgonetka. Wysiadło z niej kolejnych trzech mężczyzn w niebieskoszarych kombinezonach.

1. Pierwszy dzień w szkole

— Muszę lecieć — powiedziała smutno mama, poprawiając Felixowi klapy marynarki. — Mam w firmie mały kryzys i nie poradzą sobie beze mnie. Bądź grzeczny i słuchaj pani.
Pocałowała go w czoło, wsiadła do swojej czerwonej Alfy Romeo1 i odjechała z piskiem opon. Zdaniem Felixa mama jeździła zdecydowanie za szybko.
Felix Polon był szczupłym jasnowłosym trzynastolatkiem o piwnych oczach. Wyglądał całkiem przeciętnie. Może z wyjątkiem ubrania – dziś z okazji rozpoczęcia roku szkolnego miał na sobie elegancki ciemny garnitur i białą koszulę.
Samochód mamy zniknął za zakrętem. Felix odwrócił się i spojrzał na swoją nową szkołę. Budynek wydał mu się zbyt duży. Podstawówka, do której chodził przez sześć lat, mieściła się w parterowym dworku otoczonym ogrodem z piaskownicami, zjeżdżalniami i drewnianymi domkami do zabaw. Przypominała przedszkole. Ta szkoła wyglądała zupełnie inaczej.
Szary czterokondygnacyjny budynek miał chyba ze sto lat. Sprawiał ponure wrażenie i wyglądał trochę jak zamek. Przy odrobinie wyobraźni niewielkie podwyższenia dachu w każdym rogu budynku można było uznać za baszty. Wiatr poruszał gałęziami dwóch topoli rosnących po obu stronach wejścia. Gimnazjum imienia profesora Stefana Kuszmińskiego – miejsce, gdzie będzie przychodził prawie codziennie przez następne trzy lata.
Wzruszył ramionami i wszedł po szerokich schodach prowadzących do olbrzymich drzwi. Klamka znajdowała się na wysokości jego czoła. Otworzył skrzypiące skrzydło i niepewnie wszedł do środka. Mimo że do rozpoczęcia uroczystości zostało jeszcze ponad dwadzieścia minut, w hallu było już kilkanaścioro uczniów. Niemal wszyscy z rodzicami. Tata Felixa nie mógł z nim przyjść. Był wynalazcą i właśnie na dziś zaplanowano pokaz jednej z jego maszyn przed ważnym ministrem. Mama znalazła tylko tyle czasu, by podwieźć Felixa pod szkołę. Babcia Lusia z chęcią by z nim przyjechała autobusem, ale Felix grzecznie odmówił. Tylko tego brakowało, żeby pierwszego dnia w nowej szkole wszyscy zobaczyli go z babcią.
Rozejrzał się wokoło. Wszystko było tu duże. Pod wysokim sufitem wisiał wielki ozdobny żyrandol, teraz zgaszony. Na wprost wejścia, za portiernią, znajdowały się przeszklone drzwi prowadzące na patio zarośnięte starymi, karłowatymi drzewami. Na prawo i lewo prowadziły szerokie korytarze. Felix podszedł do pożółkłego ze starości planu, który wisiał na ścianie, by w razie pożaru każdy wiedział, którędy uciekać. Budynek widziany z lotu ptaka miał kształt kwadratu, pośrodku którego usytuowano patio. Pierwsze i drugie piętro można było obejść dookoła korytarzem. Trzeciego obejść się nie dawało, bo całą szerokość frontowego skrzydła zajmowała sala gimnastyczna wraz z szatniami. Parter, z kolei, przecinało przejście łączące patio z ogrodem.
Na najwyższej kondygnacji rozpościerał się prawdopodobnie strych, którego nie umieszczono na planie. Felix, zanim wszedł do budynku, dostrzegł małe półokrągłe okienka w dachu. Strych więc musiał tam być.
Felix poczuł na sobie czyjś wzrok. Po drugiej stronie hallu stała drobna rudowłosa dziewczyna w jeansowej kurtce. Niesforne miedziane loki wyłaziły na wszystkie strony spod gumki próbującej okiełznać jej fryzurę. Gdy Felix na nią spojrzał, umknęła zielonookim spojrzeniem, udając, że wcale na niego nie patrzyła. Przyszło mu do głowy, że śmiesznie wyglądają jej chude nóżki w ciężkich martensach. Kobieta z charakterem, podsumował w duchu.
Uczniów przybywało i robiło się już ciasno. Ktoś dał sygnał, żeby iść na górę, bo tam, w sali gimnastycznej, ma się odbyć powitanie pierwszaków. Tłum ruszył więc schodami na trzecie piętro.
— Proszę państwa! — Kiedy w sali gimnastycznej rozległ się donośny głos, nie było jeszcze widać, do kogo należy. — Proszę państwa! Nazywam się magister inżynier Juliusz Stokrotka i jestem dyrektorem tej szkoły. Miło mi przywitać naszych nowych uczniów wraz z rodzicami. Proponuję, aby rodzice przeszli na prawo i usiedli na przygotowanych tam krzesłach. Dzieci zapraszam na ławki po stronie lewej.
Po chwili zapanował jaki taki porządek. Felix, razem z innymi uczniami, usiadł po lewej stronie. Właścicielem donośnego głosu okazał się niski pulchny mężczyzna w za ciasnym granatowym garniturze, ze starannie zawiązaną pod szyją muszką w radosnym zielonym kolorze. Na jego głowie lśniła elegancka łysinka.
Dyrektor szkoły magister inżynier Juliusz Stokrotka, trzeba to zapamiętać, pomyślał Felix.
— Teraz lepiej — powiedział dyrektor. — Nie weźmiemy już żadnego rodzica za ucznia.
Kilka cichych chichotów z tyłu było jedyną reakcją na dowcip. Dyrektor monotonnym głosem zaczął opowiadać o historii szkoły, o osiągnięciach pedagogicznych, o regulaminie, ale Felix szybko stracił zainteresowanie jego słowami. Wiedział oczywiście, czym różni się gimnazjum od szkoły podstawowej. Miały być tak samo lekcje, przerwy i dzwonki, ale tutaj obowiązywała sroższa dyscyplina i czekała go cięższa nauka. Trzeba się będzie przyzwyczaić. Na osłodę pozostawało kieszonkowe, które dziś rano dostał po raz pierwszy.
Cała uroczystość, razem z wnoszeniem i prezentowaniem sztandaru szkoły, trwała około dwudziestu minut. Potem tłum wstał i wolno wylał się na schody. Gdzieś w połowie korytarza na pierwszym piętrze Felix zorientował się, że właściwie to nie wie, gdzie idzie. Rodzice, rozmawiając, schodzili, by wrócić do swoich spraw, a grupki uczniów, prowadzone przez nauczycieli, rozchodziły się do klas.
Nie minęły dwie minuty i Felix stwierdził, że został sam. No tak, gimnazjum oznacza też samodzielność i zaradność. Trzeba było słuchać, pomyślał.
— Te, Milky! — usłyszał za plecami.
Odwrócił się i ujrzał dwóch starszych od siebie chłopaków. Musieli chodzić do drugiej lub trzeciej klasy.
— Masz kaskę? — zapytał wyższy, chudy, z jasnorudymi włosami i wystającymi, krzywymi zębami.
— To moje kieszonkowe — odparł niepewnie Felix, dotykając kieszeni. Chwilę później zrozumiał, że właśnie popełnił błąd.
Drugi z chłopaków był niższy, ale za to dość gruby. Miał czarne kręcone włosy i za duże spodnie, których krok zwisał gdzieś na wysokości kolan. Uśmiechnął się i z szybkością, o jaką trudno go było podejrzewać, wyrwał z ręki Felixa banknot.
— Dzięki — powiedział i odwrócił się, wpychając pieniądze do kieszeni. Obaj odeszli, jakby nic się nie stało.
— Hej! — zawołał Felix i zrobił krok w ich stronę. — To moje…
Tamci zawrócili i podeszli do Felixa, prawie na niego wpadając. Byli wyżsi co najmniej o głowę. Felix pomyślał o Cabanie. Caban był wielkim, czarnym, kudłatym psem, który teraz zapewne smacznie spał w jego pokoju. Gdyby tu był, nie pozwoliłby na takie traktowanie swojego pana.
— Coś mówiłeś? — zapytał rudy.
— Zostawcie go — powiedział chłopak w szarej bluzie, stając obok Felixa.
Spojrzeli na intruza, splunęli w jego stronę i odeszli z ociąganiem. Niższy, walcząc z nadwagą, bujał się przy każdym kroku.
— Dzięki — powiedział Felix, wyciągając rękę. — Jestem Felix… z „X” na końcu.
— Ernest — przedstawił się tamten i uścisnął Felixowi dłoń — z „T” na końcu. Lepiej na nich uważaj. Rodzą się tacy niedorobieni, a potem i tak muszą iść do jakiejś szkoły. Padło na naszą budę, ale wszędzie takich znajdziesz. Ten wyższy, rudy, to Marcel, a grubas nazywa się Ruben.
— Zabrali mi dziesięć złotych.
— Możesz iść do swojej wychowawczyni — zaproponował Ernest.
— Nie chcę skarżyć.
— No to dyszka odpłynęła w siną dal.
Poklepał go po ramieniu, uśmiechnął się współczująco i odwrócił, by odejść.
— Zaczekaj! — zawołał Felix. — Dlaczego on nazwał mnie „Milky”?
— To taki dowcip, że niby masz jeszcze mleczne zęby.
Witajcie w szkole, pomyślał Felix. Wrócił na parter do hallu, wciąż próbując znaleźć informacje o swojej klasie. Ale był tam tylko wysoki i chudy jak tyczka chłopak w luźnych bojówkach, z łańcuszkiem zwisającym przy pasku i w wytartej brązowej bluzie z kapturem. Jego ciemnoblond fryzura wyglądała, jakby czesał się, odpalając we włosach petardę.
— O, przepraszam — powiedział Felix. — Szukam mojej klasy.
— Lista jest w gablocie — odparł tamten, patrząc na Felixa błękitnymi oczami zza okularów. — Chodź, pokażę ci.
W gablocie, wśród setki innych wywieszek, rzeczywiście przypięta była lista klas i uczniów.
— Pierwsza „a” — przeczytał Felix.
— To tak jak ja! — Ucieszył się chudzielec. — No to jesteśmy kolegami. Nazywam się Net Bielecki.
— Felix Polon. Felix z „X” na końcu.
Podali sobie ręce.
— Starzy dali ci tego iksa?
— Sam sobie dałem. Tak jest fajniej.
— Masz rację. Ja całego „Neta” sam sobie dałem. Nienawidzę mojego prawdziwego imienia.
— Dlaczego nie jesteś na lekcji?
— Szukałem zasięgu. Transfer się rwie i zeszło mi parę minut.
— Co?…
Net otworzył swój plecak i wyciągnął czarny minikomputer wielkości średniej książki, stary telefon komórkowy i kilka kabli.
— Często sprawdzam maila, prognozę pogody i takie tam.
— Nie boisz się, że ci ukradną? — zapytał Felix.
— To stary grat. Niezintegrowany system. Noszę go właśnie dlatego, żeby nie było szkoda, jak zginie. Wszystko zahasłowane, ulega autodestrukcji w przypadku nieautoryzowanego…
Felix uniósł dłonie w obronnym geście i powiedział:
— Wytłumaczysz mi kiedy indziej. Gdzie jest nasza sala? Na liście nie ma numeru.
— Rzeczywiście — przyznał Net. — Nauczycielki po przemówieniu dyra zebrały uczniów i zaprowadziły do sal. Szedłem na końcu, próbując złapać pole… Masz rację, potem ci wytłumaczę. No i, jak uniosłem wzrok znad ekranu, stałem sam na pustym korytarzu.
— Teraz trzeba znaleźć tę naszą salę — przypomniał Felix.
— Da się zrobić. — Net otworzył minikomputer. — Nie pytaj, skąd znam hasło do wewnętrznej sieci — zastrzegł, unosząc palec i zaczął w niesamowitym tempie uderzać w malutkie klawisze.
— Jest! Sala 115. Pierwsze piętro.
Schował cały sprzęt z powrotem do plecaka i ruszył w stronę schodów. Oniemiały Felix dogonił go po kilku krokach. Weszli na piętro i od razu zobaczyli dwóch „znajomych” Felixa szarpiących się z rudą dziewczyną w martensach.
— Spotkałem ich już dziś — rzucił niepewnie Net.
— Ja też — dodał Felix i przyspieszył kroku, chcąc im wytłumaczyć, co myśli o szarpaniu dziewczyn, jednak Net pociągnął go za plecak.
— Daj spokój — szepnął ze strachem w oczach. — Ich jest dwóch, a my sami… Mózgiem ich załatwmy. Przestawię zegar komputera szkoły na ósmą czterdzieści pięć.
Przyklęknęli za rogiem. Net wyciągnął swój „niezintegrowany” minikomputer i zaczął klepać w klawisze.
— I nikt się nie zorientuje?
— Tu nie ma żadnych zabezpieczeń — odparł beztrosko Net. — Tutejszy informatyk to musi być ameba, a ja nie zostawiam za sobą śladów.
— Ale… po co? I co z nią?
Rozległ się dzwonek. Podzwonił chwilę i ucichł, gdy Net wcisnął „Enter”. Felix wytrzeszczył oczy.
— Włączyłeś szkolny dzwonek tym? — Wskazał na minikomputer i plątaninę kabli.
— Włączył się sam. — Net wzruszył ramionami, robiąc niewinną minę. — Ja tylko przestawiłem na chwilę czas.
— Nie znam się za dobrze na komputerach.
Wyjrzeli zza rogu. Drzwi kilku klas otworzyły się i na korytarz wysypało się kilkunastu uczniów i kilkoro nauczycieli. Marcel i Ruben pospiesznie oddalali się od zamieszania. Dziewczyna zbierała książki do poprzecieranej torby. Felix i Net podeszli do niej. Korytarz szybko pustoszał.
Rudowłosa poprawiła sfatygowaną kurtkę jeansową i plisowaną spódnicę.
— Wszystko OK? — zapytał Felix.
— OK. Dzięki, że włączyliście dzwonek. — Odgarnęła z czoła niesforne loki. Miała duże, zielone oczy, lekko zadarty nos i nieco piegów. Obiektywnie oceniając, była naprawdę ładna.
— Drobiazg — uśmiechnął się Net, ale chwilę potem zmarszczył brwi. Felix zresztą zrobił to samo.
— Skąd wiesz? — zapytali jednocześnie.
— Kobieca intuicja — wyjaśniła, uśmiechając się tajemniczo.
Chłopcy wymienili zdziwione spojrzenia.
— Czego od ciebie chcieli? — zapytał Felix.
— Zabrać mi drugie śniadanie, ale nie dałam. I tak go nie mam.
— Mnie próbowali zabrać telefon — powiedział Net — ale chyba doszli do wniosku, że jest zbyt cenny i będzie zadyma.
— A mnie ZABRALI dziesięć złotych — dodał Felix.
— Miło było poznać — powiedział Net — ale, sorry, musimy iść na pierwszą lekcję.
— Z której jesteście klasy? — zapytała dziewczyna, zapinając torbę.
— Pierwsza „a” — powiedział Felix. — A ty?
— Ja też. — Uśmiechnęła się szeroko. — Nika Mickiewicz.
Chłopcy również się przedstawili i cała trójka pobiegła korytarzem. Znaleźli odpowiednie drzwi, zapukali i weszli do sali. Ledwie przekroczyli próg, zamarli. Wpatrywało się w nich kilkanaście par oczu i nauczycielka stojąca przy tablicy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.