Dzieci z wyspy Saltkråkan


“Dzieci z wyspy Saltkråkan” to dowcipna, wzruszająca i pełna ciepła opowieść o pięknej wyspie, serdecznych ludziach i niesfornych zwierzętach.


Dzieci z wyspy SaltkråkanNa wyspie Saltkråkan nie można się nudzić! Przekonuje się o tym rodzina Melkersonów, kiedy po raz pierwszy przyjeżdża tam na wakacje.

Roztargniony ojciec i czwórka zwariowanych dzieciaków nie tylko zyskają wspaniałych przyjaciół, lecz także przeżyją mnóstwo przygód. Zarówno zabawnych, jak i czasem bardzo nie­bezpiecznych…

Ale spryt i poczucie humoru pozwolą im wyjść z każdej opresji bez szwanku.

“Dzieci z wyspy Saltkråkan” to dowcipna, wzruszająca i pełna ciepła opowieść o pięknej wyspie, serdecznych ludziach i niesfornych zwierzętach jest wspaniałą lekturą nie tylko na wakacje.

Książka ukazuje się pod nieco zmienionym tytułem, poprzedni brzmiał: „My na wyspie Saltkråkan”.


Astrid Lindgren
Dzieci z wyspy Saltkråkan
Przekład: Maria Olszańska
Ilustrator: Ilon Wikland
wydanie 7
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera w tej edycji: 21 marca 2018
 

 

Dzieci z wyspy Saltkråkan


Zagroda Stolarza

Tego pierwszego wieczoru w Zagrodzie Stolarza nikt z rodziny nie miał zapomnieć.
– Spytajcie mnie, kiedy chcecie – mawiał potem Melker – zawsze dokładnie opowiem, jak to było.
Stęchły zaduch, pościel zimna jak lód i ta zmarszczka niepokoju między oczami Malin, ta, o której ona myśli, że jej nigdy nie dostrzegam. I ja z bryłą niepokoju w sercu, bo pomyślcie, jeżeli znowu zrobiłem głupstwo! Ale chłopcy weseli jak wiewiórki wbiegali i wybiegali, to pamiętam… tak, i pamiętam, że kos śpiewał w jarzębinie, a fale chlupotały cicho przy pomoście i cisza taka, że nagle pomyślałem: „Nie, Melker, tym razem nie zrobiłeś głupstwa, przeciwnie, coś wspaniałego, znakomitego, nieprawdopodobnie mądrego… tylko ta stęchlizna i…”.
– …i napaliłeś pod kuchnią – wtrąciła Malin. – Przypominasz sobie?
Tego Melker sobie nie przypominał, jak twierdził.
– Ten piec nie wygląda na to, żeby się miał nadawać do gotowania – powiedziała Malin, kładąc pakunki na podłodze w kuchni. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła po wejściu, był kuchenny piec. Zardzewiały i robiący takie wrażenie, jakby po raz ostatni był w użyciu w końcu ubiegłego wieku. Melker był jednak pełen ufności.
– Takie stare żelazne kuchnie bywają fantastyczne. Wymagają tylko umiejętnego palenia, już ja się tym zajmę. Ale wpierw obejrzymy sobie resztę.
Coś z końca ubiegłego wieku było w całej Zagrodzie Stolarza. Niedbali lokatorzy wielu letnich sezonów mocno się dali we znaki temu ongiś zapewne dobrze utrzymanemu i zupełnie wygodnemu domowi rzemieślnika. Ale nawet w stanie tak podupadłym dom miał jakiś przedziwny wdzięk, to odczuli wszyscy.
– Całkiem klawo będzie mieszkać w tej budzie – zapewnił Pelle. Pospiesznie uścisnął Malin i pobiegł za Johanem i Niklasem, by zbadać wszystko, co było do zbadania, aż po strych.
– Zagroda Stolarza… – zastanowiła się Malin. – Jak myślisz, tato, co to za stolarz tu mieszkał?
– Młody, wesoły stolarz, który ożenił się w 1908 roku i wprowadził się tu z młodą, uroczą żoną, i zrobił dla niej szafy, krzesła, stoły i kanapy, akurat takie, jakich sobie życzyła, i całował ją, aż było słychać, i powiedział, że nazwie dom Zagrodą Stolarza i to będzie ich dom na…
Malin przyglądała mu się z uwagą.
– Wiesz to na pewno czy zmyśliłeś na poczekaniu?
Melker uśmiechnął się zażenowany.
– Hm… no… zmyśliłem. Chociaż wolałbym, żebyś mówiła „stworzyłeś”.
– Proszę bardzo, niech będzie „stworzyłeś” – zgodziła się Malin. – Ale w każdym razie… kiedyś musiał istnieć ktoś, kto cieszył się z tych mebli i odkurzał je, i polerował, i robił wielkie piątkowe sprzątanie. A teraz czyj jest ten dom?
– Jakiejś pani Sjöberg czy Sjöblom, czy coś takiego. Starsza kobieta…
– Może to ta żona stolarza? – roześmiała się Malin.
– Mieszka obecnie w Norrtälje – mówił Melker. – Pewien facet nazwiskiem Mattsson wynajmuje w jej imieniu dom na letnie mieszkanie… przeważnie jakimś opryszkom, mającym okropne dzieciaki o długich pazurach.
Rozejrzał się po tym, co niegdyś było paradnym pokojem stolarza.
Teraz nie było tu zbyt pięknie, ale Melker czuł się jednak zadowolony.
– To będzie – powiedział – nasz pokój bawialny. – Z ukontentowaniem poklepał wybielony kominek. – Tu będziemy sobie siadywać wieczorami przy płonących szczapach i słuchać, jak morze szumi tam, na zewnątrz.
– A uszy nam będą powiewać na wietrze – dodała Malin, wskazując okno ze zbitą szybą.
Malin nie była tak zupełnie spokojna, bo znała Melkera. Z mieszaniną zniecierpliwienia i czułości myślała: „On sam w to wierzy, nieborak, jeszcze jak wierzy, bo zapomina, jak to bywa. Ale jeżeli o n będzie wprawiał szyby, to trzy inne wybije. Trzeba zapytać Nissego Grankvista, czy jest tu ktoś, kto by mi pomógł”.
Głośno powiedziała:
– Coś mi się zdaje, że trzeba będzie zakasać rękawy. Tato, może rozpalisz pod kuchnią?
Melker zatarł ręce z chęci do działania.
– Oczywiście! To nie jest czynność, którą można by powierzyć kobietom i dzieciom.
– No więc – zdecydowała Malin – kobiety i dzieci pójdą i poszukają przez ten czas studni, bo mam nadzieję, że jest tu jakaś studnia.
Słyszała chłopców tupiących na pięterku i skrzyknęła ich:
– Hej, braciszkowie mili! Idziemy po wodę!
Deszcz przestał padać. Przynajmniej w tej chwili nie padał. Wieczorne słońce wciąż podejmowało tyleż śmiałe, co nieudane próby przebicia się przez chmury, żywo zachęcane przez kosa siedzącego w jarzębinie. Gwizdał niezmordowanie, dopóki nie zobaczył gromady młodych Melkersonów brodzących z wiadrami w mokrej trawie. Wtedy zamilkł.
– Czy to nie przyjemne, że w Zagrodzie Stolarza jest drzewo będące pod ochroną? – ucieszyła się Malin i przechodząc, pogładziła chropawy pień jarzębiny.
– A do czego jest takie drzewo pod ochroną? – spytał Pelle.
– Żeby na nie włazić, musisz wiedzieć – dodał Johan.
– I to pewnie będzie pierwsza czynność, którą zrobimy jutro rano – zapewnił Niklas. – Ciekaw jestem, czy tatuś musiał coś dopłacić za to, że tu jest takie drzewo dobre do wdrapywania się.
Malin roześmiała się, ale chłopcy w dalszym ciągu wyliczali rzeczy, za które, ich zdaniem, Melker powinien zapłacić ekstra. Pomost i przycumowana do niego stara łódka. Długa czerwona szopa, którą zbadają bliżej, gdy znajdzie się wolna chwila. Strych, który już zbadali i na którym pełno było interesujących przedmiotów.
– I studnia, jeżeli jest w niej dobra woda – zaproponowała Malin.
Ale Johan i Niklas nie uważali, żeby to było coś, za co warto płacić ekstra.
– Można by natomiast życzyć sobie nosideł dla tego, kto tę wodę ma dźwigać – zaproponował Johan, wyciągając pierwsze wiadro.
Pelle krzyknął z zachwytu:
– Popatrzcie, tam na dnie siedzi żabka!
Malin wydała z siebie jęk rozpaczy. Pelle spojrzał na nią zdziwiony.
– Co ci jest? Nie lubisz takich malutkich, ślicznych żabek?
– Nie w wodzie do picia – odparła Malin.
Pelle aż podskakiwał z radości.
– Chyba mogę ją sobie wziąć?
Potem zwrócił się do Johana:
– Jak myślisz, czy za to, że w studni są żaby, tatuś też musiał zapłacić ekstra?
– To zależy, ile ich tam jest – odpowiedział Johan. – Jeżeli większe partie, to może dostał je zupełnie niedrogo.
Zerknął na Malin, żeby zobaczyć, ile żab ona może znieść, ale wydawało się, że wcale nie słucha. Myśli Malin uleciały w inną stronę. Myślała teraz o wesołym stolarzu i jego żonie. Czy żyli szczęśliwie w swej zagrodzie? Czy mieli dzieci, które rosły, wdrapywały się na drzewa, a czasem wpadały w morze? Czy już wtedy rosło tu tyle krzaków dzikiej róży i czy w czerwcu ścieżka do studni była biała od opadłych kwiatów jabłoni jak teraz?
Potem przypomniała sobie nagle, że przecież wesołego stolarza i jego żonę Melker wymyślił. Na wszelki wypadek postanowiła jednak w nich wierzyć. I jeszcze jedno postanowiła. Mogą sobie być żaby w studni i wszystkie szyby w oknach mogą być wybite, może sobie cała Zagroda Stolarza być w opłakanym stanie, jej nic nie przeszkodzi w tym, by teraz, zaraz zaczęła się czuć szczęśliwa. Właśnie tu i właśnie teraz. Bo jest lato. „Stale powinien być czerwcowy wieczór – pomyślała. – Spokojny i rozmarzony jak dziś. I cichy”. Nad pomostem krążyły mewy, jedna z nich kilkakrotnie wydała dziki krzyk. Ale poza tym panowała niepojęta, dzwoniąca w uszach cisza. Na morzu leżała łagodna deszczowa mgiełka, piękne to było i zarazem trochę melancholijne. Ze wszystkich drzew i krzaków kapało, w powietrzu unosił się zapach deszczu, który spadnie lada chwila, ziemi, słonej wody i wilgotnej trawy.
„Siedzieć sobie w ogrodzie w słońcu, jeść i czuć, że jest lato” – tak Melker wyobrażał sobie pierwszy dzień w Zagrodzie Stolarza. Wypadło nieco inaczej, ale lato jednak było, to Malin czuła tak, że aż jej łzy w oczach stanęły. Czuła ponadto, że jest głodna, i zastanawiała się, jak daleko Melker posunął się w paleniu pod kuchnią.
Posunął się już dość daleko.
– Malin, gdzie jesteś? – zawołał, bo miał zwyczaj wołać córkę, jak tylko mu coś nie wychodziło. Ale Malin nie było w zasięgu jego głosu i z niechęcią stwierdził, że jest sam i sam musi dać sobie radę.
– Sam z Bogiem tylko i żelaznym piecykiem, który wkrótce wyleci przez okno – wymamrotał z rozgoryczeniem, potem zakaszlał i nic więcej powiedzieć nie mógł. Wpatrywał się w piecyk, który złośliwie wydmuchiwał na niego dym, choć nic złego mu przecież nie zrobił, napalił w nim tylko, ostrożnie i pieczołowicie. Poruszył pogrzebaczem i nowa chmura dymu buchnęła na niego. Kaszląc straszliwie, skoczył, by otworzyć wszystkie okna. Właśnie gdy to robił, otwarły się drzwi i ktoś wszedł. A mianowicie to majestatyczne dziecko, które przedtem stało na przystani. Ta dziewczynka o przedziwnym imieniu Korven czy Tjorven, czy jakoś tak. „Wygląda jak mała, dobrze wypchana kiełbaska – pomyślał Melker – okrąglutka i apetyczna”. Twarz wystająca z kaptura wiatrówki, o ile można było dostrzec przez dym, była niezwykle czystą i ładną dziecinną twarzyczką, szeroką, dobroduszną, z parą mądrych, badawczo spoglądających oczu. Dziewczynka miała ze sobą psa olbrzyma. We wnętrzu domu robił wrażenie jeszcze większego, zdawał się wypełniać całą kuchnię.
Tjorven taktownie zatrzymała się na progu.
– Dymi się – powiedziała.
– Czyżby? – spytał Melker. – Nie zauważyłem.
Potem zakaszlał tak mocno, że aż mu oczy na wierzch wyszły.
– Dymi się – zapewniła Tjorven. – Wiesz co? Może zdechła sowa leży w kominie. U nas tak kiedyś było.
Potem badawczo spojrzała na Melkera i uśmiechnęła się szeroko.
– Masz czarną twarz, wyglądasz jak kanibal.
Melker kaszlał.
– Kanibal, widział to kto. Raczej jak pikling, świeżo uwędzony pikling. A poza tym, czy powinnaś mówić mi ty? Mów: wujku Melkersonie.
– A ty jak się nazywasz? – spytała Tjorven.
Melker nie potrzebował odpowiadać, bo na szczęście nadeszła Malin i chłopcy.
– Tato, wiesz, że znaleźliśmy żabę w studni? – oznajmił Pelle żarliwie.
Ale zaraz zapomniał o żabach, gdyż wspaniały pies, którego przedtem widział na przystani, stał teraz w jego własnej kuchni.
Melker wyglądał na urażonego.
– Żaba w studni… rzeczywiście? A ten agent mówił, że przyjemne letnisko. Ani słowem nie wspomniał, że to ogród zoologiczny z sowami w kominie, żabami w studni i psami jak konie w kuchni. Johan, idź zobaczyć, czy w sypialni nie leży renifer!
Dzieci roześmiały się, jak tego oczekiwał. W przeciwnym razie czułby się dotknięty. Tylko Malin zawołała:
– Ależ tu się dymi!
– Co się dziwić? – Melker oskarżycielsko wskazał na żelazny piecyk. – To hańba dla fabryki Ankarsrum. Napiszę zażalenie… w kwietniu 1908 roku firma wasza dostarczyła piec żelazny i do czegóż, u licha, on się nadaje?
Nikt go nie słuchał prócz Malin. Reszta cisnęła się wokół Tjorven i psa i zasypywała ją pytaniami. Tjorven uprzejmie poinformowała, że mieszka w sąsiednim domu, gdzie jej tatuś ma sklep, ale dom jest duży i mieszczą się tam wszyscy.
– Ja i Bosman, i mama, i tatuś, i Teddy, i Freddy – opowiadała.
– Ile lat mają Freddy i Teddy? – zapytał żywo Johan.
– Teddy ma trzynaście, a Freddy ma dwanaście, a ja mam sześć. Bosman ma dwa. Nie pamiętam, ile mają tatuś i mama, ale mogę iść do domu i spytać – usłużnie wyjaśniała Tjorven.
Johan zapewnił, że to nie jest konieczne. On i Niklas spojrzeli na siebie z zadowoleniem. Dwóch chłopców dokładnie w ich wieku, w sąsiednim domu, to prawie zbyt piękne, żeby było prawdziwe.
– Co my, na litość boską, zrobimy, jak się nie da tego pieca doprowadzić do porządku? – zastanawiała się Malin.
Melker rwał włosy z głowy.
– Wejdę chyba na dach i zobaczę, czy tam rzeczywiście nie ma sowy w kominie, jak twierdzi ta mała.
– Oj, tylko bądź ostrożny – przestrzegła Malin. – Pamiętaj, że mamy tylko j e d n e g o ojca.
Melker był już za drzwiami. Zobaczył drabinę opartą o węgieł, a dla nieco wygimnastykowanego człowieka wejście na dach nie powinno być żadną sztuką. Chłopcy deptali mu po piętach, nawet Pelle. I największy pies świata nie mógł zatrzymać go w kuchni, skoro tata zamierzał wyjmować sowy z komina. A Tjorven, która już wybrała sobie Pellego na przyjaciela i towarzysza, choć on o tym jeszcze nic nie wiedział, również majestatycznie wyszła na podwórze, żeby zobaczyć, czy wyniknie z tego coś zabawnego.
Zapowiadało się dobrze, uważała. Wujek Melker wziął ze sobą pogrzebacz, żeby nim wydłubać sowę z komina, i musiał go trzymać w zębach, wspinając się po drabinie. „Zupełnie jak Bosman, kiedy niesie kość” – pomyślała Tjorven. Weselszego widoku nie mogła sobie życzyć. Śmiała się cichutko do siebie samej, stojąc pod jabłonką. Potem złamał się jeden szczebel drabiny, gdy wujek postawił na nim nogę, i Melker obsunął się spory kawałek. Pelle krzyknął wystraszony, a Tjorven znowu się cichutko roześmiała.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *