Lawenda w chodakach


“Lawenda w chodakach” Ewy Nowak to powieść z dawką humoru przekazująca ponadczasowe wartości i podejmująca ważne tematy.


Lawenda w chodakachPodróż przez świat może być podróżą przez samego siebie. Możesz odkryć nieznane sobie zakątki…

Objazdówka po Europie… Marzenie połowy licealistów i trzech czwartych studentów. Na dosyć odważne spełnienie takiego marzenia dosyć spontanicznie zdobyło się dwóch przyjaciół z Warszawy ze swoimi partnerkami.

Magda i Kuba – dwudziestoletni studenci germanistyki, znający się od półtora roku, aktualny status związku: zaręczeni. Damroka i Wiktor – ona osiemnastolatka, on rok starszy, niedawno się poznali i są na etapie odkrywania swoich zalet i… jak to w związkach bywa – wad. Status związku: “to skomplikowane”.

Książkę można bez wahania określić jako książkę drogi. Bohaterowie pochodzą z różnych domów, mają odmienne doświadczenia życiowe. Różnice te właśnie w podróży dosyć szybko wychodzą na jaw. Różni ich niemal wszystko – środowisko, w którym dorastali, status majątkowy, poglądy na życie, postrzeganie siebie, sposób wyrażania opinii, sposoby zwiedzania, stosunek do jedzenia, a co najbardziej trudne, gdy jest się w związku – postrzeganie miłości.

Podróż przez Niemcy, Francję i Hiszpanię jest okazją do sprawdzenia trwałości ich związków. Do poszukania (wspólnie lub odrębnie) odpowiedzi na pytanie o wzajemne zaufanie, o granice, których nie można przekroczyć, by nie zranić drugiego człowieka, o wymagania i oczekiwania wobec innych. Podróż staje się szybko trudną lekcją docierania się. Tu nie można, jak w domu, trzasnąć drzwiami i odciąć się od świata. Od domu dzielą ich setki kilometrów. Jest tylko “tu i teraz”. Nie wszystko da się przewidzieć, ale nie ma tego złego, co by… Poznają przecież ciekawych ludzi i dowiedzą się o sobie ciekawych rzeczy. Czy wrócą tacy sami jak byli? Czy ich związki przetrwają? Co im po tej “podróży życia” pozostanie – tylko wspomnienia i masa pamiątek?

***

“Lawenda w chodakach” Ewy Nowak to świetna młodzieżówka dla ludzi w każdym wieku. Z dawką humoru, ale także przekazująca nam wartości i podejmująca niekiedy ważne tematy, takie jak alkoholizm czy kalectwo, ale to chyba jak każda książka, która wyszła spod pióra tej autorki. Polecam ją naprawdę wszystkim, którzy chcą miło spędzić czas przy lekkiej lekturze.
panikultura.pl

Uwielbiam takie przygody! Ewa Nowak tą jedną książką kupiła mnie na amen! Choć kocham także pozostałe już przeczytane powieści, “Lawenda w chodakach” jakoś najbardziej przypadła mi do gustu (na tę chwilę, bo przypominam, że znam dopiero cztery pierwsze tomy serii). Czego to może być zasługa? Może studenckim wiekiem bohaterów, który jest zbliżony do mojego? A może tym zwiedzaniem licznych państw, o czym ja zawsze marzę? A może i jednym, i drugim?
wymarzona-ksiazka.blogspot.com

***

Magda Różycka, lat dwadzieścia, mieszka na Powiślu w Warszawie, studentka pierwszego roku germanistyki, o wysokich uzdolnieniach ogólnych. Od półtora roku dziewczyna Kuby Gwidosza. Bardzo zasadnicza. Niepełnosprawna – od urodzenia cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Ma młodszą siostrę –Dominikę, znaną z genialnych wypieków domowych.
Damroka Czerdesz, lat osiemnaście, jedynaczka, mieszka na Pradze, okna jej mieszkania wychodzą na zoo. Ma bardzo dobrze sytuowanych rodziców (ojciec dyplomata, mama niepracująca). Lubi jeść. Kocha szaleństwa. Nienawidzi pijaństwa, a przez to nie przepada za własnym ojcem. Wojowniczo nastawiona do życia. Uważa, że ma antytalent do języków (co nie jest prawdą).
Wiktor Rybacki, lat dziewiętnaście, brat Wiki i posiadacz trzech wielkich papug: Diupy, Azji i Żurka (z czego jedna umie naśladować sygnały dźwiękowe). Mieszka na Bródnie w Warszawie w nowym dużym mieszkaniu. Wysoki – były zawodnik akrobatyki sportowej. Syn pisarki Wandy Rybackiej, która notorycznie opisuje go w swoich książkach. Nieco nieśmiały, chociaż przy Damroce nabiera pewności siebie.
Kuba Gwidosz, lat dwadzieścia, brat Malwiny, Marysi i Celinki, student germanistyki. Mieszka na parterze w maleńkim mieszkaniu na Bródnie, uwielbia Mozarta i czyta wszystko, co mu wpadnie w ręce. Niegdyś podrywacz i bawidamek, dziś zakochany po uszy chłopak Magdy. Nie może się już doczekać ślubu. Przystojny. Bardzo przystojny.
fragment

Ewa Nowak – polska pisarka, pedagog, terapeuta, publicystka. Zadebiutowała w 1997 r. w “Filipince” tekstem dotyczącym zdawania egzaminów ustnych. Współpracuje z czasopismami “Cogito”, “Victor Junior”, “Trzynastka”, “Sens”. W 2002 roku ukazała się jej pierwsza powieść – Wszystko, tylko nie mięta. Od tamtej pory napisała już trzydzieści książek, które poruszają aktualne problemy współczesnej młodzieży, co wynika z doświadczenia zawodowego autorki. Rodzicom, czasem zagubionym w meandrach psychiki swoich dzieci, lektura tych powieści na pewno ułatwi obranie właściwego kierunku na rodzicielskiej busoli. Misja Ewy Nowak polega bowiem na stawianiu pytań i pozwalaniu bohaterem odpowiadać na nie po swojemu.


Ewa Nowak
Lawenda w chodakach
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 10 lipca 2018
 

 

Lawenda w chodakach


Prolog

W ciepłe majowe popołudnie pod centrum handlowym na warszawskiej Pradze przypadkowo spotkały się dwie pary. Znali się tylko chłopcy, bo ich rodzice przyjaźnili się od lat. Dziewczyny poznały się dopiero teraz. Mając za plecami jeden z symboli Pragi – prawosławną cerkiew św. Marii Magdaleny – stali i gadali. Tłum przelewający się od pociągu i do pociągu zepchnął ich w końcu pod samą ścianę centrum handlowego. Tu jednak – stojąc od strony Radzymińskiej, przeszkadzali z kolei czekającym na prywatne autobusy mieszkańcom Zielonki, Rembertowa, Kobyłki, Wołomina oraz innych tonących w zieleni i świeżym powietrzu podwarszawskich miejscowości. Gadali ponad pół godziny. W końcu przenieśli się do parku koło zoo, gdzie siedząc na ławce, nagle wpadli na śmiały pomysł wyruszenia w podróż po Europie – długą, wspaniałą, niebanalną, ale też niedrogą. Wszystkim zaświeciły się oczy. Namiot, noce pod gwiazdami, cudowne zdjęcia i kąpiel w oceanie. A co najważniejsze – nieustanna bliskość ukochanej osoby. Kto by nie chciał pojechać?
W przypadku dziewięćdziesięciu ośmiu par na sto skończyłoby się tylko na gadaniu. Ale oni byli właśnie tymi dwoma wyjątkami. Od razu dokonali też podziału: kto kalkuluje koszty, kto zapewnia samochód, kto sprawdza formalności, ubezpieczenia, apteczkę i kto szykuje listę niezbędnego sprzętu.
Po dwóch tygodniach spotkali się nad mapą Europy i wymyślili trasę. Właściwie nie wymyślili – postanowili jechać, gdzie ich oczy poniosą. Taka to miała być trasa.

*

Magda Różycka, lat dwadzieścia, mieszka na Powiślu w Warszawie, studentka pierwszego roku germanistyki, o wysokich uzdolnieniach ogólnych. Od półtora roku dziewczyna Kuby Gwidosza. Bardzo zasadnicza. Niepełnosprawna – od urodzenia cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Ma młodszą siostrę – Dominikę, znaną z genialnych wypieków domowych.
Damroka Czerdesz, lat osiemnaście, jedynaczka, mieszka na Pradze, okna jej mieszkania wychodzą na zoo. Ma bardzo dobrze sytuowanych rodziców (ojciec dyplomata, mama niepracująca). Lubi jeść. Kocha szaleństwa. Nienawidzi pijaństwa, nie bez przyczyny zatem nie przepada za własnym ojcem. Wojowniczo nastawiona do życia. Uważa, że ma antytalent do języków (co nie jest prawdą).
Wiktor Rybacki, lat dziewiętnaście, brat Wiki i posiadacz trzech wielkich papug: Diupy, Azji i Żurka (z czego jedna umie naśladować sygnały dźwiękowe). Mieszka na Bródnie w Warszawie w nowym, dużym mieszkaniu. Wysoki – były zawodnik akrobatyki sportowej. Syn pisarki Wandy Rybackiej, która notorycznie opisuje go w swoich książkach. Nieco nieśmiały, chociaż przy Damroce nabiera pewności siebie.
Kuba Gwidosz, lat dwadzieścia, brat Malwiny, Marysi i małej Celinki, student germanistyki. Mieszka na parterze w maleńkim mieszkaniu na Bródnie, uwielbia Mozarta i czyta wszystko, co mu wpadnie w ręce. Niegdyś podrywacz i bawidamek, dziś zakochany po uszy chłopak Magdy. Nie może się już doczekać ślubu. Przystojny. Bardzo przystojny.

Rozdział I

Mariusz Gwidosz spał, siedząc w krótkich spodenkach na parapecie okna w swoim mieszkaniu. W prawej dłoni trzymał pędzel, z którego kropelki farby do metalu niespiesznie kapały na jego owłosione udo, tworząc na nim ciemnozieloną plamę. Głowę natomiast oparł o świeżo malowane kraty w oknach. Razem z zasychającą farbą zasychały też jego włosy. Wystarczył jeden krótki moment dekoncentracji, żeby sen dopadł go w swoje szpony i zawładnął nim bez reszty. Śnił zapewne o tym, że ma dwie głowy, aż sześć kończyn górnych, a doba trwa trzydzieści godzin, co w jego sytuacji rodzinnej byłoby optymalnym rozwiązaniem współczesnej ewolucji.
Jego młodsza córka – Marysia (zwana w domu Marynią), lat siedem – stanęła przed ojcem i widząc jego włosy przyklejone do świeżo malowanych krat, z dezaprobatą pokręciła główką. Na głowie miała dziurawe cienkie rajstopy – nogawki świetnie imitowały długie warkocze Klary z Dziadka do orzechów, którą zapamiętale udawała od jakichś dwóch dni.
Zamknęła cicho drzwi pokoju i poszła wytłumaczyć swojej dziesięciomiesięcznej siostrze, że budzenie steranego życiem ojca lub też przeszkadzanie w zabawie starszej siostrze nie jest posunięciem właściwym.
– Śpij. – Marysia nachyliła się nad sosnowym łóżeczkiem. – Nie rozumiesz, co się do ciebie mówi? Śpij. Zamknij oczy i policz do dziesięciu – poradziła niemowlakowi.
Bez skutku.
– Zamknij oczy – zmieniła ton na bardziej zasadniczy.
Nadal bez skutku.
Poszła do kuchni, napełniła miskę płynem do zmywania naczyń, potem uzupełniła gorącą wodą; dokładnie umyła butelkę i smoczek. Od niechcenia wypłukała całość. Znalazła lejek, napełniła butelkę zimnym, zakrzepłym mlekiem z wielkim kożuchem i wróciła do kwilącej siostry.
– Ty jesteś jakaś genetycznie obciążona. W ogóle nie rozumiesz, co się do ciebie mówi. Nie rozumiesz, że nie dajesz innym spać i żyć? Zamknij oczy. Mówię ostatni raz.
Marysia naprawdę traciła cierpliwość. Potrząsnęła butelką i zalała zimnym mlekiem oczy siostry. Udało się. Niemowlak natychmiast zmrużył oczy. Zaskoczony zimnem na powiekach, przestał nawet kwilić. Słodka pacia powoli sklejała mu rzęsy górnej i dolnej powieki.
Marysia potrząsnęła łóżeczkiem, udając, że buja siostrę, i zaczęła jej cicho nucić stosowną w jej mniemaniu kołysankę:
 
I w tym spotkaniu na bydlęcej drodze
Bóg uległ i Jakuba błogosławił
Wprzód mu odjąwszy władzę w jednej nodze
By wolnych poznać po tym, że kulawi.
 
Miała w repertuarze sporo takich pieśni. Magda, dziewczyna Kuby, za którą Marysia przepadała, zdradziła jej ostatnio, że to jej ulubiony fragment. Marysia też go lubiła. Spodobał się chyba również maleństwu, bo przekręciwszy główkę na bok, zaczęło słodko posapywać przez sen.
Zazgrzytał klucz w zamku drzwi wejściowych.
Wróciła mama. Marysia dała jej znak, że ma być cicho, i najpierw pokazała przytulonego do krat okiennych ojca, a potem siostrę.
– Widzę, że ją karmiłaś. Dziękuję, Maryniu. – Mama przytuliła córkę do siebie.
– To niezupełnie tak było – odparła Marysia, bowiem od wczesnego dzieciństwa brzydziła się kłamstwem.
Obie poszły do kuchni, gdzie mama wyciągnęła z dolnej szuflady (spomiędzy widelców i łyżek wazowych) aparat fotograficzny i zrobiła obojgu zdjęcia, zaciskając usta, żeby nie parsknąć śmiechem.
– I co, kupiłaś? – zwróciła się Marynia do matki.
– Tak – odpowiedziała jej szeptem Joanna Gwidosz. – Zobacz sama.
Szeleszcząc niemiłosiernie folią, mama wyciągnęła z wielkiej torby turystyczny, składany grill i grubą książkę pod tytułem Przyjemne grillowanie.
Marynia przez chwilę patrzyła na obie rzeczy. Potem wzięła książkę do ręki i przerzuciła kilka kartek.
– Mamo, miałaś kupić Kubie przewodnik. Przewodnik po kempingach w Europie.
– Nie zrzędź. Grill też im się przyda.
– Na pewno. Mogą go rozpalić i jechać tam, gdzie skieruje ich dym.
– Masz rację, źle zrobiłam. Ale nie mogłam się oprzeć. Zawsze pociągało mnie pieczenie. Grill zostawimy sobie i będziemy piec na balkonie. Wszyscy tak robią.
Marynia znacząco popatrzyła na okno. Nie mieli balkonu. Mieszkali na parterze w mieszkaniu bez balkonu. Mieli za to kraty w oknach, do połowy pomalowane ciemnozieloną farbą przeciwko rdzy.
– Strasznie piętrzysz trudności – zdenerwowała się mama. – W takim razie będziemy częściej odwiedzać Rybackich.
– Na pewno się ucieszą – mruknęło dziecko i zaczęło czytać na głos: – „Jeśli jesteś już przygotowany do podróży, masz apteczkę, kurtkę, niezbędną mapę lub przewodnik – tu Marynia znacząco spojrzała na mamę – nie zapomnij o grillu i o tej książce. Dzięki niej twoja podróż będzie transcendentalnym przeżyciem…”.
– Tam jest napisane „transcendentalnym”? – Asia Gwidosz aż nachyliła się nad książką.
– Nie. Chciałam tylko sprawdzić, czy mnie słuchasz – odparła Marynia, nie odrywając oczu od książki.

*

Kuba Gwidosz i Wiktor Rybacki od kilkunastu minut snuli się po wielkim trawniku szczelnie obstawionym rozmaitymi namiotami. Pojechali na Modlińską do sklepu sportowego, żeby wybrać namiot. Mieli kupić dwie małe dwójki – jedną dla nich, a drugą dla Magdy (dziewczyny Kuby) i Damroki (dziewczyny Wiktora). Bo spanie w dwóch oddzielnych namiotach było absolutnym warunkiem uzyskania rodzicielskiej zgody na ten szalony wyjazd. Chcieli w ciągu sześciu tygodni przejechać całą Europę – od kempingu do kempingu – i nie zrujnować przy tym finansowo swoich rodzin. To i tak cud, że rodzice się na to zgodzili – oddzielne spanie to była pestka.
Obaj stali teraz w milczeniu i po raz kolejny oglądali duży, rodzinny namiot z dwiema oddzielnymi sypialniami. Miał spory przedsionek, mocną podłogę, podklejane od środka szwy. Łatwo się rozkładał i na dodatek był w cenie promocyjnej, bo odstraszał ohydnym zgniłobrązowym kolorem. Ten właśnie wpadł im w oko.
– To co robimy? – zapytał Wiktor po raz dziesiąty.
– Bierzemy ten.
– Ale jest jeden. Myślisz, że rodzice to łykną? Szczególnie rodzice dziewczyn.
Znów w milczeniu patrzyli na namiot Freedomland 4. Postanowili, że najpierw jednak zapytają swoich pań. W końcu obowiązywała odpowiedzialność zbiorowa.
Wyjazd za dwa dni. A konkretnie za trzydzieści osiem godzin. Naprawdę powinni już mieć namiot.
– Ja jestem pewien, że z Damroką nie będzie żadnych problemów. Ona jest bardzo elastyczna.
– Z Magdą tym bardziej.
– Magda jest inna… – burknął Wiktor.
– Inna? Co chcesz przez to powiedzieć?
– Nic. Tylko to, że jest inna. Stanowcza. Nie jest elastyczna. Tacy ludzie są trudni na dłuższą metę.
– I bardzo dobrze. Zobaczysz, że z Magdą nie będzie najmniejszych problemów.
– To raczej z Damroką…
– Wiesz co? Załóżmy się. Jestem pewien, że akurat z Damroką będą kłopoty, bo to jest, chłopie, niespokojny duch i naprawdę nie wiem, jak ty jej dotrzymasz kroku.
– Jak ja… – Wiktora aż zatkało z oburzenia. – Mogę się założyć. Magda to góra lodowa, zawsze trzyma dystans. Ja się zakładam, że to z nią nie będzie łatwo się dogadać. Ona zawsze chce wszystkimi rządzić.
– W porządku, załóżmy się, z którą z dziewczyn będą kłopoty.
Chłopcy uścisnęli sobie dłonie. W pobliżu było kilka osób, mogących przeciąć ich zakład. W końcu poprosili młodego sprzedawcę, który wcześniej pokazywał im namioty. Podszedł do nich chętnie i zamaszyście wyciągnął dłoń przed siebie, ale zanim przeciął zakład, podrapał się palcem wskazującym po czole.
– Wiecie, panowie, o tym, że gdzie dwóch się zakłada, tam zawsze jeden jest głupi, a drugi świnia? – zauważył z wahaniem.
– Tak, wiemy. – Kuba uśmiechnął się ironicznie. – Kolega jest głupi, a ja jestem świnia.
– O co się zakładacie?
– O przekonanie.
– Dobrze, o przekonanie.
Podeszli do kasy obaj trochę naburmuszeni i nie dyskutując już dłużej, kupili szybkorozkładalny angielski namiot w kształcie igloo – z dwiema sypialniami i wielkim przedsionkiem.
Kiedy wieźli go na Bródno, Kuba przez cały czas podśpiewywał partię Guglielma z Così fan tutte Mozarta. Ten sam fragment plątał mu się po głowie aż do wieczora.

*

– Tu masz wszystkie adresy i telefony, które mogą ci się przydać. I pamiętaj: jedź ostrożnie. – Radosław Czerdesz położył przed córką gruby skórzany notes. – Ja wiem, że będziesz jechała ostrożnie. Prawda?
– Będę. O kogo martwisz się bardziej: o mnie czy o samochód?
– Samochód możesz nawet zgubić… Ale pamiętaj – jedź ostrożnie.
Damroka popatrzyła na swojego ojca. Stał odwrócony tyłem i wyciągał z pudełka nowy blender. Nawet go nie przemył, tylko wyciągnął z zamrażarki garść lodu i sprawdzał, czy urządzenie wystarczająco dobrze go rozdrabnia. Damroka nienawidziła blenderów; kojarzyły jej się ze wszystkim, co najgorsze. Najchętniej wzięłaby młotek i rozbiła urządzenie w drobny mak. Zamiast tego zerknęła na ojca. Była bardzo ciekawa, czy przeczytał książkę mamy Wiktora, którą złośliwie podarowała mu na urodziny. Sądząc po jego zachowaniu – chyba tak. Nie powiedział ani słowa, ale nie pił od trzech tygodni.
– Czy mama przeprowadziła z tobą jedną z tych kobiecych rozmówek: „Tylko nie narób głupstw, kochanie”?
– Dlaczego o to pytasz?
– Sam nie wiem.
– To ja z mamą przeprowadziłam rozmowę. Zostawiam was na sześć tygodni. Tylko nie naróbcie głupstw, kochani! Tato, to szczególnie ciebie dotyczy.
– Wiem – mruknął Radosław Czerdesz.
Damroka wstała i jeszcze raz przerzuciła wszystkie naszykowane rzeczy. „Już jutro…” – rozmarzyła się. Nagle zerwała się i gorączkowo zaczęła szukać swojego paszportu. O mały włos byłaby o nim zapomniała.

*

– Zobacz, zostawiam tutaj mój adresik. I obiecuję, że kiedy tylko będę mogła, od razu szukam dostępu do wi-fi. Na pewno nie będzie z tym żadnego problemu.
Magda podała Dominice amarantową kartkę wyrwaną z notesu. Potem sięgnęła po kawałek leżącego na mlecznożółtym talerzu biszkoptowego ciasta z malinami. Jej młodsza siostra piekła najlepsze biszkopty na świecie.
– Ale sama pisać też będziesz? Błagam o e-mail przynajmniej co drugi dzień. Martwię się tym wyjazdem.
– Którym? Moim czy swoim?
– Prawdę mówiąc, to swoim – przyznała Dominika.
– Będzie przecież Ala, nie jedziesz tam sama. O co się martwisz?
– Eee…
– No, mów. Muszę jeszcze przygotować kilka rzeczy. Mów.
– Że mnie nie zaakceptują. Przy Ali…
– Ala brzydka nie jest, to fakt, ale tobie też niczego nie brakuje. Jesteś w porządku i kiedy tylko przestaniesz się zadręczać… – uspokajała siostrę Magda.
– Nie zadręczam się… A jak myślisz, prodiż zabrać?
– Zabrać prodiż, przepisy i żyrafę. Przywiozę ci coś fajnego.
– Będziesz pisać? Będziesz odbierać pocztę? Będziesz…
– Będę, będę, będę. Słowo honoru. Czy ja cię kiedyś oszukałam?
– Nie, ale przecież zawsze jest pierwszy raz.
– Co ty bredzisz? Kiedy masz zamiar pierwszy raz kogoś okraść? Przestań się mazać. Jest lato, masz wakacje, jedziesz na Mazury… – Po tym ocieplającym wstępie Magda zmieniła ton. – Nie wolno się bać ludzi. Nie wolno.
Siostry przez chwilę siedziały w milczeniu naprzeciw siebie, a potem jednocześnie wyciągnęły ramiona, objęły się i mocno przytuliły.
– Jak on ma na imię? – wyszeptała wprost w siostrzane ucho Magda.
– Hadrian – westchnęła cicho Dominika.

*

Im bardziej Wika ściszała głos, tym bardziej Wiktor koncentrował się na podsłuchiwaniu. Kiedy usłyszał po raz kolejny, że jego siostra wyznaje miłość swojemu chłopakowi, podniósł się z dywanu i z zegarkiem w ręku podszedł do niej.
– Kończ, na litość boską, kończ. Gadasz już czterdzieści minut.
– Daniel, za chwilę oddzwonię…
– Oddzwonię? Ten człowiek jest aniołem, że znosi cię w takich dawkach.
Wiktor czekał, aż siostra naprawdę zakończy rozmowę. Nagle z drugiego pokoju rozległo się donośne rzężenie połączone z ostrym przewlekłym kaszlem. Wiktor spojrzał na siostrę.
– Zobacz, o co znów chodzi Żurkowi.
Żurek, jedna z ich trzech papug, nie wypowiedział do tej pory ani słowa. Za to perfekcyjnie naśladował rozmaite dźwięki, na przykład kaszel gruźlika czy budzik rodziców, dzwoniący w niedzielę o szóstej trzydzieści rano.
– Mamo, co ty mi tu wpychasz?
Mama Wiktora wyprostowała się i udawała niewiniątko.
– Ja? Nic, tylko…
– Co mi tam włożyłaś? Co to za zeszyt?
– Bo widzisz, tak sobie pomyślałam, że skoro…
Mama Wiktora nie umiała się powstrzymać od pisania o własnych dzieciach i swoich znajomych. Już raz wydała powieść o wydarzeniach spod własnego dachu. Najwyraźniej miała ochotę zrobić to znowu.
– Nic z tego… Nie ma mowy. Mamo, nie będę robić żadnych notatek. Jadę na wakacje, a nie na warsztaty dla pisarzy.
– Wiktor, nie bądź żyła. Pomyśl o tych, którzy zostają, żeby zarobić na twoje podróże. Zrób to dla mamy – wtrącił się ojciec, strosząc ciemne włosy z tyłu głowy. Miał piękne włosy, ale tylko z tyłu – z przodu mógł jedynie poklepać się po łysince.
– I ty, Brutusie, przeciwko mnie? Mamo, naprawdę nie masz o czym pisać, tylko o nas? Jest tyle interesujących tematów.
– Przecież pozmieniałam bardzo dużo – usprawiedliwiała się Wanda Rybacka. – Jesteś nierozpoznawalny.
– To nie ma nic do rzeczy. To są naleśniki? Dzięki, tato.
Oboje rodzice stali obok siebie i z uniesionymi brwiami wpatrywali się w syna. Za ich plecami Azja uważnie (pióro po piórze) iskała Żurka. Nagle oderwała się od tej czynności, przenikliwie spojrzała na Żurka i oznajmiła mu:
– Aż trzy papugi w domu, jak wy dajecie sobie radę?! – Ale Żurek nie zareagował.
– No, dobrze już, dobrze. Zrobię te notatki. Ale oszczędne, lakoniczne i oczywiście nie marz nawet…
– Wiem. Chodzi mi tylko o szkic. Resztę dośpiewam sobie sama.
– Dośpiewasz…? – Wiktor spojrzał na ojca. – Ale znam gorsze nieszczęścia. Niech będzie. Dawaj ten zeszyt. O matko, ale gruby! Nie masz jakiegoś cieńszego?
– Aż trzy papugi w domu, jak wy dajecie sobie radę?! – skomentowała sytuację Azja.

*

Punktualnie o szóstej rano Damroka podjechała samochodem ojca na Bartniczą pod blok Wiktora. Wpakowali rzeczy do obszernego bagażnika i czekali na Kubę. Miał do Wiktora dwa kroki, więc zjawił się po chwili zgięty pod ciężarem wielkiego plecaka z podpiętym do niego wypchanym pokrowcem na śpiwór. Potem Damroka przejechała mostem Gdańskim na lewy brzeg Wisły i klucząc małymi uliczkami Powiśla, zatrzymała się na Trzeciego Maja pod domem Magdy.
Magda miała najmniejszy bagaż. Ojciec pomógł jej znieść mały plecak i śpiwór. Za nim podążały mama i siostra Magdy. Kiedy tylko Kuba zobaczył ich schodzących po schodach, wypadł z samochodu i przejął bagaże od pana Różyckiego. W milczeniu spojrzeli sobie w oczy i wymienili męski, stalowy uścisk dłoni. Obaj chcieli dla Magdy jak najlepiej – nie musieli tego ustalać za pomocą słów.
Rodzice Magdy objęli się w pasie i patrzyli, jak ich starsza córka, kiwając się na boki, podchodzi jeszcze do Dominiki i długo coś jej szepcze do ucha.
W końcu siedzieli w aucie: Damroka za kierownicą, obok niej Wiktor, z tyłu Magda i Kuba.
Bez problemów przejechali Wybrzeże Kościuszkowskie…
O godzinie siódmej pięć minęli rogatki Warszawy. Gadali jedno przez drugie i nawet nie patrzyli, dokąd właściwie jadą. Mieli ze sobą mapę i przewodnik, jednak na razie z nich nie skorzystali. Mieli również składany grill.
Była sobota, początek lipca. Ledwie zdążyli minąć Janki, kiedy przyszedł pierwszy SMS od pana Czerdesza: „Mam nadzieję, że moja córka jedzie ostrożnie!!!”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *