Alyssa i czary


Alyssa Gardner słyszy szepty owadów i kwiatów. Precyzyjniej rzecz ujmując, dzieje się z nią to samo, co przed laty zaprowadziło jej matkę do szpitala psychiatrycznego.


Alyssa i czaryTa rodzinna klątwa sięga daleko, daleko wstecz… aż do Alice Liddell, która była inspiracją dla Lewisa Carrolla, kiedy pisał Alicję w Krainie Czarów.

Alyssa może i jest szalona, ale stara się mocno trzymać w ryzach. Przynajmniej na razie…

Kiedy stan matki dziewczyny się pogarsza, Alyssa zaczyna rozumieć, że to, co uważała za fikcję, jest przerażającą rzeczywistością.

Prawdziwa Kraina Czarów jest o wiele mroczniejsza i bardziej skomplikowana, niż podejrzewał Lewis Carroll. Teraz Alyssa musi zaliczyć kilka testów, np. osuszyć ocean łez Alicji czy rozruszać herbacianą imprezę, aby naprawić błędy Alicji i ocalić jej rodzinę.

Musi także zdecydować, komu zaufać: Jeb, swojej najlepszej przyjaciółce, czy podejrzliwemu Morfeuszowi, jej przewodnikowi po Krainie Czarów, który może mieć zupełnie inne motywy…


A.G. Howard
Alyssa i czary
Alyssa z innej krainy tom 1
Przekład: Janusz Maćczak
Wydawnictwo Uroboros
Premiera: 22 sierpnia 2018
 

 

Alyssa i czary


1. Bilet w jedną stronę do podziemnego świata

Od dziesiątego roku życia kolekcjonuję owady; tylko w ten sposób mogę powstrzymać ich naszeptywania. Przebicie szpilką wnętrzności owada ucisza go na dobre.
Jedne z moich ofiar trzymam w oszklonych gablotkach na ścianach, inne sortuję i wkładam do słoików, które stawiam na półce, aby później je wykorzystać. Świerszcze, żuki, pająki… nawet pszczoły i motyle. Dla mnie to bez różnicy – jeżeli stają się gadatliwe, padają moim łupem.
Całkiem łatwo je złapać. Potrzeba do tego tylko zamykanego szczelnie plastikowego wiaderka wypełnionego żwirkiem dla kotów i kilkoma skórkami bananów. Wywiercasz otwór w pokrywce, wsuwasz do niego rurkę z tworzywa sztucznego i masz gotową pułapkę na owady. Zwabia je zapach skórek owoców, a gdy są już uwięzione w wiaderku, amoniak nasycający żwirek uśmierca je i konserwuje.
Te owady nie umierają na próżno. Wykorzystuję je w moich kompozycjach plastycznych, układam z ich ciał wzory i kształty. Wzbogacają o barwy i faktury zasuszone kwiaty, liście i odłamki szkła, z których tworzę desenie na gipsowych tłach. To są moje dzieła sztuki, makabryczne mozaiki.
Lekcje starszych klas liceum skończyły się dziś w południe. Od godziny pracuję nad najnowszym projektem. Pośród narzędzi artystycznych zaściełających moje biurko stoi słój pełen pająków.
Przez otwarte okno pokoju wnika słodka woń nawłoci. Nieopodal drzwi naszego domu bliźniaka rozpościera się łąka pełna ziół zwabiająca pająki z rodziny ukośnikowatych, które potrafią zmieniać kolor ‒ niczym jakieś ośmionogie kameleony ‒ po to, by móc niepostrzeżenie wkraść się między żółte lub białe kwiatki.
Odkręcam wieczko słoika i długą pincetą wyjmuję z niego trzydzieści pięć niewielkich białych pajęczaków, uważając, żeby nie rozgnieść ich brzuchów ani nie połamać kończyn. Następnie cienkimi, prostymi szpilkami przytwierdzam je do pomalowanego na czarno gipsowego tła, które już wcześniej pokryłam ciałami żuków wybranych ze względu na ich połyskliwe, opalizujące pancerze przypominające nocne niebo. Nie zamierzam przedstawić zwykłego skupiska gwiazd, lecz konstelację wijącą się na podobieństwo pierzastych błyskawic. Moją głowę wypełniają setki takich dziwacznych obrazów i nie mam pojęcia, skąd się biorą. Tylko dzięki tworzeniu tych mozaik mogę się ich pozbyć.
Odchylam się do tyłu w fotelu i przyglądam uważnie nowemu dziełu. Gdy gips wyschnie, owady przywrą do niego na stałe, więc jeśli potrzebne są jakieś poprawki, trzeba je wprowadzić szybko.
Zerkam na cyfrowy zegar przy łóżku i w zadumie skubię dolną wargę. Pozostały mi niespełna dwie godziny do spotkania z tatą w zakładzie dla umysłowo chorych. Zgodnie z piątkową tradycją datującą się jeszcze od moich czasów przedszkolnych kupujemy w Scoopin’ Stop na wynos lody czekoladowo-sernikowe, a potem jemy je razem z Alison.
Przelotny ból głowy z powodu zjedzenia zimnych lodów i zlodowaciałe serce nie mieszczą się w moim pojęciu miłego spędzania czasu, ale tata upiera się, że to forma terapii dla nas wszystkich. Może uważa, że dzięki oglądaniu mamy w miejscu, do którego być może pewnego dnia trafię, zdołam jakoś przezwyciężyć fatalne przeznaczenie.
Tylko że niestety się myli.
Jednak mój dziedziczny obłęd ma przynajmniej jedną dobrą stronę. Bez urojeń mogłabym nigdy nie odnaleźć w sobie artystycznego powołania.

***

Moja obsesja na punkcie owadów zaczęła się w pewien piątek, w czasach gdy chodziłam do piątej klasy. Taelor Tremont oznajmiła wszem wobec, że jestem spokrewniona z Alice Liddell, dziewczynką, która zainspirowała Lewisa Carrolla do napisania powieści Alicja w Krainie Czarów.
Ponieważ Alice istotnie była moją prapraprababką, koleżanki i koledzy z klasy zaczęli na przerwie dokuczać mi uwagami o gryzoniach i podwieczorkach. Sądziłam, że nic gorszego mnie już nie spotka, póki nie poczułam w dżinsach wilgoci i nie uświadomiłam sobie z zawstydzeniem, że po raz pierwszy dostałam okresu i jestem na to całkowicie nieprzygotowana. Bliska łez, wzięłam przy frontowych drzwiach ze sterty rzeczy znalezionych jakiś sweter, obwiązałam się nim w pasie i ruszyłam do szkolnego gabinetu lekarskiego. Szłam ze spuszczoną głową, nie potrafiąc spojrzeć nikomu w oczy.
Udałam, że jestem chora, i zadzwoniłam do taty, żeby po mnie przyjechał. Czekając na niego w pokoju pielęgniarki, wyobrażałam sobie zażartą kłótnię pomiędzy kwiatami w wazonie na jej stole a krążącym wokół nich bzyczącym trzmielem. Było to bardzo sugestywne urojenie, ponieważ naprawdę to słyszałam, równie wyraźnie jak uczniów za drzwiami przechodzących z klasy do klasy.
Alison już wcześniej ostrzegła mnie przed dniem, w którym stanę się kobietą. Głosy, które później usłyszałam, zapewniły mnie jednak, że powiedziała to pod wpływem zaburzeń umysłowych.
Teraz nie mogłam zignorować tych naszeptywań trzmiela, podobnie jak łkania wzbierającego w mojej piersi. Zrobiłam więc jedyną rzecz, jaką potrafiłam: zaprzeczyłam temu, co się we mnie działo. Zwinęłam w rulon plakat przedstawiający cztery podstawowe rodzaje pokarmów i walnęłam nim owada na tyle mocno, by go ogłuszyć. Potem wyszarpnęłam z wody kwiaty i ścisnęłam je między kartkami kołonotatnika, skutecznie uciszając ich szepty.
Kiedy dotarliśmy do domu, mój nieszczęsny, nieświadomy niczego tata zaofiarował się, że ugotuje mi rosół z kury. Zignorowałam tę propozycję i poszłam do swojego pokoju.
‒ Czy myślisz, że wieczorem poczujesz się na tyle dobrze, by móc odwiedzić mamę? – zapytał mnie z korytarza, jak zawsze wrażliwy na punkcie tego, by nie zakłócić u Alison jej kruchego poczucia ustalonego porządku.
Nic nie odpowiedziałam i zatrzasnęłam drzwi. Ręce mi się trzęsły i czułam, jak krew gwałtownie pulsuje mi w żyłach. Musiało istnieć jakieś wyjaśnienie tego, co przydarzyło mi się w pokoju pielęgniarki. Byłam zestresowana żartami na temat Krainy Czarów, a gdy dołączyły do tego hormony, dostałam ataku paniki. Tak. To brzmiało sensownie.
W głębi duszy wiedziałam jednak, że się oszukuję, i ostatnie, na co miałam ochotę, to wizyta w zakładzie dla umysłowo chorych. Po kilku minutach wróciłam do salonu.
Tata siedział na ulubionym szezlongu – zniszczonym, zapadniętym sztruksowym fotelu w stokrotki. Alison w trakcie jednego ze swoich epizodów naszyła na niego kwiatki. Obecnie tata spędzał w nim mnóstwo czasu.
– Czujesz się lepiej, Motylku? – spytał, podnosząc wzrok znad magazynu wędkarskiego.
Oparłam się o najbliższą ścianę pokrytą drewnianą boazerią, twarz owionął mi wilgotny, zatęchły podmuch z klimatyzatora. Nasz dom bliźniak z dwiema sypialniami nigdy nie zapewniał zbyt wiele prywatności, a tamtego dnia wydał mi się mniejszy niż kiedykolwiek. Gwałtowne porywy powietrza targały czarnymi falistymi włosami taty.
Nerwowo zaszurałam nogami. To był aspekt bycia jedynaczką, którego nienawidziłam – oprócz taty nie miałam nikogo, komu mogłabym się zwierzyć.
– Potrzebuję pewnej rzeczy. W szkole dali nam tylko jedną próbkę.
Tata spoglądał na mnie pustym wzrokiem jelenia wpatrującego się w poranny ruch na autostradzie.
– Specjalna pogadanka, jaką wygłaszają nam w szkole – ciągnęłam. – Ta, na którą nie zapraszają chłopców.
Machnęłam fioletową broszurą, którą wręczono wszystkim dziewczynkom w trzeciej klasie. Była pognieciona, bo wepchnęłam ją razem z próbką podpaski higienicznej do szuflady pod skarpetki.
Po chwili kłopotliwej ciszy twarz taty oblał rumieniec.
– Och. Więc to dlatego…
Urwał i z udawanym zainteresowaniem wbił wzrok w zdjęcie zestawu kolorowych przynęt na ryby morskie. Niewątpliwie był zakłopotany albo zdenerwowany, albo jedno i drugie, ponieważ w promieniu pięciuset mil od naszego miasteczka Pleasance w stanie Teksas nie ma żadnych słonych wód.
– Wiesz, co to oznacza, prawda? – naciskałam. – Alison wygłosi do mnie kolejną przemowę na temat dojrzewania.
Rumieniec na jego twarzy objął także uszy. Tata przekartkował kilka stron magazynu, wpatrując się pustym wzrokiem w ilustracje.
– No cóż, któż lepiej od mamy opowie ci o ptaszkach i pszczołach, nieprawdaż?
W głowie rozbrzmiała mi echem niewypowiedziana odpowiedź: „Któż lepiej od samych pszczół?”.
Odchrząknęłam.
– Nie taką przemowę mam na myśli, tato, tylko szaloną. Taką: „Temu nie da się zapobiec. Nie zdołasz skuteczniej niż ja umknąć tym głosom. Twoja prapraprababka nigdy nie powinna była zejść do króliczej nory”.
Nieważne, że Alison mogła mieć rację. Nie byłam gotowa przyznać się do tego przed tatą ani nawet przed sobą.
Usiadł sztywno wyprostowany, jakby podmuchy klimatyzatora skuły mu lodem kręgosłup.
Przyjrzałam się krzyżującym się bliznom na moich dłoniach. Oboje, tata i ja, wiedzieliśmy, że rzecz nie tyle w tym, co Alison powie, lecz w tym, co może zrobić. Jeżeli dostanie kolejnego ataku szału, wsadzą ją w kaftan bezpieczeństwa.
Wcześnie dowiedziałam się, czym jest taki kaftan. Na tyle ciasny, że krew zbiera się w przedramionach i dłonie drętwieją. Na tyle ciasny, że pacjent nie może się z niego wyswobodzić, bez względu na to, jak głośno krzyczy. Na tyle ciasny, że boleśnie ściska serca bliskich osoby, której go włożono.
Poczułam, że do oczu znów napływają mi łzy.
– Posłuchaj, tato, i tak miałam już naprawdę podły dzień. Proszę, czy moglibyśmy dziś wieczorem nie odwiedzić mamy? Tylko ten jeden raz?
Westchnął.
– Zadzwonię do zakładu Soul i zawiadomię ich, że złożymy mamie wizytę jutro. Ale i tak w końcu będziesz musiała jej powiedzieć. Wiesz, to dla niej ważne, żeby nadal uczestniczyć w twoim życiu.
Kiwnęłam głową. Być może będę musiała oznajmić jej, że stałam się kobietą, ale nie muszę wyjawić, że stałam się nią.
Zahaczyłam palec o szarfę koloru fuksji obwiązaną wokół moich dżinsowych szortów i zerknęłam na stopy. Lśniące różowo paznokcie odbijały popołudniowe światło wpływające przez okno. Różowy był zawsze ulubionym kolorem Alison. Właśnie dlatego używam takiego lakieru.
– Tato – wymamrotałam wystarczająco głośno, by usłyszał. – A co, jeśli Alison ma rację? Dziś zobaczyłam kilka rzeczy. Rzeczy, które po prostu nie są… normalne. Ja nie jestem normalna.
– Normalna – powtórzył.
Kąciki jego ust poszły w górę w uśmiechu Elvisa. Powiedział mi kiedyś, że właśnie tym uśmieszkiem zdobył Alison. Myślę jednak, że były to raczej jego łagodność i poczucie humoru, gdyż właśnie te dwie cechy chroniły mnie przed płaczem każdej nocy po tym, jak umieszczono ją w zakładzie psychiatrycznym.
Zwinął w tubę czasopismo i wsunął między siedzenie fotela a poręcz. Wstał, górując nade mną wzrostem prawie stu dziewięćdziesięciu centymetrów, i dotknął dołka w moim podbródku – jedynej cechy fizycznej, którą mam po nim, a nie po Alison.
– Posłuchaj mnie, Alysso Victorio Gardner. Normalność to pojęcie subiektywne. Nigdy nie pozwól nikomu nazwać cię nienormalną. Ponieważ jesteś moją córką i tylko moja opinia się liczy. Zrozumiałaś?
– Zrozumiałam – szepnęłam.
– To dobrze.
Ścisnął mi ramię ciepłymi, silnymi palcami. Szkoda tylko, że zdradził go tik w lewym oku. Martwił się o mnie, a nie znał nawet połowy tego, co mi się przydarzyło.
Tamtej nocy rzucałam się i przewracałam bezsennie w łóżku. Kiedy w końcu zasnęłam, po raz pierwszy przyśnił mi się koszmar o Alicji, który odtąd stale mnie dręczy.
W tym śnie natrafiam na szachownicę w Krainie Czarów i potykam się o jej czarne i białe kwadraty. Tylko że nie jestem sobą. Jestem Alicją w niebieskiej sukience i koronkowym fartuszku, usiłującą umknąć przed tykaniem kieszonkowego zegarka Białego Królika. Ten królik wygląda, jakby obdarto go żywcem ze skóry – ma tylko kości i królicze uszy.
Królowa Kier rozkazała, żeby ścięto mi głowę i wsadzono do słoja z formaliną. Ukradłam królewski miecz i uciekam, rozpaczliwie usiłując odszukać pana Gąsienicę i Kota z Cheshire. To jedyni sprzymierzeńcy, jacy mi pozostali.
Daję nura w las, rozcinam mieczem winorośle zwisające nad ścieżką. Z ziemi wyrasta gęstwa cierni. Rozrywają mój fartuszek i kaleczą skórę niczym groźne szpony. Wszędzie wokoło wznoszą się drzewa mniszka. Jestem wielkości świerszcza, tak jak wszyscy inni.
Widocznie to dlatego, że coś zjedliśmy…
Tuż za mną rozlega się głośniejsze tykanie kieszonkowego zegarka Białego Królika, słyszalne nawet poprzez tupot marszowych kroków tysiąca żołnierzy z talii kart. Dusząc się od pyłu, wpadam do kryjówki pana Gąsienicy, w której rosną wysokie grzyby z kapeluszami wielkości opon ciężarówek. To ślepy zaułek.
Rzucam szybkie spojrzenie na najwyższy grzyb i serce mi zamiera. Miejsce, w którym niegdyś siedział pan Gąsienica oferujący mi radę i przyjaźń, spowija teraz zbita, gęsta masa białej pajęczyny. W jej centrum coś się porusza, twarz przyciśnięta do ściany przezroczystej skrzynki; przesuwa się na tyle, że mogę rozróżnić jej rysy, ale nie potrafię jeszcze dostrzec żadnych wyraźnych szczegółów. Zbliżam się powoli, rozpaczliwie usiłując się zorientować, kto lub co jest tam w środku… ale rozprasza mnie widok unoszącego się obok w powietrzu pyska Kota z Cheshire, który wrzeszczy, że stracił ciało.
Pojawia się armia karcianych żołnierzy. W jednej chwili zostaję otoczona. Na oślep odrzucam miecz, ale Królowa Kier występuje naprzód i chwyta go w locie. Padam na kolana przed armią żołnierzy i błagam, żeby darowano mi życie.
Lecz nadaremnie. Karty nie mają uszu. A ja już nie mam głowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *