Eri wyrusza w pełną przygód podróż w towarzystwie gnomka Kołatka, kochającego poezję byłego zbója Wergiliusza oraz skrzata Bajazego.


Eri i smokEri jest inna niż wszyscy. Nie tylko dlatego, że jako jedyna we wsi ma rude włosy. Przyjaźni się z dobrą szeptuchą Maruszą, a zwierzęta okazują jej zdumiewające posłuszeństwo.

Pewnego dnia Marusza powierza dziewczynce szczególne zadanie: ochronić ostatnie smocze jajo przed złym Widukindem. To bardzo ważne, bo ten, kto będzie przy narodzinach smoka i nada mu imię, zdobędzie nad nim władzę.

A nikt nie chce, by taka potężna broń trafiła w ręce bezlitosnego czarnoksiężnika…

Jacek Inglot – pisarz, publicysta, redaktor, pedagog. Autor powieści dla dzieci („Eri i smok”) i dla dorosłych (m.in. „Inquisitor”, „Quietus”, „Wypędzony”) oraz zbioru opowiadań „Bohaterowie do wynajęcia” (wspólnie z Andrzejem Drzewińskim). W 2016 roku ukazała się jego powieść-dyptyk „Polska 2.0”, przedstawiająca alternatywne wizje przyszłości Polski. Publikował opowiadania i teksty publicystyczne m.in. w „Feniksie”, „Nowej Fantastyce” oraz „Sfinksie”. Dwukrotnie nominowany do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Jako autor nie ogranicza się do jednej konwencji literackiej. Pisze zarówno hard SF, jak i fantasy, horror czy historię alternatywną. Dobrze sobie radzi również w mainstreamie, tworząc powieści sensacyjne i historyczne.


Jacek Inglot
Eri i smok
Ilustrator: Anita Graboś
Seria: Eri i smok
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 18 lipca 2018
 

 

Eri i smok


IV. Burza

Czarna plamka, którą dostrzegli daleko na niebie, początkowo wcale ich nie zaniepokoiła.
Dzień zapowiadał się naprawdę piękny. Choć słońce mocno przygrzewało, przyjemnie chłodził ich lekki wietrzyk wiejący od południa, prosto w plecy. Bajazy i Kołatek, siedzący obok siebie na ławce, wiosłowali zgodnie i żwawo. Płynęli szybko, bo z wiatrem. Gnomek, któremu pływanie łodzią najwidoczniej nie było obce, pilnie baczył, aby trzymali się środka rzeki, gdzie nurt był najsilniejszy.
Eri siedziała grzecznie na dziobie i podziwiała krajobrazy Arkadii. Wciąż mijali równinę porośniętą trawą i krzewami, kilka razy dostrzegli stada owiec i kóz, spędzone przez pasterzy na brzeg, do wodopoju. Na widok owczarzy pilnujących zwierząt Bajazy wzdrygał się ze wstrętem, pewnie na wspomnienie kiepskiego jadła, jakim go częstowali.
Dwa razy minęli też duże kutry rybackie. Wąsaci i brodaci rybacy, stare rzeczne wygi, ze zdumieniem patrzyli na kruchą łupinkę, w której siedziała dziewczynka w towarzystwie gnoma i skrzata. Żeglarze machali do nich i coś wołali, wskazując niebo, ale Kołatek tylko mocniej napierał na wiosło, udając, że niczego nie widzi. Eri wiedziała, dlaczego gnomek stroni od ludzi. Bał się wysłanników Widukinda, którzy w ślad za wukami mogli dotrzeć nad Warennę. Bajazy za to zdawał się nie obawiać nikogo, wesoło pracował wiosłem, pogwizdując pod nosem.
– Płynęlibyśmy szybciej, gdybyś zaopatrzył łódkę w żagiel – rzekł do Kołatka, wskazując kolejny rybacki kuter z wielkim skośnym żaglem, który mijał ich z lewej strony. – Nie musielibyśmy wiosłować.
– Nie starczyło czasu, by o tym pomyśleć, wypadki trochę nas… zaskoczyły – odparł gnomek. Przysłonił oczy dłonią i pilnie wpatrywał się w manewrującą obok nich łódź. Skręcała ostro do brzegu, ludzie na pokładzie zwijali gwałtownie żagiel, a jeden machał rękami i coś krzyczał, pokazując na północ. Kołatek, tknięty niedobrym podejrzeniem, spojrzał we wskazanym kierunku.
I zdrętwiał z przerażenia. Czarna plamka, którą widział niedawno, przemieniła się w wielką, skłębioną chmurę. Rozrastała się w zastraszającym tempie i pożerała coraz rozleglejszy obszar nieboskłonu. Wiatr raptownie zmienił kierunek i poczuli na twarzach ostry i mokry podmuch.
– Do brzegu, skrzacie, do brzegu! – krzyknął Kołatek zduszonym głosem.
Bajazy też zerknął szybko na niebo, zbladł i natychmiast naparł na wiosło. Łódka zaczęła opornie skręcać. Kołatek nakazał Eri, aby usiadła na dnie łodzi i mocno trzymała kobiałkę. Dziewczynka zrozumiała, że to nie przelewki. Objęła koszyk ramionami, czując na twarzy pierwsze bryzgi wody. Rzeczne fale, do tej pory spokojne i leniwe, podniosły groźnie grzywy i chlasnęły o burty. Bajazy i Kołatek wiosłowali jak szaleni, krzycząc coś do siebie. Nic nie słyszała, ich głosy ginęły w poświście wzmagającego się wiatru. Ściemniało się coraz bardziej, czarna chmura pokryła większą część nieba, zasłaniając słońce. Gdzieś daleko przed nimi upiornie błysnęło i przez rzekę przetoczył się głuchy grzmot. Stracili brzeg z oczu, widzieli tylko otaczającą ich zewsząd wzburzoną wodę.
– Kołatku, nie zdążymy! – zawołał Bajazy. – Zawróćmy łajbę i uciekajmy na południe, byle dalej od tej burzy!
– Za późno! – ryknął gnomek, przekrzykując wichurę. – Płyńmy z nurtem, to nasza jedyna szansa!
Wzburzone fale były coraz większe, do wnętrza łódki chlustała woda. Kołatek wiosłował zapamiętale, rozpaczliwie usiłując utrzymać dziób łodzi pod wiatr, Bajazy zaś porwał za kociołek i zaczął wybierać z dna wodę, której było coraz więcej. Eri, zmartwiała ze strachu, czuła, że jej serce trzepoce jak ptak schwytany w sieć. Czyżby to miał być koniec? Ich wędrówka dobiegła kresu i spoczną wszyscy na dnie rzeki? Ogarnął ją wielki żal, bo tak pragnęła dotrzymać słowa i ocalić małego smoka… Chciała też wrócić do domu, do mamy, taty i braci… Mocniej ujęła koszyk i uniosła go wyżej, chroniąc przed zalaniem wodą. Skrzat nie nadążał z jej wybieraniem, choć pracował jak szalony.
Kołatek też przegrywał. Nie mogło być inaczej, ponieważ ich łódka była naprawdę mała, niewiele większa od czółna. Przemokli do suchej nitki, bo fale stawały się coraz większe i bez przeszkód wlewały się do wnętrza. Poziom wody w łodzi sięgnął ćwierci wysokości burty. Tonęli.
– Ratunku! Pomocy! – krzyknął rozpaczliwie Kołatek. Lecz nikt jego wezwania nie słyszał.
Otaczała ich całkowita ciemność, rozświetlana na mgnienie białymi zygzakami błyskawic. Eri otoczyła ramionami koszyk i przymknęła oczy, przekonana, że nadeszło to co nieuchronne. „Wybacz, maleńki, że cię nie ocaliłam” – pomyślała, wsuwając do środka rękę i dotykając gładkiej skorupy. Wyczuła palcami nieznaczne drżenie, jakby tkwiące w środku smoczę też ogarnęła trwoga.
W tym momencie łódka się zatrzymała. Tak jakby ktoś uchwycił ją mocarną ręką, w ostatniej chwili ratując przed zatopieniem. Rozszalałe fale wokół zdawały się uspokajać, ścichło również opętańcze wycie wiatru. Eri usłyszała, jak Kołatek z kimś rozmawia. Czym prędzej otworzyła oczy.
Łódka tkwiła w kuli światła, tak jasnego, że dziewczynka przez chwilę mrugała gwałtownie, zupełnie oślepiona. Dopiero gdy zmrużyła oczy, zorientowała się, że znajdują się w środku świetlnej sfery, mierzącej może dwadzieścia pięć, najwyżej trzydzieści łokci. Wewnątrz niej woda była gładka niczym stół, choć na zewnątrz burza szalała w najlepsze, a po rzece przewalały się bałwany wielkie jak kamulce. Jednak docierając do granicy świetlnej sfery, rozpływały się bez śladu, niczym grudki masła rzucone na rozgrzaną patelnię. Eri patrzyła na to zafascynowana, nie wierząc własnym oczom.
– Tak, pani, jesteśmy od Maruszy – mówił do kogoś Kołatek, wychylony przez burtę. Za jego plecami ciekawie wyciągał szyję skrzat Bajazy. – Burza zaskoczyła nas na środku rzeki i gdyby nie ty, byłoby po nas.
Eri wstała z ławki i spojrzała na wodę za burtą. O mało nie krzyknęła, tak zdumiewający ujrzała widok. Obok łodzi unosiła się na powierzchni rzeki istota, którą znała z opowieści starej Hany: pół kobieta, pół ryba, władczyni głębin. Bardzo ładna, smukła i kształtna, białowłosa, o owalnej, urzekająco pięknej twarzy i wielkich niebieskich oczach, którymi patrzyła na nich z sympatią. Na widok małej dziewczynki w jej wzroku pojawiło się coś ciepłego, a zaraz potem gniew. Lecz bynajmniej nie na nich się złościła.
– Widukind najwidoczniej zapomniał, czyja to rzeka – powiedziała surowo. – Płyńcie za mną, to nic się wam nie stanie.
Poruszyła zgrabnie ramionami, obróciła się i nim zdążyli otworzyć usta, śmignęła w głąb wody, srebrzyście łyskając rybim ogonem. Po chwili wynurzyła się przed dziobem łodzi, wskazując ręką przed siebie. Kołatek złapał za wiosła, Bajazy – za kociołek i bez zwłoki popłynęli za kobietą-rybą. Burza wciąż szalała wokół, ale nie była w stanie przemóc świetlistej strefy, jaką roztaczała wokół łódki tajemnicza wybawczyni.
– Dobry los naprawdę nam sprzyja, skoro zesłał tę majkę na pomoc! – Kołatek westchnął z ulgą. Skrzat przytaknął i wylał za burtę kolejny kociołek wody. Prawie całą udało mu się wybrać.
– Majkę? Myślałam, że to syrena – powiedziała Eri, patrząc, jak kobieta-ryba płynie przed nimi, miarowo rozgarniając wodę silnymi ramionami. Świetlista strefa przemieszczała się wraz z nią.
– Majki to boginki rzeczne lub jeziorne – wyjaśnił Bajazy. Skończył wylewanie wody i z ulgą przysiadł na ławeczce. – Syreny żyją w morzach i oceanach.
Nie płynęli długo. Przed nimi w ciemnościach zaczął majaczyć zarys brzegu. Po kilku chwilach ujrzeli biały piasek plaży, szuwary i nieduże drzewa. Płynąca wciąż przed nimi majka uczyniła dłonią kolisty ruch – i świetlisty krąg powiększył się, obejmując swym zasięgiem niewielką wyspę.
– Tu mieszkam – wyjaśniła boginka. – Nie mogę uciszyć burzy, ale na tej wyspie będziecie bezpieczni. Na brzegu znajdziecie ścieżkę, zaprowadzi was do mojego domu.
Powiedziawszy to, zniknęła w głębi rzeki, znowu pokazując im srebrzysty rybi ogon. Czub łodzi zazgrzytał o piasek, Kołatek wyskoczył na brzeg i zaczął wyciągać ją z wody. Bajazy pomagał mu, złapawszy za burtę z drugiej strony. Eri też wyszła na brzeg i pomyślała z ulgą, że dobrze jest chodzić po czymś, co się bez przerwy nie kołysze. Natychmiast sprawdziła, co z jajem – ale nie wyczuła pod skorupą żadnego ruchu. Być może smoczątko smacznie zasnęło, gdy tylko poczuło się bezpieczne.
Eri rozglądała się z ciekawością po miejscu, w którym wylądowali. Niewielką zatoczkę otaczała ściana lasu, niezbyt gęstego i raczej niewysokiego, właściwie zagajnika. Między drzewami biegła zaczynająca się na plaży ścieżynka, którą dziewczynka od razu zauważyła. Obejrzała się na towarzyszy – Kołatek i Bajazy, zabezpieczywszy łódkę, rozprawiali o czymś z ożywieniem.
– Mówię ci, że to sama Warenna – perorował gnomek. – To ona, bez dwóch zdań. Nikt inny nie odważyłby się przeciwstawić Widukindowi.
– O czym rozmawiacie? – zapytała Eri, podchodząc bliżej. Kołatek sięgnął do łódki, wyciągnął z niej swój worek i zarzucił go na ramię.
– O naszej wybawicielce – wyjaśnił. – Moim zdaniem to Warenna, Pani Rzeki. To jej imię nosi ta rzeka.
Bajazy przytaknął skwapliwie.
– I mnie się tak zdaje. Pasterze opowiadali nieraz, że czasem można ją ujrzeć, jak pływa o zmierzchu, doglądając swych włości. Mieliśmy wielkie szczęście, że była w rzece w czasie burzy. A to pewnie wyspa Idiko, na której mieszka. Tu jej moc jest najsilniejsza i jeśli wzięła nas pod opiekę, niczego nie powinniśmy się obawiać.
Skrzat miał rację – otoczona świetlistą sferą wyspa stanowiła oazę spokoju na rzece wciąż ogarniętej burzą. Poza linią światła widzieli spienione bałwany i gromy bijące w skotłowaną wodę. Zaczynał też padać deszcz, którego pojedyncze krople czuli na twarzach.
– Chodźmy stąd – powiedział Bajazy. – Mam wrażenie, że im dalej od brzegu, tym bezpieczniej.
Bez słowa przyznali mu rację. Ruszyli przez zagajnik gęsiego. Prowadził Kołatek, w środku szła Eri z koszykiem, pochód zamykał Bajazy. Narzekał, że tytoń całkiem mu przemókł i nie będzie mógł się uraczyć wieczorną fajeczką. Gnomek radził mu dobrodusznie, aby poszukał w zastępstwie suchych dębowych liści i nimi nabił fajkę, na co skrzat bardzo się obruszył. Najwyraźniej uważał, że liście dębu nie mogą się równać z tytoniem, nawet przemokniętym…
Dróżka wiodła przez niskopienny las, gęsto przetykany kwieciem. Zwykle kwiaty w lesie nie ros-
ną, zwłaszcza róże i chryzantemy, ale widocznie dla Warenny nie było rzeczy niemożliwych. Majki dysponowały całkiem sporą mocą magiczną, jak pouczył Eri gnomek, podkreślając, że znajdują się w samym centrum posiadłości Pani Rzeki. Ścieżka kończyła się na niewielkiej polanie z jeziorkiem graniczącym z grupą wysokich skał. W jednej z nich zobaczyli wejście do wydrążonej w skale pieczary, wyraźnie obramowane winoroślą.
W tej samej chwili, gdy wkroczyli na polanę, u wejścia do groty ukazał się stwór ze dwa razy większy od dorosłego mężczyzny, przypominający stojącego na dwóch nogach jaszczura, tyle że pokrytego rybią łuską. Rybi też miał pysk, tak paskudny, że Eri aż krzyknęła z przestrachu na jego widok.
– Nie ma się czego bać, to pewnie wodnik, sługa Warenny – wyjaśnił uspokajająco gnomek.
– Trzeba przyznać, że niezbyt jest urodziwy – dorzucił Bajazy.
Wodnik uśmiechnął się szeroko paszczą pełną drobnych, ale na oko bardzo ostrych zębów, i szerokim gestem zaprosił ich do środka. Eri nadal czuła przed nim pewną obawę, ale widząc, że jej towarzysze nie zwracają na stwora specjalnej uwagi, weszła za nimi do wnętrza pieczary.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *