Cwana ciotuchna


“Cwana ciotuchna” to najlepsza brytyjska książka dla dzieci w 2014 roku!


Cwana ciotuchnaPoznaliście już Babcię Rabuś, najmłodszego na świecie miliardera Józka Buraka i Denisa, który zamiast strzelać gole, musiał siedzieć w domu?

Czas na spotkanie z kolejną szaloną postacią – najstraszniejszą ze wszystkich cwanych ciotek, jakie chodziły po ziemi…

Ciotka Alberta nosi czapkę myśliwską, pali fajkę i ma oswojoną bawarską sowę górską. A do tego zamierza pozbawić majątku swoją bratanicę Stellę! Czy jest ktoś, kto przyjdzie dziewczynce z pomocą?
Tak.

Ale to przyjaciel nie z tego świata…


David Walliams
Cwana ciotuchna
Przekład: Karolina Zaremba
Ilustracje: Tony Ross
Seria: „Na Kurzej Łapie”
Dom Wydawniczy Mała Kurka
Premiera: 23 października 2017
 

 

Cwana ciotuchna

Prolog


Czy i ty masz w rodzinie cwaną ciotuchnę? Taką okropną, co to nigdy nie pozwala ci siedzieć do późna przed telewizorem? Albo taką, która zmusza cię do zjedzenia caluteńkiego kawałka ohydnego rabarbarowego ciasta z kruszonką, chociaż doskonale wie, że nie znosisz rabarbaru? A może twoja ciotka obsypuje czułymi całusami swojego ukochanego pudelka, a zaraz potem tak samo obcałowuje ciebie? Albo wyjada z bombonierki wszystkie najpyszniejsze czekoladki, a tobie zostawia tę znienawidzoną z likierowym nadzieniem? Być może przypadła ci w udziale cioteczka, która domaga się, byś nosił wydziergany specjalnie dla ciebie, nieznośnie drapiący sweter z wielkim fioletowym napisem: „Kocham moją ciocię”?
Jakkolwiek okropna by była, twoja ciotka nigdy nie prześcignie w swej okropności przeokropnej ciotki Alberty.
Ciotka Alberta to najstraszniejsza ze wszystkich cwanych ciotek, jakie chodziły po ziemi.
Chcesz ją poznać?
Tak? Wiedziałem, że się ucieszysz.
Oto ona, w całej swej przebiegłej okropności…

I
W bezruchu

To było jak niewyraźne wspomnienie.
Z początku pojawiły się tylko kolory.
Potem kontury.
Powoli zamglony wzrok Stelli wyostrzył się na tyle, by mogła dostrzec zarysy pokoju.
Wtedy zdała sobie sprawę, że leży we własnym łóżku.
Jej sypialnia była jednym z mnóstwa pokoi w ogromnej wiejskiej rezydencji. Po prawej stronie stała szafa, a po lewej — na tle wysokiego okna — malutka toaletka. Stella znała tam każdy szczegół. Odkąd sięgała pamięcią, zawsze mieszkała w Saxby Hall. W tym momencie jednak wszystko wydawało jej się dziwnie obce.
Z zewnątrz nie dochodził żaden dźwięk. Dom jeszcze nigdy nie był tak milczący. Wokół panowała grobowa cisza. Stella obróciła głowę na poduszce i spojrzała przez okno.
Spostrzegła jedynie biel. Jak okiem sięgnąć, świat przykrywała gruba warstwa śniegu — długi spadzisty trawnik, wielkie głębokie jezioro i puste pola dookoła posiadłości. Z gałęzi drzew zwisały sople. Wszystko skuł lód.
Nigdzie ani śladu słońca. Niebo zasnuły gęste, szare jak popiół chmury. Nie wiadomo, czy nastał już dzień, a może nadal trwała noc? Wczesny ranek czy późny wieczór? Dziewczynka nie miała pojęcia.
Czuła się tak, jakby jej sen trwał całą wieczność. Czy spała kilka dni? Miesięcy? Lat? W ustach całkiem jej zaschło. A ciało ciążyło jak ołów, nieruchome niczym posąg.
Przez chwilę zastanawiała się, czy przypadkiem wciąż nie śpi i śni o tym, że się obudziła. Już miewała podobnie niepokojące sny, w których za żadne skarby nie mogła się poruszyć. Czyżby koszmar powrócił? A może działo się coś jeszcze gorszego?
Dziewczynka doszła do wniosku, że nie przekona się, czy to jawa, czy sen, póki nie spróbuje się ruszyć. Zaczęła więc od najdalszego końca swego ciała, czyli kiwnięcia najmniejszym palcem u stopy. Kiedy nie spała, wystarczyło zaledwie o tym pomyśleć. Teraz, mimo najszczerszych chęci, palec nawet nie drgnął. Ani na jotę. Stella usiłowała kolejno uginać palce lewej, a potem prawej nogi. I każdy z nich, jeden po drugim, stanowczo odmówił wykonania polecenia. Coraz bardziej przestraszona, starała się kręcić kostkami, rozciągnąć nogi lub zgiąć kolana, aż w końcu cały wysiłek włożyła w uniesienie rąk. Nic z tego.
Zupełnie jakby ktoś zakopał ją w piachu od szyi w dół.
Zza drzwi sypialni dobiegł jakiś chrobot. Dom liczył sobie setki lat, w rodzinie Saxbych przekazywano go z pokolenia na pokolenie. Był tak stary, że wszystko w nim trzeszczało, i tak wielki, że każdy dźwięk rozchodził się głośnym echem w labiryncie korytarzy.
Mała Stella wierzyła, że dom jest nawiedzony i nocami błąka się po nim jakiś duch. Mogłaby przysiąc, że kiedy kładła się spać, coś przemykało za ścianą. Czasem nawet słyszała nawołujący ją czyjś głos. Przerażona biegła wtedy do pokoju rodziców i wskakiwała im do łóżka. Mama i Tata za każdym razem przytulali ją mocno, powtarzając, żeby nie zaprzątała sobie tym swojej ślicznej główki. Dziwne odgłosy to nic innego jak bulgotanie w rurach lub skrzypienie podłogi.
Ale Stella nie była tego taka pewna.
Zerknęła nerwowo w stronę wielkich, wyłożonych dębowymi panelami drzwi. W połowie ich wysokości znajdowała się dziurka od klucza, chociaż sypialni nigdy nie zamykano, a dziewczynka nawet nie wiedziała, gdzie się podział pasujący do zamka klucz. Może sto lat temu zgubił go jej prapraprapradziad? Dziedzic lub dziedziczka Saxby Hall, których poważne oblicza patrzyły na nią ze ścian rodowej siedziby.
W dziurce od klucza coś zamigotało. Dziewczynce zdawało się, że dostrzegła błysk czyjegoś oka. Gapiło się na nią przez ułamek sekundy, nim zniknęło.
— Mamo? Czy to ty? — zawołała Stella, a słysząc własny głos, wreszcie upewniła się, że to nie sen.
Po drugiej stronie drzwi zaległa pełna napięcia cisza.
Stella zebrała się na odwagę i raz jeszcze spytała:
— Kto tam? Odezwij się, proszę!
Na korytarzu skrzypnęła podłoga. Ktoś szpiegował dziewczynkę przez dziurkę od klucza.
Nagle klamka się obróciła, a drzwi powoli zaczęły otwierać. W sypialni panowała ciemność, ale korytarz zalewało światło, na którego tle dostrzegła mroczną sylwetkę.
Stała tam persona równie szeroka, co wysoka. A chociaż nader obszerna, tajemnicza osoba raczej nie należała do dryblasów. Odziana w dopasowaną marynarkę i pumpy (takie długie, rozszerzane i spięte pod kolanami portki, w których czasem jeszcze można zobaczyć golfistów). Głowę postaci zdobiła czapka myśliwska z niezbyt twarzowo opuszczonymi nausznikami. W zębach ściskała długą grubą fajkę. Pokój wkrótce wypełnił słodkomdły zapach tytoniowego dymu. Jedną rękę nocnego intruza chroniła gruba skórzana rękawica. Na niej zaś przycupnęła spowita cieniem sowa.
Stella w mig odgadła, z kim miała do czynienia. To jej cwana ciotuchna, Alberta.
— No, nareszcie się obudziłaś — odezwała się ciotka Alberta. Głos miała głęboki i ochrypły, przywodził na myśl ciasto suto nasączone alkoholem. Weszła do pokoju bratanicy, dudniąc o podłogę brązowymi buciorami o metalowych noskach.
W przytłumionym świetle Stella rozpoznała charakterystyczny gruby materiał tweedowej marynarki oraz długie ostre szpony, którymi sowa uczepiła się ochronnej rękawicy. To była wielka bawarska sowa górska — przedstawiciel największego ze wszystkich sowich gatunków. Mieszkańcy bawarskich wiosek nazywali te ogromne ptaki „latającymi niedźwiedziami” z uwagi na ich imponujące rozmiary. Ptaszysko miało na imię Wagner. A choć to nietypowe imię dla raczej nietypowego pupila, nie ma co się dziwić, trzeba szczerze przyznać, że ciotka Alberta była niezwykle nietypową osobą.
— Długo spałam, proszę cioci? — zapytała Stella.
Kobieta potężnie buchnęła dymem z fajki i z uśmiechem odpowiedziała:
— Och, bagatela, zaledwie kilka miesięcy, moje dziecko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *