Wiśniowe serce


“Wiśniowe serce” to pierwszy tom „BOMBOnierek”, opowieść o prawdzie i kłamstwie, o życiu na krawędzi i zrobieniu kroku… w przepaść uczuć do niewłaściwej osoby.


Wiśniowe serceCherry jest niepoprawną marzycielką i… no cóż, powiedzmy, że lubi fantazjować. Chodzi do szkoły, miewa kłopoty z koleżankami, nauczyciele jej nie rozumieją… Klasyka.

Ale w jej życiu zachodzi rewolucyjna zmiana: Cherry przeprowadza się z ojcem do jego dziewczyny i staje się częścią niesamowitej rodziny Tanberry, wielkiej, hałaśliwej i… trochę zwariowanej.

Teraz Cherry mieszka we wspaniałym starym domu na szczycie nadmorskiego klifu i wszystko idzie dobrze, dopóki nie zakochuje się w chłopaku jednej z przybranych sióstr. Nie trzeba chyba dodawać, że ta ostatnia nie jest zachwycona i zrobi wiele, by wyeliminować konkurencję.

Podczas gdy wszyscy są pochłonięci rozkręcaniem działalności domowej wytwórni czekolady, Cherry musi wybrać pomiędzy lojalnością wobec zołzowatej siostry a nieodpartym urokiem Shaya…


Cathy Cassidy
Wiśniowe serce
Przekład: Anna Bereta-Jankowska
Seria: BOMBOnierki
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 4 kwietnia 2019
 

 

Wiśniowe serce


Hej!
Podobno należy pisać o tym, co się kocha… a niewiele jest rzeczy bliższych mojemu sercu niż czekolada! Kilka lat temu rozmawiałam z koleżanką, której mama zajmowała się wytwarzaniem czekolady – to dopiero czad, co?! Właśnie wtedy zrodził się w mojej głowie pomysł Bombonierek!
Już od jakiegoś czasu wiedziałam, że moje czytelniczki czekają na serię, kilka łączących się książek, by mogły lepiej poznać postacie i śledzić ich historie oraz przyszłe losy. Taki cykl z czekoladowym motywem przewodnim – dla mnie bombowy pomysł! Wyobrażasz sobie, jakie badania trzeba przeprowadzać?! Ciężka robota, to degustowanie czekolady, ale ktoś musi się jej podjąć…
Postanowiłam zbudować opowieść wokół pięciu sióstr należących do patchworkowej rodziny, których rodzice prowadzą czekoladowy biznes. Zaplanowałam pięć tomów, każdy pisany z perspektywy innej bohaterki. Zaczęłam od Cherry, nieco wyobcowanej marzycielki, żyjącej jakby na uboczu wydarzeń. Pewnego dnia musi przeprowadzić się do Somerset i nagle dołączyć do odjazdowej, zwariowanej rodziny Tanberry. Życie w cudnym, starym domku na szczycie nadmorskiego klifu wydaje się niemal idealne… dopóki Cherry nie zakochuje się w chłopaku swojej nowej przyrodniej siostry i nagle wszystko wskazuje, że czar może prysnąć.
Mam nadzieję, że spodobają Ci się perypetie Cherry, pierwsza historia z serii Bombonierek. To opowieść o prawdzie i kłamstwie, o życiu na krawędzi i zrobieniu kroku… w przepaść uczuć do niewłaściwej osoby. Na co czekasz? Rozpakuj czekoladę, ułóż się wygodnie i delektuj się losami Cherry. Wierzę, że będzie to dla Ciebie prawdziwa uczta!
Cathy Cassidy

1

Jest kilka rzeczy, których będzie mi brakowało, gdy odejdę z Akademii Clyde… na przykład makaronu zapiekanego z serem z frytkami, puddingu z syropem i słodką polewą i wpatrywania się w plecy Ryana Clegga na lekcjach plastyki. Nie będę natomiast tęsknić za sprawdzianami z matematyki i podawanym na stołówce gulaszem ani za Kirsty McRae. O, za nią na pewno nie zatęsknię… Kirsty i te jej przyjaciółki doprowadzają mnie do szału. Mają wszystko. Idealne włosy z modnymi pasemkami i doskonałe mundurki szkolne, takie z górnej półki, z najlepszego sklepu przy ulicy Buchanana. Zawsze dostają świetne oceny, są lubiane, nauczyciele je uwielbiają, a chłopcy – kochają.
Wszystkie dziewczyny marzą, żeby być jak one… z wyjątkiem mnie. W najmniejszym stopniu nie przypominam Kirsty McRae, wcale, w ogóle. Włosy nie układają mi się jak trzeba, mundurek jest z drugiej ręki, a na spódnicy mam nieco lepką plamę, tam gdzie rano upuściłam tost z dżemem. Nie zbieram najlepszych ocen, głównie dlatego że zadania odrabiam w autobusie w drodze do szkoły, i nauczyciele nie darzą mnie sympatią, może poza panią od angielskiego, która twierdzi, że mam bardzo bujną wyobraźnię. Nie jestem do końca pewna, czy to komplement.
Po prostu nie widzę nic szczególnego w dziewczynach takich jak Kirsty. Nawet nie jest miła. Kiedy miałam siedem lat, zaprosiłam ją do nas na podwieczorek, a ona marudziła, że nie lubi kanapek z bekonem, i dopytywała, dlaczego nasza welonka nosi psie imię. Nie wiedziałam, że Reksio to imię dla psa, przynajmniej wtedy. Tata chyba nazwał tak rybkę dla żartu.
Kirsty spytała mnie też, gdzie jest moja mama, a ja powiedziałam, że nie mam mamy.
– Nie wygłupiaj się. Każdy ma mamę. – Nie ustępowała. – Kto ci gotuje? Kto pierze i prasuje twoje ubrania?
– Tata oczywiście!
Cóż, w zasadzie nie prasował. Wyjmował tylko z pralki i mówił ze śmiechem, że kilka zagnieceń jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
– Rozwiedli się? – wyszeptała. – Uciekła czy coś?
– Jasne, że nie!
Kirsty zmrużyła oczy.
– Adoptował cię? – drążyła. – W ogóle nie jesteś podobna do taty! Wyglądasz tak jakoś… sama nie wiem… chińsko albo japońsko czy jakoś tak.
– Jestem ze Szkocji, jak tata! – zaprotestowałam.
– Nie sądzę, żeby był twoim ojcem – oznajmiła, a kiedy w moich oczach pojawiły się łzy, na jej ustach wykwitł uśmiech. Kiedy w poniedziałek przyszłam do szkoły, Kirsty zdążyła już wszystkim opowiedzieć, że zostałam adoptowana, a mój tata zamiata podłogę w hali produkcyjnej w fabryce czekolady McBeana. Rzeczywiście czasem tam sprzątał, ale ona powiedziała to w okropnie złośliwy sposób.
Nie będę tęsknić za Kirsty McRae. O, akurat wchodzi energicznie na stołówkę, otoczona wianuszkiem przyjaciółek. Wpychają się w kolejkę, a potem nieśpiesznie zbliżają się do stolika, przy którym samotnie pałaszuję makaron z serem i frytkami. Nawet mnie nie zauważają. Siadają przy mnie ze swoimi sałatkami, zarzucając włosami, poprawiając warstwy błyszczyku na ustach i plotkując o chłopakach, randkach i lakierze do paznokci.
– Hej – odzywa się Kirsty. – Sorcha, założę się, że nie odważysz się rzucić frytką w panią Jardine! No, dalej, spróbuj!
Sorcha porywa frytkę z mojego talerza i rzuca. Jedzenie ląduje na ramieniu tweedowej marynarki wychowawczyni, po czym zsuwa się na ziemię. Pani Jardine rozgląda się wkoło ze zmarszczonym czołem i jej wzrok trafia na mnie i widelec z zapiekanką i frytką zawieszony wpół drogi do moich ust. Nauczycielka oskarżycielsko mruży oczy, ale nie ma dowodu mojej winy, więc wraca do posiłku. Kirsty zwija się ze śmiechu, a ja posyłam jej mordercze spojrzenie.
– Na co się gapisz? – Krzywi się.
– Na nic – odpowiadam, ale kąciki moich ust delikatnie unoszą się w uśmiechu. Bo Kirsty właśnie tyle dla mnie znaczy: nic.
– Coś cię bawi? Ale z ciebie dziwoląg, Cherry Costello! – Obrzuca mnie pełnym wyższości spojrzeniem, jakbym była czymś małym i oślizgłym, co przykleiło jej się do liścia sałaty. Ale ja właśnie ten jeden raz nie uciekam wzrokiem. Unoszę głowę i uśmiecham się, na co twarz Kirsty wykrzywia się z wściekłości.
– Hej – odwraca się do koleżanek – wiedziałyście, że własna matka miała Cherry za taką ofiarę losu, że porzuciła ją i uciekła na drugi koniec świata? Jakie to uczucie, Wisienko? Jak ci się żyje ze świadomością, że nawet matce na tobie nie zależało?
– Nic nie wiesz o mojej mamie – mówię cicho.
Kirsty parska śmiechem.
– Ależ wiem wszystko, Cherry. Chodziłyśmy przecież razem do podstawówki, prawda? Twoja matka jest gwiazdą filmową, nie? W Hollywood? Tak mówiłaś w piątej klasie. A może jest projektantką mody i mieszka w Nowym Jorku, jak twierdziłaś w klasie szóstej? Czekaj, czekaj, co tam jeszcze było? A tak, modelka, piosenkarka, primabalerina… w Tokio, Sydney, Mongolii? Słowo daję, Cherry Costello, ale z ciebie ściemniara!
Kirsty nadal się śmieje, a ja w tej chwili szczerze jej nienawidzę, naprawdę, szczerze jej nie znoszę!
– Zostaw ją, Kirsty – odzywa się Cara, ale panna McRae nie należy do osób, które łatwo odpuszczają. Woli dźgać ofiarę zaostrzonym patykiem, aż poleje się krew.
– Twoja matka nie jest aktorką, prawda, Cherry? – syczy złośliwie Kirsty, wywołując chichot u wszystkich, nawet u Sorchy i Cary.
– Nie – szepczę, a policzki mi płoną.
– Z modą też nie ma wiele wspólnego, co? Ani z modelingiem czy baletem?
– Nie…
Mam wrażenie, że w całej jadalni zapadła cisza.
Wszyscy nadstawiają uszu, by usłyszeć, co mówi Kirsty.
Chcą zobaczyć, jak się rozklejam.
– Wymyśliłaś te historie, żeby zwrócić na siebie uwagę, zgadza się? Tylko że trochę ci nie wyszło, bo jesteś kompletnie nieciekawa. Tak jak i twoja matka.
Czuję w piersi piekący ucisk, palący, gorzki ból wstydu. Szukam w głowie czegoś, odpowiednich słów, celnej riposty. Pustka. Wykorzystałam już wszystkie moje marzenia, fantazje, a Kirsty nakleiła im łatkę kłamstw. Cóż, może rzeczywiście nie mówiłam prawdy, choć wtedy jakaś część mnie wierzyła w to, o czym opowiadałam.
– Twoja matka jest pewnie stratą czasu i przestrzeni, tak jak ty – rzuca Kirsty wstrętnym tonem.
Gwałtownie odsuwam krzesło i wstaję. Nogi mam jak z waty. Podnoszę talerz trzęsącymi się rękami. Powinnam wziąć swój obiad i przesiąść się jak najdalej od Kirsty i jej ekipy, gdzie ich złośliwość nie mogłaby mnie dosięgnąć. Tak właśnie powinnam zrobić.
A może właśnie nadszedł czas, żebym pokazała Kirsty dobitnie, co o niej myślę. W końcu nie mam nic do stracenia. Unoszę talerz makaronu i opróżniam go na głowę panny McRae, patrząc, jak serowa paćka ścieka po jej idealnych pasemkach. Frytki toczą się po jej nieskazitelnie białych rękawach, zostawiając tłuste smugi, a rozlewający się keczup wygląda na jej brzoskwiniowej cerze jak krew.
– O. Mój. Boże… – wyrywa się Sorchi.
Powoli, jakby z ociąganiem, cała, calutka stołówka wybucha burzą wiwatów i oklasków.

2

Pani Jardine, rzecz jasna, nie podziela tego entuzjazmu. W moim czynie nie dostrzega bohaterstwa, a tylko „wstrętny, zaplanowany z premedytacją atak na koleżankę z klasy”, co moim zdaniem jest przesadzonym określeniem. No, naprawdę, gdybym to planowała, wybrałabym dzień, kiedy podają gulasz albo jakąś podobną potrawę. Zapiekanka makaronowa to jedno z moich ulubionych dań.
Tak czy inaczej, pani Jardine jest rozgniewana, a wtedy zaciska usta w ciasną linię, tak że prawie nie widać warg.
– Biedna Kirsty jest u pielęgniarki, która ją opatruje – informuje mnie wychowawczyni. – Masz szczęście, że nie doznała poparzenia ani głębszego szoku!
Unoszę brwi. „Biedna Kirsty”? Jasne. Głębszy szok mógłby jej się akurat przydać. Może by oprzytomniała i zapomniała, jaką jest wredną, jadowitą żmiją. Marne szanse, ale niech żywi nie tracą nadziei.
– Cherry, twoje zachowanie na stołówce było absolutnie nie do zaakceptowania. – Pani Jardine pociąga nosem. – Cóż takiego zrobiła ci kiedykolwiek Kirsty McRae?
Mrugam szybko. Od czego by tu zacząć? Powinnam wspomnieć o tym, jak dla zabawy spuściła w toalecie moje skarpetki na WF-ie? A może o tym, kiedy naopowiadała wszystkim, że widziała, jak mój tata chodził po ulicy Sauchihall przebrany za wielki batonik i rozdawał darmowe próbki od McBeana? Czy powinnam opowiedzieć, co robi innym dzieciom, tym których NAPRAWDĘ nie lubi? W zeszłym miesiącu na lekcji plastyki gilotyną obcięła Janet McNally warkocz, który sięgał do pasa. W dodatku wszystko jej się upiekło. Oświadczyła, że w ogóle nie zbliżała się do gilotyny, i w końcu to Janet się dostało.
Szaleństwo.
– Nazwała mnie ściemniarą, proszę pani – szepczę.
Pani Jardine przygląda mi się znad szkieł okularów.
– Ściemniara… Cóż, to bardzo mocne słowo – przyznaje. – Jednak niektórzy nauczyciele i uczniowie również komentowali… jak by to ująć… twoją skłonność do ubarwiania prawdy.
Mrugam jeszcze szybciej. Zdaje się, że moja własna wychowawczyni oskarżyła mnie o łgarstwo.
– Mam wrażenie, Cherry, że nie najlepiej zaczęłaś w Akademii Clyde – ciągnie. – Muszę przyznać, że nieco się niepokoję. Zdaję sobie sprawę, że twoje dzieciństwo zawsze było trochę niekonwencjonalne, ale doprawdy, nie usprawiedliwia to opowiadania bajek. Jeśli dobrze zrozumiałam, w zeszłym tygodniu powiedziałaś pani Mercier, że nie możesz oddać zadania z plastyki, bo zjadła je koza. Poważnie, Cherry, koza? W Glasgow? Naprawdę oczekujesz, że ci uwierzymy?
Tego właśnie oczekuję, bo to szczera prawda. Pojechaliśmy w weekend w odwiedziny do przyjaciół taty z czasów szkoły plastycznej i spędziłam ponad godzinę, siedząc w słońcu i szkicując należące do taty skrzypce. Byłam naprawdę dumna z rysunku. Niestety kiedy jedliśmy lunch, do ogrodu zakradła się koza sąsiadów, pożarła mój obrazek, pożuła róg piknikowego koca i przegryzła moje okulary dokładnie na pół. Życzyłam jej niestrawności.
– Jeśli będziesz zbyt często opowiadała białe kłamstwa, Cherry, ludzie wreszcie przestaną ci wierzyć – kontynuuje pani Jardine. – Czy znasz historię pastuszka, który wzywał ratunku?
– Tak, proszę pani – odpowiadam znużonym głosem.
I tak mi ją przytacza, tak, tę do znudzenia oklepaną bajeczkę o chłopczyku, który wiecznie kłamie, aż wreszcie pewnego dnia, kiedy naprawdę widzi wilka i chce ostrzec rodzinę, nikt nie traktuje go poważnie i wilk go zjada. Morał z bajki jest jasny. Jeśli nie przestanę pleść bzdur, grozi mi pożarcie przez wilka i będę mogła winić tylko siebie.
– Te bujdy muszą się skończyć – oznajmia wychowawczyni. – Zanim jeszcze bardziej wymkną ci się spod kontroli.
Po wakacjach zorganizuję dla ciebie cotygodniowe spotkania z pedagogiem szkolnym. Taki wybryk jak dziś zdarzył ci się, co prawda, po raz pierwszy, ale i tak mnie niepokoi. Chcemy ci pomóc, Cherry, nie tylko w kwestii konfabulacji, ale i niepohamowanych wybuchów złości.
Zalewam się szkarłatnym rumieńcem. Konfabulacje? Niepohamowane wybuchy złości? Co pani Jardine próbuje mi powiedzieć?
– Nie będzie mnie tu po wakacjach, proszę pani – informuję ją najbardziej uprzejmym tonem, na jaki potrafię się zdobyć. – Mój tata się zakochał. Zostawia wszystko, żebyśmy mogli przeprowadzić się do jego ukochanej, która mieszka w wielkim domu na skraju klifu w Somerset. Będę miała wspaniałą rodzinę i zbijemy fortunę na produkcji wykwintnych czekoladek organicznych.
Nauczycielka obdarza mnie długim, pełnym pożałowania spojrzeniem.
– O tym właśnie mówię. – Pociąga nosem. – To oczywiste, że nie zamieszkasz nad żadnym urwiskiem w Somerset! Twój ojciec pracuje w fabryce czekolady McBeana przy produkcji batoników, sortując odrzuty, które nie są ani wykwintne, ani organiczne, i ma raczej marne szanse na dorobienie się majątku, chyba się ze mną zgodzisz. Nie wiem, skąd w ogóle biorą ci się takie pomysły!
– Ale proszę pani…
– Nie sądzisz, że twój tata powiadomiłby szkołę, gdybyś miała nas opuścić?
Wsuwam rękę do torby i wyczuwam palcami kopertę. List od taty do pani Jardine podróżuje tam już piąty dzień i z każdym kolejnym robi się bardziej wymięty. W rogu ma pomarańczową plamę, tam gdzie wczoraj wyciekło mi picie, a lepki granatowy kleks przypomina o tym, że wylał mi się długopis. Nie ma sensu przekazywać wychowawczyni wiadomości, skoro i tak już przypisała całą historię o przeprowadzce mojej wyobraźni.
Tak, mój tata pracuje w fabryce czekolady McBeana i będzie tam zatrudniony jeszcze przez dwa tygodnie, kiedy to wreszcie odwiesi fartuch i odbierze ostatnią w życiu pensję oraz gratisową torebkę niekształtnych batonów, w których jakimś cudem brakuje warstwy biszkoptu czy falki z białej czekolad, albo które po prostu wyszły kluchowate lub zapadnięte. Będzie mi brakowało tych batoników.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *