“Blizny” to pełna emocji opowieść o sytuacji, gdy granice rozsądku zacierają się w imię miłości.


BliznyNell nienawidzi swojego ojca alkoholika, bycia zmuszoną do opieki nad chorą na raka siostrą i towarzyszącej jej na co dzień tęsknoty za matką, która ją porzuciła.

Kiedy dziewczyna poznaje Lukasa – przybranego syna właścicieli kopalni naftowej i spadkobiercę fortuny – po raz pierwszy w życiu zaczyna wierzyć w miłość i widzieć dla siebie szansę ucieczki od znienawidzonego życia.

Jednak chłopak o mrocznej przeszłości okazuje się skrywać przerażające tajemnice…

Nell szybko musi odpowiedzieć sobie na pytanie, jak daleko jest w stanie posunąć się dla miłości.
Porwanie dziecka? Ukrywanie się w górskim lesie zamieszkanym przez wilki?

Przed dziewczyną brutalna lekcja przetrwania. Czy miłość do chłopaka o wilczej naturze jest warta jej duszy?


Lucy van Smit
Blizny
Przekład: Joanna Dyła-Urbańska
Wydawnictwo YA!
Premiera: 24 kwietnia 2019
 

 

Blizny


Część 1. Miłość

1.

Porwałam dziecko.
Te słowa wciąż dźwięczą mi w uszach, gdy wspinam się nad fiord i docieram do klifu Preikestolen. Jest biała noc. Śpiewają ptaki i w powietrzu pachnie żywicą, ale brakuje mi tchu. Oczy napełniają mi się łzami. Nie chodzi o kilometry dzielące krawędź urwiska od położonego w dole morza. Ani nie o jego płacz. To tylko zimne górskie powietrze.
Porwałam dziecko.
Czy to znaczy, że jestem zła?
Tak. Jestem.
Ściągam nosidełko z pleców i ustawiam między nogami na metalowej podpórce. Od zapachu brudnej pieluszki robi mi się niedobrze, ale kładę je na skale i rozpinam kombinezon. Jeden z bucików znowu spada, więc chwilę siłuję się, próbując go założyć, a potem sięgam po aparat.
– Będzie dobrze – obiecuję mu.
Wiem, że mnie nie słyszy. Płacz robi się coraz głośniejszy. Nogi zaczynają mi się trząść, podeszwy butów grzęzną w drobnych kamykach. Zmuszam się, by doczołgać się do krawędzi urwiska i spojrzeć w dół. Pusto. Nikogo tam nie ma.
Wszystko wokół zaczyna wirować.
Przed oczami pojawiają mi się błyski. Fioletowe chmury, bezkresne niebo, fiordy i las zlewają się w jedno i przesuwają w zawrotnym tempie jak krajobraz za oknem pędzącego pociągu. Niech to się skończy. Nie mam siły już dłużej uciekać. Niech to wszystko się już wreszcie skończy.
Świat wokół nadal wiruje. Leica wyślizguje mi się z dłoni, ale na szczęście pasek zaczepia się o moją bransoletkę z kwarcu. Aparat wisi nad fiordem i kołysze się. Cholera jasna. Jeśli go zgubię, będzie po wszystkim.
Ostrożnie czołgam się do tyłu i patrzę przez obiektyw w niebo, żeby sprawdzić, czy aparat działa. Norwegia, jak zawsze, zapiera mi dech w piersiach.
Zielone góry wyrastające z morza jak szmaragdowe lodowce. Woda w zatoce tak czysta, że widzę dno. Morska sól wypaliła trawę u podnóża gór i nagie skały wyglądają jak szkielety podwodnych katedr. Kiedyś mogłam godzinami wpatrywać się w ten widok, ale dzisiaj wiem, co jest pod powierzchnią wody, co spoczywa na dnie.
Szalejący wiatr wścieka się na całe to zło. Wyje, huczy i zawiewa mi włosy na twarz. Próbuję wypluć rude kosmyki z ust i czuję wstrętny zapach własnego potu. Wiem, że to dziecinne, ale nie chcę tak umierać. Potrzebuję jeszcze jednego dnia.
Tylko jednego dnia.
Nie proszę chyba o zbyt wiele? Chcę wrócić do mojego dawnego życia i po prostu cieszyć się codziennością. Pastą do zębów. Gorącą wodą. Biegiem za autobusem. Co będzie z moją rodziną? Przecież nawet się z nimi nie pożegnałam. Nie powiedziałam im, że ich kocham. Po prostu wyrzuciłam moje życie do kosza. Jak pustą rolkę papieru toaletowego. Bez zastanowienia.
Po nocnym niebie szybują ze śpiewem skowronki. Taki lot musi je męczyć, a jednak ciągle śpiewają. Wolne i beztroskie. Przyćmione światło słoneczne spowija fiord srebrnym całunem. To słońce Północy. Tu nazywają je Czarnym Słońcem.
Czarne Słońce. Czarny Syn? To przecież on. Czy mogę go powstrzymać? Tak. Być może. Muszę tylko zachować zimną krew.
Wiatr uspokaja się. Nagrywam swoje ostatnie słowa. „Nazywam się Nell Lamb” – mówię do kamery. – „Gdy to oglądacie, mnie już nie ma. Nie wińcie mnie. To wszystko jest dla mnie o wiele trudniejsze, niż myślicie. Musicie mnie wysłuchać. Ja umrę, ale dziecko przeżyje. Pod warunkiem, że mnie wysłuchacie”.
Nie. Źle. To bez sensu. Głupi, dziecinny filmik na pożegnanie. Kto mi uwierzy? Co, jeśli mój plan nie wypali? Jeśli znów coś schrzanię? Co zrobią, jak go znajdą?
Modlitwa nie wystarczy. Musisz działać, Nell.
Tak wyraźnie słyszę słowa mojej siostry, że aż odwracam się, żeby ją przytulić. Ale to tylko okrutny żart wiatru. Jestem na klifie zupełnie sama. Nikt mnie nie uratuje ani nie wysłucha.
Pochylam głowę i wsłuchuję się w otaczający mnie świat. Fioletowe cienie wydłużają się i zakradają na szlak, na porośnięte mchem skały i brzozy rosnące prosto, jak strzały. Skowronki milkną. Włoski na karku stają mi dęba. I nagle w powietrzu pojawia się fala mocy, która napływa przez ląd i lasy prosto na klif. Jej uderzenie poraża mnie. Wściekłość. Złość. Tęsknota. Głowę rozsadza mi łomot i huk.

2.

Trzy miesiące wcześniej

Mój brytyjski paszport ma trzydzieści dwie sztywne strony i każda z nich kłamie. Krzywię się na widok starego zdjęcia. Ta dziesięcioletnia chłopczyca mogłaby pomóc mi wykaraskać się z całego tego bałaganu, ale teraz jestem tylko hologramem siebie z przeszłości. Robi mi się smutno i zaczynam grać na keyboardzie piosenkę o miłości. Klawisz ze środkowym C się zapada. Uderzam ponownie, o wiele głośniej. Tata krzyczy, żebym natychmiast przestała. Daję sobie spokój. Na zaparowanej szybie piszę tekst piosenki i wyobrażam sobie, że jestem silna i twarda. Jestem dziewczyną, której sama mogłabym się wystraszyć, gdybyśmy się spotkały.

I won’t believe in true love.
That’s celebrity hype and lies.
This girl’s got her eyes wide open.
I’ll sing my own lies to the sky.

Słowa piosenki wyparowują z powierzchni szyby. Znikają. Jak reszta mojego życia.
Widok z okna domu na klif Preikestolen zapiera dech w piersiach. Ale kto pisze piosenki o miłości do fiordów? Nawet do norweskich, które są po prostu wymanikiurowane, zastygłe w czasie, jakby ich urodę poprawiono botoksem. Kolory nabierają tu nowego znaczenia. Brzmi to banalnie, ale nawet trawa jest tu bardziej zielona. Tak jaskrawa, że aż bolą mnie oczy.
Gapię się na ten widok od jedenastu dni, a wydaje mi się, jakby minęły już wieki. Tata mówi, żebym dała sobie trochę czasu, ale ja już wiem, że nie kręci mnie norweski krajobraz i górskie wycieczki. Tęsknię za Manchesterem i naszymi ulicami z brudnej cegły. Brak mi znajomych twarzy i pogawędek.
Odwijam z papierka truskawkową gumę Starburst i pstrykam opakowaniem za okno w kierunku klifu. Taa, tu jest zdecydowanie zbyt pięknie. Zbyt perfekcyjnie. Moje zabałaganione życie kompletnie tu nie pasuje.
Wyjmuję pamiętnik i śpiewam na próbę swoją nową piosenkę. Nucę pod nosem główny motyw. Jest do dupy.
Co ja sobie wyobrażam? Kogo próbuję oszukać? Piosenki o miłości to nie moja bajka. Nigdy ich nie lubiłam. Wszyscy wiedzą, że miłość to bujda. Tylko raz, kiedy myślałam, że zakochałam się w Tedzie, chłopaku poznanym na obozie z kościoła, prawie udało mi się napisać dobrą piosenkę o miłości. Tylko że moja siostra Harper to popsuła, bo zagroziła, że powie o wszystkim tacie.
Mój telefon pika. Esemes.
Zerkam na ekran. Nell, nie pozwól, żeby Harper rozegrała to chorobą. Masz lot dziś wieczorem.
Mój przyjaciel Dom nigdy nie odpuszcza. Lot dziś wieczorem? Wydaje mu się, że to takie proste.
Kiedy tylko pomyślę o podróży samolotem na przesłuchanie, w głowie huczy mi jedno wielkie: nie. Nie, nie, nie!
Kiedy tu lecieliśmy, miałam wrażenie, że samolot chce wypluć mnie ze swojego wnętrza. Pierwszy raz widziałam wtedy jaskrawozielone nocne niebo. To straszne szarpanie i błyski. Wciąż śni mi się ten koszmar.
Siostra mówi, że krzyczę przez sen. Musi budzić mnie uderzeniem w twarz, a ja w ciemności macham rękami i czuję, że wciąż spadam. Wiem, wiem, wszyscy powtarzają mi, że to była po prostu zorza polarna. A co, jeśli się mylą? Jeśli tam, w górze, jest jeszcze coś?
Usuwam wiadomość od Doma. Zupełnie nie wiem, co robić. Lecieć? I umrzeć ze strachu? Czy zostać?
W tym domu przynajmniej nie mogę spaść z łóżka. Moja tak zwana „sypialnia” to drewniana jaskinia. Materac ściśle przylega do czterech ścian, a ja, leżąc, mogę dotknąć skośnego drewnianego sufitu.
Super. Tuż nad moją głową rozpiął sieć czerwony pająk. Natychmiast siadam na łóżku.
– Tato! – krzyczę. – Czy w Norwegii są jadowite gatunki pająków?
Ojciec nie odpowiada. No jasne. Przecież siedzi przy Harper.
Biorę głęboki wdech, nawijam pajęczynę na ołówek i wyrzucam pająka przez okno. Głupio mi, że niszczę jego dom, ale sama też swój straciłam. Chociaż był to tylko nędzny szeregowiec w niemodnej dzielnicy w centrum Manchesteru.
Pik. Kolejna wiadomość od Doma. Ale powiedziałaś tacie?
Nie. Jak widać, nie zebrałam się jeszcze, żeby mu powiedzieć.
Nie powiedziałam również mojemu przyjacielowi, że remiks naszego kawałka, który przygotował na przesłuchanie, jest do dupy. Odsłuchuję go jeszcze raz. Taa. Dom dopisał kilka nut przed refrenem. Brzmi zbyt banalnie, zbyt popowo. Chciałam, żeby to była ballada. Smutna, niepokojąca melodia, która stopniowo cichnie. Dom jest świetny w miksowaniu i zazwyczaj wie, o co mi chodzi, jeszcze zanim sama na to wpadnę, ale odkąd mieszkamy tak daleko od siebie, współpraca jakoś nam się nie układa.
– Nell! Wyłącz ten hałas! – krzyczy tata. – I przyjdź mi pomóc!
Nie mam dla siebie nawet minuty spokoju.
– Zaraz!
– Nie zaraz, tylko natychmiast!
Ojciec potrafi wkurzyć się naprawdę błyskawicznie. Szybciej niż bryki rozpędzające się w kilka sekund od zera do setki, o których opowiadają w Top Gear. Tak jak ja, nie jest chyba zachwycony, że przenieśliśmy się do Norwegii, ale, żeby Harper wyzdrowiała, oboje musimy się poświęcać. Lekarze powiedzieli tacie, że nie może wciąż wyjeżdżać do pracy i zostawiać nas samych na kilka miesięcy, więc postanowił po prostu zabrać nas ze sobą.
Wydaje mi się, że tak naprawdę chodziło im o to, żeby po prostu pobył dłużej w domu, a nie ciągnął swoją rodzinę na to pustkowie.
– Okej, już idę – wołam i wyczołguję się ze swojej jaskini do głównej sypialni, która jest za ścianą.
Oczywiście zajęła ją Harper, ale zbytnio mnie to nie martwi. Tata powiesił na ścianach czterdzieści podobizn twarzy Jezusa, tych ciemnobrązowych z Całunu Turyńskiego. Chociaż nawet bez Jezusa ciężko tu wytrzymać, bo tata łapie się każdej szansy, żeby tylko Harper wyzdrowiała. Rama łóżka obwieszona jest cudownymi medalikami i otoczona figurkami aniołów stróży, które w miejscu serca mają czerwoną lampkę. W rezultacie mamy tu perwersyjny kicz: pokój wygląda, jakby ekipa serialu Ojciec Mateusz postanowiła nakręcić odcinek w pokoju przesłuchań.
Moja rodzina jest totalnie wkręcona w te sprawy: cuda, święci i aniołki. Wierzą, że Bóg może wyleczyć moją siostrę.
Na sto procent.
Osobiście uważam, że Bóg jest zbyt zajęty sianiem zamętu na świecie i nie ma czasu zaprzątać sobie głowy problemami rodziny Lambów. A ze mną to już w ogóle nie rozmawia.
W samym środku tej szopki, na dwuosobowym łóżku, urzęduje moja siostra w niebieskiej chustce na głowie. Ma osiemnaście lat, a jej blada, delikatna uroda zapiera dech w piersiach i sprawia, że każdy natychmiast ma ochotę zrobić dla niej wszystko. Dopóki Harper się nie odezwie.
Naciągam na głowę czarny kaptur bluzy i uśmiecham się do niej przepraszająco.
– Właśnie stoczyłam bitwę z potwornym pająkiem. I przeżyłam, gdybyś się zastanawiała.
– Jakoś się nad tym nie zastanawiałam. – Harper przegląda czasopismo dla fryzjerek. – Nikogo nie obchodzi, co robisz.
Harper robi wszystko, żebym przypadkiem nie zapomniała, że jestem brzydszą i młodszą siostrą. Wygładzam krótką sukienkę vintage, pod którą mam grube rajstopy w paski. Zawsze je noszę, żeby zakryć nogi. Każdemu chłopakowi, który tylko zwróci na mnie uwagę, Harper powtarza, że mam mega owłosione kolana. Nie bardzo radzę sobie z maszynką do golenia, a kiedy usiłuję wydepilować nogi, skarży się tacie, że znowu próbowałam się ciąć. Nie mam wyjścia i muszę nosić pasiaste rajstopy.
Tata wiesza nad drzwiami kolejną podobiznę Jezusa. Pracuje na platformie wiertniczej, ale uważa siebie za uzdrowiciela, a im więcej pije, tym bardziej ubiera się jak jakiś nawiedzony prorok. Dziś ma na sobie błękitny obcisły polar, w którym jego umięśniona klatka piersiowa i ramiona są jeszcze potężniejsze. Na szyi powiesił sobie metalowy krzyż. Nie wygląda to dobrze.
– Hmmm, tato…? – Biorę głęboki wdech. – Możemy porozmawiać?
– Nie teraz – odburkuje. – Podaj mi pinezki.
Spełniam prośbę i próbuję jeszcze raz.
– To pilne. Chodzi o moje… – zanim udaje mi się wyjaśnić, o co chodzi, Harper mi przerywa.
– Tato? – zaczyna. – Nell powiedziała, że Całun Turyński to ściema. Podobno naukowcy odkryli to metodą badania radiowęglowego. To kłamstwo, prawda, tato? To przecież musi być prawdziwa twarz Jezusa, co?
– Musicie modlić się o łaskę wiary, dziewczynki – oznajmia tata, kompletnie ignorując pytanie. – Potrzeba wam opieki Boga.
Zaczynam odliczać w myślach do dziesięciu, żeby nie wybuchnąć.
Pik esemesa. Ale powiedziałaś ojcu?
Wyrzucam to w końcu z siebie:
– Tato! Muszę polecieć do Anglii. Dziś wieczorem. Jutro mam przesłuchanie.
Ojciec zastyga nieruchomo na drabinie. Gapię się na podobiznę Jezusa, którą trzyma w powietrzu.
– Zrozum – tłumaczę – tylko na dwa dni…
– Jest środa popielcowa – tata mówi to tak, jakby pierwszy dzień Wielkiego Postu był ważniejszy od Bożego Narodzenia.
W naszym domu te czterdzieści dni naprawdę oznacza zero przyjemności. W zeszłym roku, kiedy przyłapał mnie na oglądaniu Netflixa, odciął przewód od telewizora.
– Dziś idziemy na mszę. Koniec dyskusji – rzuca. – Poza tym siostra cię potrzebuje.
– Okej. Pojadę po mszy – nie daję za wygraną. – Harper powiedziała, że da sobie beze mnie radę.
W tej samej chwili moja starsza siostra opada na stojący przy łóżku stolik z lekami, a bateria szklanych buteleczek rozbija się o podłogę.
Zawsze, kiedy mi na czymś zależy, Harper nagle czuje się gorzej. Teraz zwija się wpół i zanosi głośnym kaszlem. W okamgnieniu jestem przy niej.
– Już dobrze. – Zerkam na rozpiskę leków, napełniam strzykawkę i wpuszczam lekarstwo do wenflonu, który tkwi w żyle nad jej łokciem. Rozmasowuję rękę, aż skurcz przechodzi.
Harper przeszła chemioterapię i dochodzi do siebie po ostatnim cyklu leczenia, jednak włosy wciąż jej nie odrosły, a dziwaczna forma białaczki ciągle powoduje napady przeszywającego do kości bólu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *