Wietrzne Katedry. Tom 3


Trzecia część młodzieżowego cyklu fantasy autorki bestsellerowej trylogii „Dziewiąty Mag”. Wyprawa do Metropolii okazała się bardzo niebezpieczna dla drużyny śmiałków marzących o odnalezieniu Wietrznych Katedr. Czy Daniel, spokrewniony z księciem, którego oswobodzili z Instytutu, zgodzi się im pomóc i ujawni szlak wiodący do Dzielnicy Elfów?


Wietrzne Katedry. Tom 3Ponad dwieście lat temu, kiedy natura obróciła się przeciwko człowiekowi, a całej cywilizacji groził upadek, nieoczekiwanie pojawiły się elfy. Zaoferowały ludziom przyjaźń i pomoc w zamian za możliwość osiedlenia się. Wspólnie odbudowali świat ze zgliszcz. Jednak radość trwała krótko. Straszliwa zaraza doprowadziła do wymarcia wszystkich elfów…

Wyprawa do Metropolii okazała się bardzo niebezpieczna dla drużyny śmiałków marzących o odnalezieniu Wietrznych Katedr. Ciceron jest w stanie krytycznym, a Tancmistrz poważnie chory…

Do tego wcale nie ma pewności, czy Daniel, elf czystej krwi spokrewniony z księciem, którego z narażeniem życia oswobodzili z Instytutu, zgodzi się im pomóc i ujawni szlak wiodący do Dzielnicy Elfów.

Tymczasem Helen Gregorian bada ślady po napadzie na Instytut. Nie cofnie się przed niczym, aby schwytać napastników i udaremnić ich plany…

Alice Rosalie Reystone jest lekarką zawodowo udzielającą się we własnej przychodni dla zwierząt. Stan posiadania: jedno dziecko i czterech kocich terrorystów. Naturę kotów zgłębiła w stopniu doskonałym, dzieci do tej pory zrozumieć nie może, choć prace nad tym trwają. Wolne chwile poświęca uprawianiu hobby, jakim jest bajkopisarstwo dla dorosłych, a inspiracji dostarczają jej ciężkie brzmienia Evanescence, Nightwish oraz cudowny głos Tarji Turunen. Uważa książki, muzykę i kino za jedne z najcudowniejszych wynalazków ludzkości. Jest zodiakalnym bykiem, ale ma naturę kota-domatora i tylko kataklizm byłby w stanie wyciągnąć ją z domu. Bardziej od robienia oszałamiającej kariery i udziału w jakże popularnym w dzisiejszych czasach wyścigu szczurów interesuje ją spokojne życie w toskańskim stylu z dobrym winem oraz gronem sprawdzonych przyjaciół w tle.
A.R. Reystone to pseudonim polskiej pisarki fantasy, która debiutowała w 2010 roku. Na swoim koncie ma bestsellerową trylogię „Dziewiąty Mag”.


Alice Rosalie Reystone
Wietrzne Katedry. Tom 3
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 10 kwietnia 2019
 

 

Wietrzne Katedry. Tom 3


Pogranicze Kryształowych Wodospadów − wczesny ranek dnia następnego

– By to elfia zaraza! – Ian gwałtownie wcisnął hamulec.
Rozpędzone auto zarzuciło na boki raz i drugi, jednak mężczyzna szybko odzyskał nad nim kontrolę. Potoczyło się jeszcze kilkadziesiąt metrów, ale w końcu, niczym dobrze ułożony pies, posłusznie się zatrzymało. Mimo to piaskowa chihuahua zleciała z fotela i ogłuszona zamarła między siedzeniami. Mastif rąbnął w oparcie fotela Iana i zaczął bluzgać głosem Desire. Pozostałych pasażerów przed lotem przez przednią szybę uchroniły pasy.
– Moje żebra! – stęknął Treller, próbując złapać oddech. Udało mu się to, dopiero gdy odpiął swój pas.
– Szlag! Ian, mózg ci zeżarło?! Co ty wyrabiasz, idioto?! – wydarł się Desire.
– Dla przyjemności tego nie zrobiłem! – odwarknął mężczyzna. Wzrokiem wskazał coś przed maską wozu. – Czekajcie!
Nie zważając na protesty ciemnowłosego zakonnika ani jęki Trellera, wyskoczył z samochodu, zostawiając otwarte drzwi, i ruszył przed siebie. McLaurie podążył wzrokiem za synem. Natychmiast zapomniał o poturbowanych żebrach.
– Ja chędożę! – szepnął i zaczął gramolić się z auta.
– Tato, zostań w samochodzie!
– Ale…
– Żadnego ale! Wracaj do wozu, ja się tym zajmę!
Treller zatrzymał się, wsparł dłoń o drzwi terenówki, zacisnął usta i patrzył. Zaintrygowany Desire szybko wrócił do własnej postaci i sprawdził, co z Dante. Wyskoczył z auta, zrobił krok do przodu i zamarł osłupiały. Kilka metrów przed maską wozu, w kałuży krwi leżał… krasnolud. A właściwie mieszaniec z dużą domieszką krasnoludziej krwi.
Żył. Jeszcze żył. Jednak już po chwili − równej pojedynczemu uderzeniu serca − poszarpanymi, zakrwawionymi ubraniami krasnoluda wstrząsnął ostatni spazmatyczny wdech. Palce jednej z rąk zadrżały, podobnie jak usta na wykrzywionej bólem twarzy, i zaraz potem ciało zamarło.
Mężczyźni przyjrzeli się temu, co jeszcze przed paroma minutami było żywą istotą. Jedna jej noga została oderwana tuż pod kolanem. Strzępy nasączonej krwią nogawki okalały kikut niczym makabryczna koronka unurzana w rubinowym kleksie. Szczątki łydki i stopy dostrzegli parę metrów dalej, na skraju jezdni. Druga noga wyglądała na nienaruszoną, ale przy bliższych oględzinach można było dostrzec precyzyjnie przecięte arterie. Nie było też jednej dłoni. W miejscu, gdzie powinna kończyć się ręka, zalegała jedynie ciemnoczerwona masa, jakby naszpikowana upiornymi fragmentami kości. Krasnolud leżał na brzuchu, głowę miał wykręconą w bok, a na plecach i karku − rany. Sądząc po ilości krwi, jaką stracił, podejrzewali, że został też ranny w brzuch. Wzdrygnęli się, instynktownie zacisnęli szczęki. Ktokolwiek te rany zadał, nadal musiał być w pobliżu. Karminowa smuga wiodła jezdnią od nóg krasnoluda ku zaroślom pobocza, za którymi zaczynał się las.
„Wykrwawił się – pomyślał Ian. – Uciekał. Przed czym? Co go tak poraniło? Gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że to coś polowało na niego i miało przy tym niezły ubaw. Ale przecież takie rany mógł zadać tylko…”.
Pochylił się nad trupem.
– Nie dotykaj! – warknął Treller, a Ian zastygł z wyciągniętą ręką.
Nim zdążył się wyprostować, czas zwariował i wszystko potoczyło się w ułamkach sekund. Najpierw gdzieś na prawo od wozu usłyszał trzask gałązek. Ktoś lub coś przedzierało się przez krzaki − szybko i brutalnie. Cokolwiek to było, zarówno Ian, jak jego towarzysze zrozumieli, że na ucieczkę za późno. Ian zerknął na ojca, który omiótł spojrzeniem ścianę lasu. Przez zaciśnięte zęby zdążył wycedzić:
– Ani drgnij! Ty też, Desire!
Sekundę potem spomiędzy gałęzi wyskoczył minivivern i pędem ruszył ku zwłokom. Ian zdławił krzyk i odruch ucieczki. Siłą woli zmusił ciało do posłuszeństwa i znieruchomiał na podobieństwo rzeźby. Poczuł gęsią skórkę na karku, koszula zrobiła się mokra od potu. Oblizał nerwowo usta.
„Tropiący. Czyli konstable muszą być blisko!”.
Przyjrzał się bestii. Jeszcze nie wiedział co, ale coś mu w niej nie pasowało.
„Zaraz, to nie może być jego sprawka! Przecież tropiące nie atakują!”.
Gdy dostrzegł pokrwawiony pysk viverna, niespiłowane zębiska i kolec jadowy w ogonie, zrozumiał, jak bardzo się pomylił. Posłał zszokowane spojrzenie ojcu. Ten ledwo dostrzegalnym ruchem głowy dał mu znać, by nie ważył się poruszyć. Tymczasem vivern zdawał się w ogóle nie dostrzegać mężczyzn. Wyminął Iana, muskając go skrzydłem, i podszedł do trupa. Zaczął intensywnie niuchać, syczeć, rozwidlonym jęzorem smakować jego krew, trącać zwłoki, a w końcu je szarpać! Źrenice bestii rozszerzyła ekscytacja, koniec ogona rąbnął o jezdnię, szczątkowe skrzydła zatrzepotały, jak gdyby gad chciał się wzbić w powietrze. Zwierzę przestąpiło z nogi na nogę. Rozejrzało się, lecz otumanione odorem krwi i śmierci nie dostrzegło kolejnych potencjalnych ofiar. JESZCZE. Trzech zastygłych niczym woskowe figury mężczyzn porozumiało się wzrokiem.
– Desire – odezwał się Ian najcichszym z szeptów.
Przyjaciel wpatrzył się w jego usta, jakby z ruchu warg chciał wyczytać kolejne słowa.
– Wyjmij flet. Po-ma-łu.
Ciemnowłosy zakonnik spojrzał na niego pytająco.
– Mortua. Załatwiłeś nim bestie w Instytucie – przypomniał.
Desire zgrzytnął zębami.
– Został w wozie – odszepnął i uprzedzając kolejne pytanie, dodał: – Bez fletu ze stellum zaklęcie nie ma sensu. Za słabe.
Ian bezgłośnie zaklął. Bestia oszołomiona zapachem krwi ciągle jeszcze nie zwracała na nich uwagi. Wiedzieli jednak, że najmniejszy ruch mogą przypłacić życiem. Ian zerknął na ojca.
– Dasz radę go okiełznać? – wyszeptał niemal bezgłośnie.
Starszy pan znów zaprzeczył dyskretnym ruchem głowy.
– W tym amoku? Żartujesz? Czekajcie… – Wpatrzony w bestię również zamarł w oczekiwaniu.
Podekscytowane zwierzę kilka potwornie długich minut niemal tańczyło wokół zwłok, co rusz depcząc je i rozrywając. Ian nie wiedział, co bardziej go przeraża: mlaskanie, chrzęst łamanych kości, odgłosy dartego ciała czy… łomot własnego serca, głośniejszy chyba od krzyku interceptora. Na dodatek mdliło go coraz mocniej, ale choć bardzo się starał, nie zdołał zamknąć oczu, by odgonić makabryczne obrazy. Nie potrafił nawet mrugnąć. Miał wrażenie, że całe to przerażające widowisko żywym ogniem wypala się w jego pamięci, i był absolutnie pewien, że wielokrotnie będzie do niego powracało w sennych koszmarach. Zacisnął szczęki. Za nic nie wolno mu zwymiotować!
Bestia ucztowała w najlepsze. W momencie, w którym vivern odwrócił się tyłem do Trellera, zanurzył pysk we wnętrzu brzucha trupa i zaczął wyszarpywać jelita, McLaurie pomału sięgnął przez okno samochodu. Schowek otworzył się z cichym pyknięciem, lecz vivern i tego nie dosłyszał. Nie zorientował się nawet, gdy seria strzałek wystrzelona z kuszy przebiła jego mięśnie. Krew i tkanki trupa wprawiły go w ekstazę i otaczający go świat przestał istnieć. Tymczasem środek usypiający zawarty w strzałkach sprawił, że były to jego ostatnie i jakże rozkoszne odczucia. Parę minut potem szaro-zielone cielsko zwaliło się na asfalt obok swej ofiary. Miodowe tęczówki z pionową źrenicą zastygły wpatrzone błogo w twarz krasnoluda.
Ian westchnął z ulgą. Pochylił się jeszcze bardziej, wsparł dłonie o kolana, zamknął oczy. Wziął kilka głębokich, powolnych wdechów. Desire też sapnął. Jego twarz miała podejrzanie zielonkawy kolor, raz po raz przełykał ślinę, jakby i on miał kłopot z kontrolą żołądka. Zaraz jednak wziął się w garść i spojrzał z podziwem na Trellera. Ten stał niewzruszenie obok auta, patrząc na viverna. Miał zaciśnięte usta i mrok w spojrzeniu. Jakby żal z powodu tego, co musiał zrobić. Ian wyprostował się, ręką przeczesał włosy, a potem podszedł do ojca i poklepał go po ramieniu.
– By to elfia! – wykrztusił. – Gdybyś go nie wykończył…
– Wiem! – mruknął niechętnie Treller.
– W porządku? – Ian przyjrzał się ojcu.
Twarz starszego pana przypominała pozbawioną emocji woskową maskę.
– Nie, ale nie ma to teraz znaczenia – wycedził. – Wracajcie do wozu. Zaraz do was dołączę.
Desire pokręcił głową.
– No przecież nie będziesz ich sam dźwigał. Rzućmy ich tam. – Wskazał fragment pobocza, gdzie ziemia wyglądała na miękką. – Może nawet nie trzeba będzie kopać. Nakryjemy ich gałęziami, deszcz zmyje krew. Byle szybko, bo jeszcze sporo drogi przed nami.
– No nie wiem – odezwał się cicho Ian. – Ten vivern ewidentnie należał do konstabli, ale ich tu nie ma, co oznacza, że jakimś cudem musiał im zwiać. Tak czy siak należy mu się godny pochówek. Temu biedakowi też. – Wskazał głową szczątki krasnoluda.
– Nie mamy na to czasu – odparł Desire.
– Na wasze puste dyskusje też nie! – przerwał im brutalnie Treller. – Do wozu! No już!
– Nie powinniśmy ich tak zostawiać. To nie w porządku. – Ian kucnął koło zwłok, przyjrzał się temu, co zostało z krasnoluda, wyciągnął rękę.
– Nie dotykaj! – ostry rozkaz Trellera ponownie zatrzymał go w pół gestu. – Ech, elfy, gdyby nie wasze miękkie i przyjazne charaktery, bylibyście panami świata! – westchnął.
Syn zerknął na niego spode łba.
– Odsuń się i sprawdź, czy nie jesteś pochlapany krwią!
Ian bez słowa wykonał polecenie. Dokładnie obejrzał każdą część garderoby z podeszwami butów włącznie. Świadomość, że za chwilę odjadą, pozostawiając zwłoki mieszańca i bestii – leżące na środku jezdni ot tak, bez pochówku, bez szacunku – nie podobała mu się, jednak zaczynał rozumieć postępowanie Trellera. Milcząc, wrócił do wozu.
Desire już siedział w środku, sprawdzając, w jakim stanie jest Dante, ale zaraz potem wydobył płową chihuahua spomiędzy siedzeń i ułożył sobie na kolanach. Tymczasem starszy pan znów sięgnął do schowka. W jego czeluściach zniknęła kusza, za to w dłoniach Trellera pojawił się flakonik i foliowa torba. Przyjaciele wymienili spojrzenia. Domyślali się, co McLaurie chce zrobić.
Wstrząsnął, a potem otworzył buteleczkę. Porcja żelu spłynęła do wnętrza jego dłoni. Natarł nią ręce. Skrył flakonik w kieszeni i dopiero wtedy podszedł do viverna, uważnie stawiając stopy, tak by nie wdepnąć w jeziorka krwi. Pochylił się nad bestią. Stanowczymi ruchami wyszarpnął strzałki z jej cielska.
– Kamuflaż – mruknął Ian. – Konstable zobaczą dwa trupy i pomyślą, że się wzajemne pozabijali.
– No przecież nie uwierzą. – Desire pokręcił głową.
– Jasne, że nie, ale zanim zaczną wnikać, kto naprawdę załatwił tego viverna, my będziemy daleko. Nie dotykaliśmy niczego, więc żeby nas namierzyć, tamci musieliby mieć interceptora. Treller właśnie zapewnia nam bezpieczną ucieczkę. – Ruchem głowy wskazał krzątającego się ojca.
Tymczasem starszy pan włożył strzałki do worka, szczelnie go zamknął i odłożył na bok. Odwrócił się ku krasnoludowi i dokładnie obszukał zwłoki. Przy pasku dostrzegł nóż. Wyjęcie go z kabury zajęło mu dłuższą chwilę, bo wymagało odwrócenia trupa. Resztki trzewi wypłynęły z brzucha denata niczym krwawa fala. McLaurie uskoczył przed nią w ostatnim momencie. Zaraz potem włożył nóż w dłoń krasnoluda, tę istniejącą. Zacisnął jego palce na rękojeści, przełknął ślinę, a potem… zaczął metodycznie dźgać zwłoki viverna.
Iana znów zemdliło. Głośno wypuścił powietrze. Odwrócił głowę, udał, że sprawdza, czy nie nadchodzą konstable. Desire patrzył beznamiętnie, jednak w głębi duszy zastanawia się, czym jeszcze Treller go zaskoczy.
„Jakim trzeba być bezwzględnym sukinkotem, żeby tak pastwić się nad trupami? I jak wiele trzeba w życiu doświadczyć zła, jak często z nim obcować, by umieć tak spokojnie robić to, co on w tej chwili? – pomyślał, nie mogąc oderwać wzroku od Trellera. – Zaiste, ciekawe życie musiał wieść ten cały McLaurie. I z pewnością nie spędził go na haftowaniu serwetek, nawet jeśli robił za elfią niańkę”.
Nieświadom tych rozważań starszy pan upewnił się, że każdą ranę po strzałkach zniszczył ciosem noża, a pokrwawiona dłoń trupa zostawiła wystarczająco dużo śladów na rękojeści. Jeszcze przywalił krasnoluda cielskiem viverna, jeszcze sprawdził stan własnego odzienia, zdjął, a potem schował do worka ze strzałkami dwie rękawice, które utworzył żel na jego dłoniach… Po chwili siedział koło Iana w samochodzie.
Dobrych kilka minut jechali w całkowitym milczeniu, zszokowani wydarzeniami, jakich byli świadkami.

* * *

Ciemnoskóry strażnik stanął pod drzwiami sali sekcyjnej. Skrzywił się na myśl o czekającej go rozmowie. Znów nie wiedział, czego się spodziewać. Ta kobieta…
„Czasem jest tak ciepła i pełna empatii – pomyślał – a innym razem bezwzględna, apodyktyczna, wyprana z wszelkich emocji”.
Odnosił wrażenie, że w niewielkim ciele Helen Gregorian mieszka kilka ekstremalnie różnych osób ujawniających się w najmniej oczekiwanych okolicznościach. Były dni, kiedy ją podziwiał i był dumny, że dla niej pracuje. Ale były też takie, gdy przerażeniem napawała go myśl o zwykłym spotkaniu z nią. No i intrygowała go. Wiele by dał, by dowiedzieć się, jakim cudem ma takie uprawnienia, takie możliwości. Jednak pracował w Instytucie zbyt krótko, a choć reszta personelu plotkowała o wszystkim, to na temat pani doktor nie puszczały pary z ust.
„Z pozoru zwykła lekarka, a przecież sam widziałem, jak zrugała dyrektor Calliere. Pojechała na niej jak na szmacie, a tamta prawie się rozbeczała! Dave Calliere będzie miał dużo szczęścia, jeśli na wywaleniu ze studiów się skończy”.
Zaraz potem Gregorian zaskoczyła go ponownie, anektując skrzydło edukacyjne Instytutu oraz Terminal dla swych potrzeb. Dyskretnie, ale bezpardonowo. Na potrzeby ścigania tamtej czwórki nieco nagięto fakty. Teraz oficjalnie za napaścią na Instytut stał już nie jeden, a czterech terrorystów najpewniej przybyłych z Kryształowych Wodospadów. Studentom grzecznie wytłumaczono, że atak i nawałnica wyrządziły w budynku spore szkody i do czasu ukończenia napraw zajęcia zostają odwołane. Część personelu medycznego pracowała jak dawniej w szpitalu oraz ambulatorium, pozostali zajęli się naprawianiem szkód, a wszystkim przypomniano o „klauzuli milczenia”, do której zobowiązali się, rozpoczynając pracę w Instytucie. W trybie natychmiastowym nakazano stawić się wszystkim strażnikom. Jedną z sal sekcyjnych przekształcono w centrum dowodzenia, w innej non stop trwały autopsje strażników i bestii zabitych w akcji na fermie. Dla bezpieczeństwa cały kompleks medyczny ponownie przeszukano. No i zaczęła się obława w mieście!
„A wszystko na polecenie niesamowitej doktor Gregorian. I jeszcze rewelacje tych czterech facetów… Że to ona odpowiada za zagładę elfów. Byli nawet przekonujący, ale przecież to brednie! Nawet gdyby jakimś cudem umiała wywołać zarazę, zwyczajnie była za młoda, żeby to zrobić. Ile mogła mieć wtedy lat? Trzy? Pięć? Na Onyksową Harfę, ależ te biedne sukinsyny muszą jej nienawidzić! Ciekawe za co? I ciekawe kim byli? Skąd ta obsesja Gregorian na ich punkcie? Bo przecież nie może chodzić tylko o nielegalne leki. Jakim cudem potrafią rzucać zaklęcia? A może to była jedynie hipnoza?”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *