“Pisklak” to poruszająca powieść o dojrzewaniu – do miłości, lecz także do odpowiedzialności i odwagi – została wyróżniona w 20. edycji Ogólnopolskiej Nagrody im. Kornela Makuszyńskiego.


PisklakLato nie zawsze wiąże się z beztroskimi wakacjami. Dla Klary pełne słońca miesiące staną się czasem szczególnych wyzwań. Czy w chwili próby dziewczyna będzie umiała dokonać właściwego wyboru?

To najtrudniejsze lato w niedługim jeszcze życiu Klary. Na świat przychodzi jej ciężko chory brat, bezbronny jak pisklę, które wypadło z gniazda, ojciec i matka są pogrążeni w rozpaczy, a do ruin pobliskiego domu wprowadzają się dwaj tajemniczy chłopcy opuszczeni przez rodziców.

Czy w chwili próby dziewczyna będzie umiała dokonać właściwego wyboru?

Zuzanna Orlińska – absolwentka Wydziału Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, pisarka, ilustratorka, laureatka nagrody Guliwer w Krainie Olbrzymów (2013), mama Szymona i Julka. Jest autorką „Matki Polki” i „Pisklaka” wyróżnionych w Konkursie Literackim im. Kornela Makuszyńskiego, „Ani słowa o Zosi” (II nagroda w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren) i „Cierpień sięciolatka”. Za „Starego Noego” otrzymała Nagrodę Literacką im. Kornela Makuszyńskiego. Ze starszym synem dzieli pasję historyczną, która dała początek powieściom „Detektywi z klasztornego wzgórza” oraz „Z Bożej łaski Jadwiga, król”. Z kolei wyróżniony w konkursie Polskiej Sekcji IBBY (2017) „Biały teatr Panny Nehemias” napisała dla siebie samej, dwunastoletniej w 1984 roku.

Wanda Orlińska (ur. 1942 – zm. 2017) – uzyskała dyplom z wyróżnieniem w pracowni profesora Jana Marcina Szancera na Wydziale Grafiki warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zajmowała się ilustracją książkową, a także malarstwem sztalugowym oraz grafiką użytkową. Brała udział w wielu wystawach w kraju i za granicą, m.in. w Berlinie, Stuttgarcie, Bratysławie, Belgradzie, Londynie. Przez lata współpracowała z większością polskich oficyn publikujących literaturę dla dzieci i młodzieży. Jej ilustracje dla młodszych odbiorców to zazwyczaj delikatne i pełne subtelnego humoru akwarele, dla starszych – sugestywne szkice piórem i tuszem, które wyróżnia dynamiczna kreska. Artystka szczególnie ceniła realistyczne środki wyrazu, a jej pogodne portrety dzieci i zwierząt należą do najbardziej rozpoznawalnych w polskiej grafice wydawniczej. Zilustrowała kilkadziesiąt książek, w tym wiele pozycji z serii „Poczytaj Mi, Mamo”.


Zuzanna Orlińska
Pisklak
Ilustracje: Wanda Orlińska
Wydawnictwo Nasza Księgarnia
Premiera: 10 kwietnia 2019
 

 

Pisklak

Piątek

Mrrr – oznajmiła Księżniczka Ptahnofru i wyszła przez okno.
Po niebie z gniewnym burczeniem przetaczała się burza bez deszczu. Dopiero kiedy grzmoty ucichły, sypnęło drobnymi kropelkami. Na poddaszu załopotało niedomknięte skrzydło okna.
To było o wpół do piątej rano.

*

Dwie godziny później Klara budzi się ponownie. Leży przez chwilę z szeroko otwartymi oczami, nie poznając miejsca, w którym się znajduje.
Ach, tak. Pokój mamy. Kuba polecił jej przenieść się tutaj, bo na górze przecieka dach. Pewnie trzeba będzie tu pomieszkać przez jakiś czas, zanim Kuba go naprawi. Zanim wróci mama.
Pokój wygląda tak, jak mama go zostawiła. Na drzwiach szafy wisi jeszcze jej luźna biała sukienka w delikatne szare prążki. Ubierając się, Klara patrzy na czarno-białe zdjęcie wsunięte za ramę lustra. Na fotografii zrobionej gdzieś w Bieszczadach przeszło piętnaście lat temu delikatna długowłosa blondynka, widziana z profilu, siedzi na wypchanym plecaku, a wysoki okularnik stojący na pierwszym planie z plastikowym bidonem w ręku wpatruje się w nią z zachwytem. Oboje bardzo młodzi, Kuba jeszcze chłopięco pucołowaty, w wymiętej kraciastej koszuli, budzą w Klarze dziwną czułość, jakby byli dziećmi, a nie jej rodzicami.
Już ubrana, otwiera szeroko okno i wyskakuje prosto w skłębiony, mokry gąszcz rdestu i szałwii. Okrąża dom, wychodzi na drogę. Piasek, cętkowany z wierzchu ciemniejszymi plamkami wilgoci, pod spodem jest całkiem suchy i sypki, grzęzną w nim sandały.
Z Szyszkowej skręca się w lewo, a potem, za skrzyżowaniem z Nadrzeczną, zwaną przez mieszkańców Hajłejem, trzeba iść prosto leśną drogą, dumnie zwaną ulicą Pliszki. Przemyty deszczem świat jest nowy, pachnie czystością, słońcem i korą sosen. Po obu stronach drogi drzemią jeszcze w ciszy poranka domki letniskowe różnych rozmiarów i kształtów: zgrzebne budki z dykty z czasów PRL kryte szkodliwym eternitem, rozłożyste drewniane bungalowy, strome góralskie chatki z bali, dziwne budowle wznoszone z betonowych bloczków tak zwanym systemem gospodarczym, a pomiędzy nimi nieliczne nowe, okazałe rezydencje i kilka przedwojennych willi. Spoza ogrodzeń uważnie śledzą Klarę oczy psów, którym o tej wczesnej porze nawet nie chce się szczekać. Jeden tylko nadgorliwy kundel odzywa się piskliwym jazgotem, ale i on milknie, gdy dziewczyna mija jego furtkę.
Droga urywa się nagle na krawędzi Dolinki.
Choćby bywało się tu codziennie, ten widok zawsze zaskakuje: ukryta pośrodku równego szkółkowego lasu płytka niecka, tajemnicze zagłębienie wyściełane najmiększym mchem. Wiosną jest tu biało od konwalii, teraz, późnym latem, zaczynają kwitnąć wrzosy. Porośnięte paprociami zbocza łagodnie schodzą w dół, gdzie wśród starych brzóz, wielkich sosen, zdziczałych drzew owocowych, w gąszczu malin, nawłoci i wysokich traw, kryje się Dom Wariatki.
W latach trzydziestych ubiegłego wieku dom ten musiał być elegancką, nowoczesną willą. Teraz płaski dach zapadł się, żelazna poręcz tarasu skorodowała, okna straszą powybijanymi szybami, a żółtawy tynk odpada całymi płatami, ukazując konstrukcję z drewna, cementu i trzciny.
Dawny sad owocowy poprzerastał akacjami i dzikim bzem, nadal jednak można tu zrywać cierpkie śliwki i ulęgałki. Sam dom i przyległe zabudowania – garaż wraz z czymś w rodzaju magazynku – otoczone są zardzewiałym ogrodzeniem. Metalowa siatka w wielu miejscach jest porozdzierana, sterczą z niej groźne ostre wąsy i pazury, a część płotu od strony garażu, powalona przez złamany konar, legła na ziemi, zmieniona w skłębione druciane zasieki.
Klara wchodzi przez furtkę wiszącą na jednym zawiasie. Mija studnię, wspina się po kilku zmurszałych stopniach, lekko popycha drzwi pozbawione zamka.
Z przedsionka dębowe schody prowadzą w górę, na piętro. Teraz już nie można tam wchodzić; przegniły strop grozi zawaleniem, a stare belki trzeszczą ostrzegawczo, gdy się po nich stąpa.
Na wprost wejścia znajduje się duży kwadratowy pokój. Dawniej jego ozdobą musiał być okazały piec kaflowy, ale jakiś wandal porozbijał ozdobne ceramiczne płyty w drobny pył i wyrwał żeliwne drzwiczki. Nie ma tu już żadnych mebli oprócz otwartej na oścież trzydrzwiowej szafy i zdezelowanej wersalki. Po podłodze poniewierają się wywleczone, porzucone w nieładzie rzeczy: niemodne sukienki, płaszcze z zetlałymi futrzanymi kołnierzami, zniszczone damskie buciki. A także książki – dużo książek zmieszanych z ubraniami w jeden zbutwiały kłąb pachnący wilgocią i grzybem.
Drzwi po prawej prowadzą do kuchni. Tam jest najprzytulniej. Nikomu nie udało się zniszczyć solidnego pieca rozpartego w kącie, choć kilka kafli w rogu nadkruszyło się i popękało. Podłoga z surowych desek jest przysypana popiołem i kurzem, ale nieuszkodzona. Drzwi kuchenne prowadzą do małego pomieszczenia z szafą w murze, zapewne niegdyś służącego za spiżarnię.
Zwykle przychodzą tu razem, ale Klara najbardziej lubi być w Dolince sama. Może wtedy pofolgować wyobraźni, nie obawiając się, że przyjaciółka ją wyśmieje. Klara przepada za Hanką, są jednak takie sprawy, o których nawet jej nie potrafi opowiedzieć.

*


Szary zmierzch podchodził pod chatę na Olchowych Bagnach. Mokradło dyszało niezdrowymi oparami. Gdzieniegdzie odzywały się bagienne szelesty, chlupoty, bulgotanie przelewających się mas błota. Tu i ówdzie z mgły wyłaniał się samotny maszt olchy. Bagna, mimo że z pozoru puste, żyły swym ukrytym życiem. Oto olbrzymi, garbaty kształt łosia rozczesywał pasma mgły swymi rosochatymi rogami, tam z kolei długonogi żuraw brodził w czarnej wodzie. Wśród tych tajemniczych, mrocznych zakątków jeden tylko skalisty cypel sprawiał przytulne wrażenie. Stała na nim, a raczej rosła, samotna rozłożysta chata, migocząca żółtym światełkiem wśród cieni zmierzchu.
Emma znała Olchowe Bagna jak własną kieszeń, nieraz przecież przychodziła tu na łowy. Pewnie stąpała po grząskich ścieżkach, aż znalazła się właśnie w tym miejscu, skąd widać już było wskazujące drogę światło. Ruszyła więc dalej, a po chwili stanęła w otwartych drzwiach izby, z której parowała ciepła woń smażonych na wieczerzę ryb. Za stołem, dumnie wyprostowany, siedział młody mężczyzna, wysoki i barczysty. Palił fajkę i czytał pożółkłą ze starości księgę.
– Twój sokół przyniósł mi wiadomość, panie. Chciałeś mnie widzieć? – zapytała Emma.
Szymon Asterling pokiwał głową bez słowa. Z natury był raczej milczący. Otworzył drzwiczki pieca, żeby dorzucić parę patyków do ognia.
Lubiła go najbardziej takiego, jakim był tutaj, w tej starej chacie rybaków i myśliwych. Inny niż we dworze Asterlingów, gdzie stawał się podobny do swoich krewnych, dumnych i wyniosłych.
– Przypadkiem odkryłem dziś twoją tajemnicę – odparł. – Dowiedziałem się z tej starej księgi, że jesteś dzieckiem elfów porwanym z rodzinnego gniazda przez zbirów Władcy.

*

I wtedy Klara to zauważa.
Na kuchni stoją dwa blaszane kubki z niedopitymi resztkami jakiegoś napoju, a obok rondelek z zaschniętą masą, która zanim się przypaliła, musiała być owsianką. Kafle są jeszcze ciepłe, widocznie ktoś niedawno palił w piecu.
I z całą pewnością nie był to Szymon Asterling.
Nagły dreszcz przebiega przez ciało Klary, która rzuca się na oślep do ucieczki, nie oglądając się za siebie, czując w ustach metaliczny smak strachu. Jej serce tłucze się jak oszalałe.
Ktoś mieszka w domu w Dolince! Ktoś tam jest!
Dobiegłszy do drogi, Klara uspokaja się trochę. Zastanawia się gorączkowo, czy powiedzieć o tym Hance.
Powie.
Nie powie.
Nie powie nikomu.

*

Kuba smaży jajka, hipnotyzowany wzrokiem Księżniczki Ptahnofru, siedzącej równiutko, z podkulonymi łapkami, na parapecie kuchennego okna.
– Jadłaś śniadanie?
Klara mamrocze coś niewyraźnie w odpowiedzi. Nie mogłaby teraz niczego przełknąć, tak bardzo ściśnięte ma gardło. Ale on nie daje się oszukać:
– Chodź, chodź. Zrobiłem jajecznicę ze szczypiorkiem – mówi czule jak do małego dziecka.

*

Po śniadaniu Klara idzie na górę, do swojego pokoju. Sporo wody uzbierało się w misce stojącej między łóżkiem a kominem. Plama wilgoci na suficie znacznie się powiększyła. Klara wylewa przez okno wodę z miednicy, bierze koc, poduszkę, kilka książek i zeszyt, w którym potajemnie spisuje sagę rodu Asterlingów. Schodzi do ogrodu i mości sobie wygodne, bezpieczne gniazdo w hamaku rozpiętym między dwiema brzozami. A jednak nie może czytać ani pisać. Zdaje jej się, że Asterlingowie przepadli na zawsze w chwili, w której ktoś obcy wtargnął do ich siedziby.

*

Na obiad Kuba i Klara wybierają się do pani Nory. Jej duży drewniany dom z ogromną przeszkloną werandą, pomalowany na kolor ciemnozielony, należy do najstarszych w tej okolicy. W ogrodzie rosną wysokie sosny, a pod werandą bujne hortensje o kiściach drobnych kwiatków w kolorze pudrowego różu, bladego błękitu, pistacji i śmietanki. Pani Nora mówi, że lubi takie staroświeckie kwiaty. Lubi też bez, lewkonie, ostróżki i maciejkę. Niewysoka, siwowłosa, czarnobrewa, patrzy bystro ciemnymi oczami, które zdają się widzieć wszystko. Kuba opowiadał, że za młodu była nauczycielką. Teraz, na emeryturze, zajmuje się swoim ogrodem, udziela korepetycji, daje lekcje angielskiego i francuskiego. Klarę również uczy, ale całkiem za darmo, bo, jak mówi, nie będzie brała pieniędzy od kogoś, kogo zna od dziecka. Tym bardziej, jeżeli zna od dziecka także jej ojca, a przecież pamięta Kubę jako radosnego bobasa.
– Musisz więcej jeść, drągalu – stwierdza, nakładając mu drugą porcję podsmażanych ziemniaczków, choć dzisiaj Kuba nie jest ani mały, ani wesoły. Siedzi za stołem na słonecznej werandzie z miną dosyć żałosną. – Strasznie wychudłeś ostatnio.
– Ech… – wzdycha tylko Kuba.
– Wiem, wiem. – Sąsiadka kiwa głową. – Ale ty teraz musisz być w dobrej formie. Będziesz musiał pomóc Ani, kiedy wróci ze szpitala. A właśnie, jak tam maleństwo? Czy już wiadomo, kiedy wyjdą?
Kuba kręci tylko głową i spłoszony patrzy na Klarę. Nie chce chyba przy niej mówić o zdrowiu Piotrusia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *