Telemach w dżinsach


Piętnastoletni Maciek Łańko, po śmierci matki, postanawia odnaleźć ojca, który opuścił rodzinę, gdy chłopiec był jeszcze mały. Ucieka więc z przyszkolnego internatu i wyrusza w niezwykłą podróż.


Telemach w dżinsachPodobno jeszcze trochę z Maćka dzieciak (15-letni?), ale rozmawia się z nim jak z dorosłym. Podobno też patrzy spode łba, ale szczerze. No i mizerne sprawia wrażenie.

Nic dziwnego – od dwóch tygodni jest w drodze. Nie na gigancie, bo nie ma skąd uciekać. Zwykle wieje się z domu, a Maciek mieszka w internacie. A w drodze jest od czasu, kiedy zobaczył program w telewizji o przodownikach pracy. I robili wywiad… z jego ojcem!

Maciek go szuka. Już tylu ciekawych ludzi spotkał po drodze! Tylko ojca jeszcze nie.

Druga część – „Gdzie twój dom, Telemachu?” – została wpisana na Listę Honorową IBBY.


Adam Bahdaj
Telemach w dżinsach
Seria: Plus Minus 16
Wydawnictwo Literatura
Premiera w tej edycji: 9 lipca 2019
 

 

Telemach w dżinsach


CZĘŚĆ PIERWSZA

Niebo naszym dachem

1


Nigdy nie miałem łatwego życia. Nie urodziłem się w czepku i nikt mnie nie rozpieszczał. Miałem jednak pogodne usposobienie i traktowałem tę moją drogę życiową jak tor przeszkód.
Pozwólcie więc, że się przedstawię: nazywam się Maciej Łańko, urodziłem się w Jerzmanowie, a teraz mam lat piętnaście i jestem dopiero na początku tego toru. Wziąłem dopiero najłatwiejsze przeszkody. Zobaczymy, co będzie dalej. Może los się kiedyś do mnie uśmiechnie, jak w tych amerykańskich powieściach, w których czyścibut staje się nagle milionerem. Milionerem u nas i tak nie można zostać, i w ogóle co to za przyjemność zastanawiać się stale, na co wydać forsę. Grunt to porządnie żyć i dojść do jakiegoś celu.
Przeczytałem ostatnio fantastyczną książkę – Moje góry Bonattiego. Wspaniały człowiek. Nie uznawał żadnych trudności i nic go nie przerażało. To jeden z największych alpinistów.
Samotnie zdobywał najtrudniejsze ściany alpejskie i zawsze wychodził zwycięsko. Wyobrażacie sobie człowieka, który samotnie zdobywa północną ścianę Eigeru? Wspina się sześć dni i sześć nocy, zdaje mu się, że już nigdy nie zwycięży tej piekielnej ściany, a jednak… Tak może być i w życiu. Trzeba tylko zacisnąć zęby i przezwyciężyć samego siebie. Fantastyczna książka! Chociaż nigdy jeszcze nie byłem w górach, a ściany skalne widziałem tylko na fotografii, to jednak zrozumiałem, o co mu chodzi. I to mnie bardzo pokrzepiło.
Może właśnie dzięki tej książce siedziałem teraz w pociągu i waliłem prosto do Ełku, żeby odnaleźć swego ojca. A sprawa nie była prosta. Mój ojciec opuścił naszą rodzinę, kiedy miałem trzy lata. Wsiąkł, rozpłynął się i od tego czasu ślad po nim zaginął. Rok po tym umarła moja matka. Wychowywała mnie ciotka Frania, robotnica z fabryki sklejek w Jerzmanowie. Była surowa i wymagająca. Nie miałem u niej aksamitnego życia. Twardą miała rękę, ale nie czuję do niej żalu. I świeć, Panie, nad jej duszą, bo zginęła przed kilku miesiącami podczas pożaru lakierni. Zostałem więc pod opieką pana Sielickiego i pani Telichowskiej, koleżanki mojej ciotki.
W ten sposób znalazłem się w internacie szkoły zawodowej przy Zakładach Przemysłu Drzewnego w Jerzmanowie. Powiedzieli mi, że będę podtrzymywał tradycje rodzinne, że niby moja matka tutaj pracowała, moja ciotka usmażyła się w lakierni, to ja też mam tkwić w tej cuchnącej dziurze i podtrzymywać tradycje. Dziękuję. Sam zapach wiórów i kleju doprowadza mnie do mdłości. Ale co miałem robić? Wpakowali mnie do tego internatu i gniłbym tam zapewne do końca szkoły, gdyby nie pewne zdarzenie.
A było to już po zakończeniu roku szkolnego. Moi koledzy wyjechali na pierwszy turnus kolonii letnich, a ja zostałem w internacie i codziennie przekładałem na placu sterty desek. Zarobiłem przynajmniej na bilet kolejowy i coś mi jeszcze w kieszeni zostało, ale myślałem, że od tego układania desek dostanę – nie daj Boże – kręćka albo padaczki.
I nagle wszystko się zmieniło jak w filmie, daję słowo. Przyszedłem kiedyś wieczorem do świetlicy na coca-colę. Usiedliśmy z kolegami przy stoliku, a w telewizji szedł reportaż z budowy kombinatu mięsnego w Ełku. Nic ciekawego. Nawet nie patrzyłem na ekran. Obok siedzieli robotnicy. Popijali piwo. I nagle coś mną szarpnęło. Kosiak, którego znałem z placu, powiedział nagle do Bośkiewicza:
– Ty, Wacek, poznajesz tego… To przecież Waldek Łańko.
Szarpnęło mną jeszcze mocniej. Zerknąłem na ekran. Spocony i zdyszany reporter przeprowadzał wywiad z brygadą montażową. Nad ich głowami przesuwała się wolno suwnica i spawacze sypali ze spawalnic snopami iskier. I było zupełnie tak jak w telewizji. Brygadzista drapał się za uchem. Mówił, że mają pewne trudności, ale wszystko idzie klawo i halę oddadzą przed terminem, a reporter co chwila zwracał się do telewidzów i chwalił całą brygadę za solidną pracę. I wtedy Bośkiewicz, robotnik z narzędziowni, trącił łokciem Kosiaka:
– Niech mnie kule biją, to Waldek!
Obaj spojrzeli na mnie, a mnie się nagle zrobiło gorąco i potem przeszył mnie dziwny ból w okolicy serca. Zobaczyłem wśród robotników na ekranie swego ojca. Wprawdzie nigdy go nie widziałem, ale u ciotki wisiała fotografia ślubna moich rodziców.
Ten człowiek stojący nieco z boku, trzymający w kącikach warg papierosa, to był mój ojciec. Po chwili byłem już pewny. Nastąpiło bowiem zbliżenie i w powiększeniu zobaczyłem jego twarz. Ten sam owal, wyraźne łuki brwi, osadzone oczy i dziwnie przekorny uśmieszek na zaciśniętych ustach. Tamci się nie mylili.
Ojciec wyjął z ust papierosa, niedbałym ruchem rzucił go za siebie, a spoza ekranu odezwał się głos reportera:
– Panie Łańko, słyszałem od brygadzisty, że pan jest przodownikiem pracy. Niech pan nam powie, w jaki sposób osiąga pan tak znakomite rezultaty?
Ojciec uśmiechnął się cierpko, jakby chciał zlekceważyć reportera.
– No cóż – powiedział przekornie – robi się, panie redaktorze… No i brygada jest zgrana. To nie żadna sztuka. Ja już robiłem na wielu budowach. Jak się ma smykałkę, to i robota idzie. – Wyciągnął z kieszeni pudełko papierosów i wyłuskał jednego.
Przy stoliku Bośkiewicz głośno się roześmiał.
– Waldek, jak pragnę… Ale mu dobrze powiedział.
A Kosiak dodał wesoło:
– Nic się chłop nie zmienił. Zawsze miał cięty język i wiedział, jak komu przysolić.
Podszedłem do nich. Czułem się, jak gdybym przed chwilą wylądował na księżycu. W ustach miałem Saharę, a gardło ściśnięte. Wybąkałem jednak z trudem:
– Panowie… panowie znali mojego ojca?
Najpierw popatrzyli na mnie, a potem po sobie, jak gdyby się zakłopotali. Bośkiewicz przeczesał dłonią opadające na oczy włosy.
– No jasne – powiedział z namysłem. – Robiłem z nim w narzędziowni, ale niedługo, bo potem poszedł do wojska. – Nagle spojrzał na mnie badawczo i trochę dziwnie. – A ty… tyś go poznał?
– Co ty, Kazek – wtrącił Kosiak. – Przecież on był jeszcze w kołysce… – Urwał nagle i zerknął z zakłopotaniem na Bośkiewicza.
Tamten wzruszył ramionami.
– Kopę lat od tego czasu minęło.
– A ja z nim byłem w wojsku – dodał trzeci, barczysty robotnik, którego nie znałem. – Byliśmy w WOP-ie w Zgorzelcu. Twój ojciec był za kierowcę. Wesoły człowiek.
– Wesoły – westchnął ciężko Kazik. – Jak się urwał, to do tej pory nie wrócił.
Bośkiewicz syknął ostrzegawczo.
– Ty, Kazek – pokazał na mnie oczami – przecież to jego chłopiec.
Kosiak machnął ręką.
– On już ma swoje lata. On już wszystko rozumie. – Nagle wstał, położył mi rękę na ramieniu i uśmiechnął się ciepło: – No co, ucieszyłeś się? Starego pokazali w telewizji. Pistolet. Przodownik pracy. Teraz będziesz mógł się pochwalić, że masz takiego ojca.
A ten trzeci dorzucił:
– I będziesz mógł do niego napisać. Znasz adres.
Nie wiedziałem, czy żartują, czy mówią poważnie. Wciąż czułem się tak, jakbym przed chwilą wylądował na księżycu. Chciałem coś powiedzieć, lecz nie mogłem. Nie potrafiłem nawet odejść, jakby mnie coś trzymało. Musiałem wyglądać strasznie głupio, bo tamci zamilkli i bez słowa zabrali się do niedokończonego piwa. Z tej drętwoty wyrwał mnie dopiero Maniek Giemza. Podszedł do mnie i, jakby nic się nie stało, klepnął mnie w ramię.
– No, Maciek, pójdziemy do kina.
– Dobrze… – wyszeptałem.
Wyszliśmy z Mańkiem i ze Staszkiem Pierogiem ze świetlicy, ale tuż za drzwiami pożegnałem ich. Powiedziałem ni w pięć, ni w dziesięć, że mnie strasznie głowa boli. Uwierzyli, bo któż nie uwierzyłby w takiej sytuacji. Maniek, mój najlepszy kolega, odprowadził mnie do internatu. Szliśmy długo w milczeniu, wreszcie przed internatem Maniek powiedział:
– Nie cieszysz się, że odnalazłeś starego?
– Nie wiem – mruknąłem, podałem mu rękę i szybko wszedłem do internatu.

2

Przyznam się wam szczerze, że w internacie rozbeczałem się jak małe dziecko. Myślałem o Bonattim, który samotnie zdobywał najtrudniejsze ściany, o Slocumie, który pierwszy samotnie opłynął świat na małej łodzi, ale nic mi nie pomogło. Płakałem i dziwiłem się, skąd tyle łez w oczach się bierze. Poduszka była mokra, a we mnie jakaś czczość. I nie wiedziałem, czy smucić się, czy cieszyć.
Nie należę jednak do takich, co się za długo martwią i mażą. Splunąłem wreszcie ze złością i postanowiłem w jednej chwili, że jutro nawiewam z internatu i jadę do ojca. Jak go zobaczę, zamienię kilka słów, to wtedy będę wiedział, czy się martwić, czy cieszyć. Prysnął stary, ulotnił się, rzucił matkę, ale teraz nie wiadomo, jaki jest i co o tym myśli. Nie pisał przez cały czas i nie posłał nawet grosza, chociaż ciotka starała się o alimenty dla mnie, ale kto to wie, co się przez ten czas z nim działo. Człowiek się przecie zmienia. Może nie chciał pisać, może nie mógł płacić. Stawiałem sobie tysiąc pytań, ale na próżno, na żadne nie mogłem odpowiedzieć. A więc postanowiłem: jadę do Ełku i na miejscu zobaczę, co w trawie piszczy! Nikomu nic nie powiedziałem, bo przypuszczałem, że będą mnie odmawiać. Zostawiłem tylko krótki list do mojego wychowawcy i opiekuna, pana Sielickiego. Napisałem, jak było, i że jadę do ojca, przekonać się, czy weźmie mnie do siebie. Napiszę z Ełku kilka słów. Niech się pan Sielicki na mnie nie gniewa, bo nie mogłem zrobić inaczej.
Rano zapakowałem do mojej ulubionej torby najpotrzebniejsze rzeczy, wziąłem kilka moich ulubionych książek i zamiast na plac do roboty, poszedłem na dworzec kolejowy. A teraz byłem już kilka godzin w drodze.

* * *

W pociągu jak w pociągu w porze wakacji i urlopów – tłok, przedziały nabite, dzieci grymaszą, starzy kłócą się, czy otworzyć, czy zamknąć okno, jedni drzemią, drudzy żłopią lemoniadę i przegryzają kanapkami, a wszyscy nie mogą doczekać się kresu podróży.
Wcisnąłem się cudem do jakiegoś przedziału i w kącie pod oknem znalazłem miejsce stojące między drzemiącym rencistą a paniusią w słomkowym kapelusiku. Rencista co chwila budził się z drzemki i przekazywał swej sąsiadce słowny serial z polowania na dziki. Gdyby to była prawda, o czym opowiadał, to już nie byłoby śladu po dzikach w naszych lasach. Paniusia z nicianej torebeczki wyłuskiwała cukierki i ssała je bladymi, popękanymi wargami. W przerwach między jednym cukierkiem a drugim narzekała, że wszystko drożeje i nie można związać końca z końcem. I było strasznie nudno, tak nudno, że wyjąłem z torby Wojnę trojańską Parandowskiego i stojąc na jednej nodze, zacząłem czytać.
Trafiłem właśnie na opis wyprawy Telemacha do Argos do Nestora. I jakoś mi się lżej zrobiło. Znałem dobrze tę książkę, więc przerzucałem tylko kartki i przypominałem sobie ciekawsze fragmenty.
Wyobraźnia zaczęła pracować. Oto rodzinna wyspa Telemacha – Itaka. Dokoła spienione morze, na morzu kilka białych żagli. Na brzegu winnice i gaje oliwne, a wśród gajów dwór Odysa. I młody chłopiec wychodzący codziennie na brzeg morza i wypatrujący statku ojca. Ojciec od dziesięciu lat nie wraca. Wszyscy myślą, że już zginął, że już nigdy jego noga nie stanie na skałach rodzinnej wyspy. Tylko matka i on, Telemach, wierzą, że kiedyś na horyzoncie pojawi się łódź, a potem ujrzą wysmaganą wichrami, spaloną słońcem twarz Odysa i zobaczą go, jak zstępuje z łodzi na przybrzeżne skały…
Ogarnęło mnie wzruszenie. Pomyślałem, że ja, Maciek Łańko, syn Waldemara, podobnie jak Telemach oczekuję ojca. I zagłębiłbym się po uszy w rozmyślania, gdyby nagle nie rozległo się mocne walenie w szybę drzwi przedziału. Obejrzałem się. Za drzwiami, wtłoczony między ludzi, stał niewielki chłopaczek i gwałtownymi ruchami dawał mi znaki, żebym wyszedł do niego.
Wzruszyłem tylko ramionami, bo nie wiedziałem, o co mu chodzi. Był tłok. Żeby przecisnąć się na korytarz, musiałbym być akrobatą, ale szczeniak nie ustępował i tak się zachowywał, jakbym mu był coś winien. Wrzuciłem więc do torby książkę i zacząłem przedzierać się między poplątanymi nogami. Po chwili byłem już na korytarzu.
– Czego chcesz? – zapytałem wściekły.
Przymrużył tajemniczo oko.
– Ty, koleś, czy konduktor sprawdzał już w tym wagonie bilety?
– Dawno, zaraz za Warszawą. A co?
– Bo ja jadę na gapę. A ty masz bilet?
– Ja? – zdziwił mnie jego protekcjonalny ton. – No jasne. Mam nawet cały, bo mi nie chcieli sprzedać zniżkowego.
– To fajnie, bo ja nie mam nawet ćwiartki. Prysnąłem z domu – oznajmił takim tonem, jakby chodziło o zmianę rządu w Etiopii.
– Ho… – mruknąłem z uznaniem i przyjrzałem mu się uważniej.
Był to dwunastoletni szczeniak, może nawet młodszy. Loczki kręciły mu się dokoła uszu jak aniołkowi, gębę miał pyzatą, nos zadarty, siekacz z przodu wybity, a oczy jak dwa guziczki, małe, lecz pełne przebiegłości. Jednym słowem komiczna figura. Ubrany był zamożnie i starannie, jakby go przed chwilą wypuścili z dobrego sklepu, i nie wyglądał na uciekiniera. Uśmiechnąłem się więc z politowaniem i dobrodusznie.
– Ty, mały, radzę ci, zapnij sobie guzik pod szyją i wysiadaj na najbliższej stacji, bo cię zgarną i będziesz miał kłopoty.
Szczeniak rzucił mi wzgardliwe spojrzenie.
– Coś taki ważny! Masz bilet, to już nosa zadzierasz.
– Uspokój się, szczeniaku, bo ci przyłożę – ostrzegłem niemal po ojcowsku.
Spokorniał i zamrugał niebieskimi oczkami.
– Co, nie znasz się na żartach? Jak masz bilet, to pokaż.
– Nie widziałeś biletu?
– U ciebie jeszcze nie. No, pokaż, pokaż.
– A co ci przyjdzie z mojego biletu?
– Co? Widzisz, jak jeden z nas ma, to już dużo lepiej.
– Co ty się tak do mnie przyznajesz?
– Bo wyglądasz mi na porządnego cyzia.
– I kto cię nauczył tak mówić? Z respektem, muminku, bo ci uszu natrę.
Znowu uśmiechnął się maślanie i pojednawczo.
– Coś taki ostry? Ja do ciebie jak do kolegi, a ty…
– Bo mi grasz na nerwach i stawiasz się. I w ogóle, co się tak spoufalasz?!
– Myślałem, że dalej pryskamy razem.
– Ja z tobą, muminku? A dokąd ty pryskasz?
– Do Szwecji. Tam wysoka stopa życiowa i można dobrze zarobić. Dolary – dodał poważnie.
Roześmiałem się. Zaczął mnie bawić ten szczeniak. Wziąłem go pod brodę i wyrozumiale pokiwałem głową.
– Będziesz przebierał ryby, oddzielał śledzie od sardynek, co?
Naburmuszył się i nagle spojrzał nienawistnie.
– Ty nic nie rozumiesz. Ja naprawdę zwiałem z domu. I wcale nie jestem taki mały.
– Naczytałeś się pewno książek i w głowie ci zakwitły rozmaite pomysły. Może chcesz jechać na Wyspy Fidżi albo na Bermudy? To niedaleko, prosto, na prawo, a potem na lewo – żartowałem.
Splunął z obrzydzeniem.
– Z tobą nie ma zabawy.
– Nie ma, zgadłeś. Ty zwiewasz z domu, a ja chętnie zwiałbym do domu – wtrąciłem, choć wiedziałem, że tego teraz nie pojmie.
Zerknął bokiem jak obrażone dziecko.
– Jesteś kolega czy nie?
– Nie.
– A ja myślałem, że pojedziemy razem. Masz przecież cały bilet. Powiemy, że jesteśmy bracia i razem jedziemy do babci na wakacje.
– Dobra, dobra, tylko że każdy musi mieć swój bilet, kapujesz?
Nie kapował albo nie chciał, bo nagle sięgnął do wielkiego plecaka i z wierzchu wyjął coś zawiniętego w tłusty papier.
– Zjesz ze mną kurę? Mówię ci, pierwszorzędna. Rąbnąłem mamie z lodówki.
– Schowaj sobie na Szwecję – mruknąłem bez przekonania, bo w tej samej chwili poczułem piekielny głód. Od rana nic nie jadłem, a kura wyglądała smakowicie.
– Do Szwecji to zaśmierdnie i będę musiał wyrzucić. Lepiej, żebyś ty zjadł ze mną.
– Do Szwecji jeszcze daleko. Przyda ci się w drodze.
Łypnął podejrzliwie. Był wyraźnie niezadowolony, że nie chwyciła łapówka. Gapił się chwilę na udko, potem z apetytem wbił zęby w złociście przypieczone mięso, aż mu sok popłynął po brodzie. A mnie po prostu skręcało. Przymknąłem oczy, by nie patrzeć na tę ucztę i miałem takie uczucie, jak gdybym trawił kamienie. Ssało mnie okrutnie w dołku. Szczeniak to wyczuł, uśmiechnął się chytrze, przymrużył guzikowate oczy i palnął:
– Jeszcze nigdy nie jadłem tak fantastycznej kury. Pycha do kwadratu.
– Smacznego – rzuciłem z bolesnym przekąsem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *