Wygnanie. Zaginione miasta tom 2


„Wygnanie” to drugi tom bestsellerowej serii „Zaginione Miasta”, w którym Sophie musi odbyć podróż do najmroczniejszych zakamarków swojego połyskującego świata.


Sophie myślała, że jest bezpieczna. Zadomowiła się w Havenfield, mogła liczyć na przyjaciół, a dzięki swoim wyjątkowym zdolnościom telepatycznym zajmowała się trenowaniem Silveny – pierwszego alikorna płci żeńskiej, na którego natrafiono w Zaginionych Miastach. W jej życiu w końcu wszystko zaczyna się układać.

Ale na wolności pozostają porywacze Sophie. A kiedy dziewczyna znajduje nowe wiadomości i wskazówki od tajemniczej grupy Czarny Łabędź zmuszona jest podjąć przerażające ryzyko – i narazić wszystkich na wielkie niebezpieczeństwo.

Gdy na jaw wychodzą starannie skrywane tajemnice, Sophie kolejny raz musi sięgnąć do swoich ukrytych wspomnień, nim na zawsze utraci bliską jej osobę.

W drugiej części „Zaginionych Miast” Sophie musi odbyć podróż do najmroczniejszych zakamarków swojego połyskującego świata, którą czytelnicy będą śledzić z zapartym tchem.

***

Zachwycająca i niebezpieczna przygoda z doskonale nakreślonymi postaciami, od której nie sposób się oderwać.
Lisa McMann, autorka bestsellerów z listy „New York Timesa”

Seria „Zaginione Miasta” to połączenie Alicji w Krainie Czarów, Władcy pierścieni i Harry’ego Pottera. Doskonała zabawa!
Michael Buckley, autor bestsellerowych serii „Siostry Grimm” i „Nerds”.


Shannon Messenger
Wygnanie
Przekład: Monika Nowak
seria: Zaginione miasta tom 2
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 13 maja 2020
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Wygnanie


WSTĘP

Trzęsącymi się dłońmi Sophie uniosła maleńką, zieloną buteleczkę.
W jednym łyku kryło się życie oraz śmierć – i to nie tylko dla niej.
Dla Prentice’a.
Dla Aldena.
Jej spojrzenie skupiło się na przejrzystym płynie, kiedy zdjęła kryształową zatyczkę i przyłożyła buteleczkę do ust. Jedyne, co musiała zrobić, to wlać sobie truciznę do gardła.
Ale czy mogła to zrobić?
Czy mogła się wyrzec wszystkiego, by naprawić to co złe?
A jeśli nie, to czy mogła żyć z poczuciem winy?
Tym razem wybór należał do niej.
Nie dostała wiadomości.
Nie dostała wskazówek.
Wcześniej kierowała się nimi, teraz decyzję musiała podjąć sama.
Nie była już marionetką Czarnego Łabędzia.
Była uszkodzona.
I pozostało jej tylko zaufać.

1

‒ Nie mogę uwierzyć, że śledzimy wielką stopę – szepnęła Sophie, wpatrując się w odcisk gigantycznej stopy na błotnistej ziemi. Każdy palec był równie szeroki jak ramię dziewczyny, a w powstałych w ziemi śladach zbierało się błoto.
Dex zaśmiał się, prezentując dwa urocze dołeczki w policzkach. Wspiął się na palce i przyjrzał się rysie na korze pobliskiego drzewa.
‒ Czy ludzie naprawdę uważają, że gdzieś tam kryje się włochaty człowiek małpa, który próbuje ich zjeść?
Sophie odwróciła głowę i pozwoliła, aby jasne włosy zasłoniły jej zarumienione policzki.
‒ Szaleństwo, no nie?
Minął niemal rok od czasu, kiedy się dowiedziała, że jest elfem, i przeprowadziła się do Zaginionych Miast, jednak zdarzało się jeszcze, że myślała jak człowiek. Wiedziała, że wielkie stopy to tak naprawdę wysokie, zielone i kudłate stworzenia z okrągłymi oczami i haczykowatymi nosami – miała nawet okazję pracować z nimi na pastwiskach w Havenfield, ogromnej posiadłości i jednocześnie rezerwacie dla zwierząt, który nazywała teraz domem. Ale trudno zapomnieć tyle lat ludzkich nauk. Zwłaszcza że cechowała ją pamięć fotograficzna.
Nad ich głowami rozległ się grzmot i Sophie podskoczyła.
‒ Nie podoba mi się to miejsce – mruknął Dex. Spojrzeniem niebieskofioletowych oczu omiótł linię drzew i podszedł do Sophie. W wilgotnym, ciężkim powietrzu jasnoniebieska tunika kleiła mu się do chudych ramion, a szare spodnie miał całe ubłocone. – Znajdźmy to coś i spadajmy stąd.
Sophie się z nim zgadzała. W tej mrocznej gęstwinie odnosiło się wrażenie, jakby o tym miejscu zapomniał czas. W rosnących przed nimi paprociach rozległ się szelest i Sophie chwyciło od tyłu muskularne, szare ramię. Stopy dziewczyny zawisły nad ziemią i owionęła ją fala piżmowego, goblinowego potu. Jej nagi od pasa w górę ochroniarz pociągnął Dexa za sobą, z pochwy wydobył miecz i wycelował go w wysokiego, jasnowłosego elfa w ciemnozielonej tunice, który wyłonił się zza ściany liści.
‒ Spokojnie, Sandorze – powiedział Grady, cofając się przed błyszczącym czubkiem czarnego ostrza. – To tylko ja.
‒ Przepraszam. – Wysoki głos olbrzyma zawsze przypominał Sophie pręgowca. Goblin skłonił się lekko i opuścił broń. – Nie rozpoznałem twojego zapachu.
‒ Pewnie dlatego, że przez dwadzieścia minut czołgałem się w kryjówce wielkiej stopy. – Grady powąchał swój rękaw i zakaszlał. – Fuj, Edaline nie będzie zadowolona, kiedy wrócę do domu.
Dex się zaśmiał, natomiast Sophie zbyt była zajęta próbami uwolnienia się z żelaznego uścisku Sandora.
‒ Możesz mnie już postawić. – Kiedy jej stopy dotknęły ziemi, spiorunowała goblina wzrokiem. – Jakieś ślady wielkiej stopy?
‒ Kryjówka jest pusta już od jakiegoś czasu. Rozumiem, że wam też nieszczególnie się poszczęściło?
Dex wskazał rysę na korze.
‒ Wygląda to tak, jakby wspiął się na drzewo i od tej chwili przemieszczał się po gałęziach. Nie da się określić, w którą stronę ruszył.
Sandor szerokim, płaskim nosem powąchał powietrze.
‒ Powinienem zabrać pannę Foster do domu. Zdecydowanie zbyt długo przebywa na dworze.
‒ Nic się nie dzieje! Znajdujemy się w samym środku lasu i nikt oprócz Rady nie wie, że tu jestem. W ogóle nie musiałeś się fatygować.
‒ Gdzie ty, tam i ja – odparł zdecydowanie Sandor. Schował miecz i przesunął dłońmi po kieszeniach czarnych wojskowych spodni, aby sprawdzić, czy reszta broni jest na swoim miejscu. – Poważnie podchodzę do swoich obowiązków.
‒ No ba – burknęła Sophie.
Wiedziała, że Sandor próbuje ją jedynie chronić, ale nie znosiła tego, że zawsze jej towarzyszy. Stanowił ponaddwumetrowe przypomnienie, że porywacze, którym jej i Dexowi cudem udało się uciec, nadal gdzieś się czają, czekając na odpowiednią chwilę, kiedy będą mogli wykonać kolejny ruch…
Poza tym czymś upokarzającym było mieć cień w postaci paranoicznego goblina. Wcześniej liczyła, że do czasu rozpoczęcia się szkoły skończy się już ta cała heca z ochroniarzem. Ale za dwa tygodnie wakacje dobiegną końca, a każdy trop okazywał się dla Rady ślepą uliczką, no i wydawało się, że krzepki, wyglądający ciut jak kosmita cień będzie jej towarzyszył także w Foxfire.
Próbowała przekonać Aldena do tego, aby po prostu miał na nią oko dzięki wisiorowi identyfikacyjnemu zawieszonemu na jej szyi, ale on przypomniał wtedy Sophie, że ostatnim razem porywacze bez żadnego problemu zerwali identyfikator. I choć obecny wisior miał dodatkowe zabezpieczenia, Alden nie zamierzał powierzać jej życia żadnemu przedmiotowi.
Zdusiła westchnienie.
‒ Sophie jest nam potrzebna – rzucił Grady do Sandora i szybko ją uściskał. – Coś wyłapujesz? – zapytał.
‒ Nie w najbliższej okolicy. Ale spróbuję powiększyć zasięg. – Odsunęła się od niego i zamknęła oczy. Przyłożyła dłonie do skroni, aby się skoncentrować.
Sophie była jedynym telepatą, który potrafił namierzyć lokalizację myśli – i jedynym, który potrafi ł odczytywać umysły zwierząt. Gdyby wyczuła myśli wielkiej stopy, udałoby się jej trafić do kryjówki stwora. Jedyne, co musiała zrobić, to wsłuchać się. Jej koncentracja otulała okolicę niczym niewidoczny welon, a świergotanie i charakterystyczne dla lasu trzaski przycichły, natomiast jej głowę wypełniły „głosy”. Melodyjne myśli ptaków na drzewach. Ściszone myśli kryjących się pod ziemią gryzoni. Z niewielkiej łąki kawałek od nich dochodziły spokojne myśli łani i jej jelonka. A jeszcze dalej, w gęstym poszyciu skrywały się ukradkowe myśli dużej pumy czatującej na ofiarę.
Niestety ani śladu ciężkich, grzmiących myśli wielkiej stopy.
Przeniosła swoją koncentrację ku pokrytym śniegiem górom. Dalej niż potrafiła większość telepatów, ale kiedy wołała o ratunek przed porywaczami, udało jej się to zrobić na o wiele większą odległość – a przecież była wtedy otumaniona środkami usypiającymi. Zdziwiła się więc, kiedy teraz jej ciało zaczęło drżeć z wysiłku.
‒ W porządku, Sophie – odezwał się Grady, ściskając jej ramię. – Znajdziemy go w inny sposób.
Nie.
To przecież dlatego Grady zabrał ją tu ze sobą, mimo że Sandor niepokoił się o jej bezpieczeństwo. Już trzy razy próbował schwytać to stworzenie i za każdym razem wracał z niczym. Liczył na nią.
Wyrwała sobie rzęsę – nerwowy nawyk – i wypchnęła swój umysł najdalej, jak była w stanie. Przed oczami pojawiły jej się plamki światła, a każda wiązała się z ukłuciem dojmującego bólu. Jednak było warto, bo w pewnym momencie wyłapała coś jakby szept myśli. Zamazany obraz rzeki z omszałymi kamieniami i spływającą po nich białą wodą. Myśl ta wydawała się delikatniejsza niż myśli wielkiej stopy, których miała okazję dotknąć podczas ćwiczeń w Havenfield, ale z całą pewnością zbyt złożona, aby należeć do jednego ze zwykłych leśnych zwierząt.
‒ Tędy – powiedziała Sophie, wskazując na północ, po czym ruszyła w tamtą stronę. Cieszyła się, że założyła lekkie, wysokie buty zamiast tych eleganckich, które najczęściej nosiła nawet do prostej, beżowej tuniki i brązowych spodni.
Dex puścił się biegiem w jej stronę, aż mu podskakiwała czupryna w odcieniu rudawego blondu.
‒ Wciąż nie pojmuję, jak to robisz.
‒ Nie jesteś telepatą. Ja nie mam pojęcia, jak robisz te sztuczki technopatów.
‒ Ćśś, bo cię usłyszą!
Dex wymógł na niej obietnicę, aby nie mówiła nikomu o jego niedawno odkrytym talencie. Gdyby dama Alina – dyrektorka Foxfire – wiedziała, że już się objawił, nie pozwoliłaby Dexowi uczestniczyć w zajęciach z wykrywania zdolności, a on liczył, że wyzwoli w sobie jakiś „lepszy” talent, mimo że do rzadkości należało posiadanie więcej niż jednej zdolności.
‒ Głupek z ciebie – rzekła teraz do niego. – Technopatia jest super.
‒ Łatwo ci mówić. To nie fair, że ty jesteś i telepatką, i emocjuszem.
Sophie wzdrygnęła się.
Gdyby to od niej zależało, w ułamku sekundy pozbyłaby się tej drugiej, niebezpiecznej zdolności. Ale talentów nie dawało się ot tak wyłączyć. Próbowała. Wiele razy.
Czuła pieczenie w mięśniach, kiedy teren zrobił się bardziej stromy, a do jej płuc napływało zimne, wilgotne powietrze – fajnie było jednak biec. Od czasu porwania trzymano ją cały czas w domu, chcąc ją uchronić przed niebezpieczeństwem. Oznaczało to, że ona jest więźniem, natomiast złoczyńcy przebywają na wolności. Na tę myśl przyspieszyła, jakby mogła tym samym uciec od problemów wystarczająco daleko, by sprawić, że znikną. Albo przynajmniej wystarczająco daleko od Sandora – aczkolwiek goblin okazał się zaskakująco zwinny. Ani razu nie udało jej się go zgubić, choć przez kilka ostatnich tygodni wielokrotnie podejmowała próbę.
Im bliżej byli gór, tym ścieżka stawała się coraz węższa, a po kolejnych minutach wspinaczki skręciła na zachód i dotarła do bulgoczącego strumienia. Nad kamieniami unosiły się białe obłoki mgły, nadając wodzie upiorny wygląd. Sophie zatrzymała się, aby złapać oddech. Dex się pochylił i oparł dłonie o uda. Kiedy ponownie sprawdzała lokalizację wielkiej stopy, dogonili ich Grady i Sandor.
‒ Masz się mnie trzymać – przypomniał jej Sandor.
Sophie zignorowała go, wskazując na pokrytą śnieżną czapą górę.
‒ Tam jest.
Myśli wydawały się teraz wyraźniejsze i wypełniły jej umysł szokująco sugestywną sceną. Każdy maleńki listek koronkowych paproci był przejrzysty i niemal czuła opryskującą jej skórę zimną wodę i wiatr łaskoczący policzki. Ale tym, co ją naprawdę zaskoczyło, okazał się spokój, który otulał jej świadomość. Nigdy dotąd nie doświadczyła myśli jako takiego czystego uczucia – zwłaszcza myśli należącej do postaci przebywającej w tak dużej odległości.
‒ Koniec rozdzielania się – oświadczył Grady, kiedy ruszyli w górę strumienia. – Nie znam tej części lasu.
Sophie to nie zdziwiło. Drzewa i paprocie były tak gęste, że miała pewność, że nikt – człowiek czy elf – nie zapuszczał się tu od bardzo, bardzo dawna. Ziemię pokrywała warstwa miękkiego, zielonego mchu, tłumiąc odgłos ich kroków. Była także śliska i kiedy Sophie poślizgnęła się po raz trzeci, Dex chwycił ją za ramię i już nie puścił. Przez materiał czuła ciepło jego dłoni i coś jej mówiło, że powinna się odsunąć. Ale dzięki niemu zachowywała równowagę, co pomagało jej koncentrować się na myślach wielkiej stopy. Bestia najwyraźniej coś jadła, bo na dnie żołądka Sophie zagościło uczucie satysfakcji, jakby właśnie wciągnęła dokładkę ślazowej pianki.
Przyspieszyła – bojąc się, że skoro zwierzę jest najedzone, to może ruszyć dalej – i niechcący nadepnęła na leżącą na ziemi gałąź.
Trzaaaaaaaaaaaask!
Całe jej ciało pokryło się gęsią skórką i choć Sophie wiedziała, że te emocje nie należą do niej, nie potrafiła zignorować drżącego przerażenia. Nie miała pojęcia, co to oznacza – ale brakowało jej czasu na to, aby się zastanowić. Z obrazów przeskakujących przez jej głowę wywnioskowała, że wielka stopa rzucił się do ucieczki.
Wyrwała Dexowi ramię i puściła się biegiem. Stwór biegł tak szybko, że jego myśli stały się niewyraźne. Sophie koncentrowała się na przekazywaniu energii do swoich nóg, ale mimo tej dodatkowej siły i tak czuła, że wielka stopa coraz bardziej się oddala. Ucieknie – chyba że ona znajdzie jakiś sposób na przyspieszenie.
Umysłowe pchnięcie.
Nie ucieszyła się, kiedy jakiś czas temu się dowiedziała, że ma tę niezwykle rzadką umiejętność telepatyczną. Ale kiedy wypchnęła ciepłą, buczącą na dnie jej umysłu energię do nóg i poczuła, jak jej mięśnie doznają potężnego przypływu mocy, poczuła wdzięczność wobec swojego mózgu i jego przedziwnego działania – mimo że przez to bardziej bolała ją głowa. Ledwie dotykając stopami ziemi, pędziła przez grząski teren, zostawiwszy w tyle Dexa, Sandora i Grady’ego.
Myśli wielkiej stopy znowu stały się wyraźniejsze. Doganiała go. Dodatkowa energia nie wystarczyła jednak na długo. Nie bój się, przekazała, rozpaczliwie wypychając słowa do umysłu stworzenia. Nie zrobię ci krzywdy.
Wielka stopa zamarł.
Jego myśli stanowiły plątaninę emocji i Sophie nie potrafiła ich rozgryźć. Ale wykorzystała chwilowy bezruch zwierzęcia i przywołując resztki energii, rzuciła się w stronę wąskiego przejścia w ścianie listowia. Po drugiej stronie wyczuwała wielką stopę. Bezpieczniej byłoby zaczekać na pozostałych – ale kto wie, jak długo stworzenie będzie tu obecne. Zresztą w tej chwili wydawało się spokojne. Zaciekawione.
Sophie zrobiła trzy głębokie wdechy, dodając tym sobie odwagi.
A potem przeszła na drugą stronę.

2

Od drzew odbił się echem cichy okrzyk Sophie. Zamrugała, chcąc się upewnić, że jej wzrok działa jak należy. Przed nią stał połyskujący, jasny koń z rozciągniętymi, utkanymi z piór skrzydłami. To nie był pegaz – dzięki książkom znalezionym w Havenfi eld wiedziała, że tamte stworzenia są mniejsze i bardziej przysadziste, z granatowymi plamkami i grzywami. Ten koń miał falistą, srebrną grzywę, a z jego czoła jak u jednorożca wyrastał kręcony, białosrebrny róg. Ale jednorożce, które zdarzało jej się widzieć, nie miały skrzydeł.
‒ Kim jesteś? – szepnęła, wpatrując się w brązowe oczy konia.
Do tej pory uważała oczy o takiej barwie za jednowymiarowe i nudne – zwłaszcza swoje – te jednak miały intrygujące złote plamki i spoglądały na nią z takim napięciem, że nie była w stanie odwrócić wzroku.
Koń zarżał.
‒ Nic się nie bój. Nie zrobię ci krzywdy. – Przekazała obrazy siebie zajmującej się innymi zwierzętami.
Koń zagrzebał kopytem i ponownie cicho zarżał, ale nie ruszył się z miejsca. Przyglądał się Sophie z rezerwą. Dziewczyna skupiła się na jego myślach, szukając czegoś, co mogłaby wykorzystać, aby jej zaufał. Zaszokowała ją złożoność jego umysłu. Wyczuwała szybkie obserwacje i obliczenia, jak wtedy, gdy odczytywała umysły elfów. No i do tego intensywne emocje. Wiedziała już, co muszą czuć empaci, i cieszyła się, że nie jest jedną z nich. Miałaby problem z określeniem, które emocje należą do niej.
‒ Tu jesteś! – wykrzyknął Dex, wychodząc na polanę. Szczęka mu opadła na widok konia, który zarżał i wzbił się ku niebu.
‒ Nic się nie dzieje! – zawołała Sophie. – To przyjaciel.
Przyjaciel.
Gdy tylko przekazała to słowo, zwierzę zamarło nad nimi. Przez głowę Sophie przebiegał obraz za obrazem. A potem nowe uczucie sprawiło, że głos uwiązł jej w gardle. Szczypały ją oczy, bolało serce i dopiero po chwili dotarło do niej, co to za uczucie.
‒ Jesteś samotny? – szepnęła.
‒ To nie jest wielka stopa – wymamrotał Dex.
‒ Domyśliłam się – rzuciła do niego Sophie. – Wiesz, co to takiego?
‒ Alikorn – powiedział za nią cicho Grady, na co latający koń zareagował nową falą paniki.
Też przyjaciel, przekazała Sophie zwierzęciu, które wznosiło się coraz bliżej chmur. Grady był tak naprawdę kimś więcej niż przyjacielem. Był jej adopcyjnym ojcem. Ale z jakiegoś powodu miała problem z nazywaniem go właśnie tak – nawet teraz, kiedy proces adopcyjny dobiegł końca.
Nic się nie dzieje, zapewniła alikorna. Nikt ci nie zrobi krzywdy.
Alikorn zarżał – jego umysł był skupiony na Sandorze i broni u jego boku.
‒ Sandorze, on się ciebie boi. Musisz się wycofać.
Goblin nie ruszył się z miejsca.
‒ Proszę – zwrócił się do niego Grady. – Nie możemy stracić tego stworzenia. Wiesz, jak bardzo jest ważne dla naszego świata.
Sandor z westchnieniem opuścił polanę, burcząc coś o tym, że nie może nawet spokojnie wykonywać swojej pracy.
‒ Ten koń rzeczywiście jest taki ważny? – zapytała Sophie, zmrużonymi oczami wpatrując się w niebo.
‒ No tak. – Dex sprawiał wrażenie mocno z siebie zadowolonego. – Dotąd znaleziono tylko jednego takiego. Rada od wieków szuka kolejnego.
‒ Od tysiącleci – poprawił go Grady. – Odkąd żyjemy na tej planecie, staramy się odkryć wszystkie jej tajemnice. I nagle zupełnym przypadkiem do naszego życia wkroczył alikorn, udowadniając, że ziemia kryje jeszcze parę tajemnic. Od tamtej pory próbujemy znaleźć kolejnego. Nie możemy dopuścić do tego, aby nam się wymknął. Możesz go do nas przywołać, Sophie?
Czuła na ramionach ciężar tej prośby, obiecała jednak, że spróbuje.
Bezpiecznie, przekazała przerażonemu stworzeniu, dla wzmocnienia przekazu dodając obrazy przedstawiające to, jak się opiekuje innymi zwierzętami. Następnie wysłała obraz stojącego na polanie alikorna. Sfruń na ziemię.
Kiedy alikorn nie zareagował, dodała obraz tego, jak ona, Sophie, głaszcze jego połyskującą grzywę. Ponownie dopadło ją uczucie osamotnienia – tym razem znacznie silniejsze. Ból. A potem alikorn zatoczył jeszcze jedno koło i wylądował przed Sophie, jednak na tyle daleko, aby nie mogła go dotknąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *