Królestwo dusz


Urodzona w rodzinie potężnych szamanów, szesnastoletnia Arrah zupełnie nie radzi sobie z magią, nie potrafi wróżyć z kości, nie umie przywoływać duchów przodków. Ku rozczarowaniu jej okrutnej matki, nie potrafi rzucić nawet najprostszej klątwy.


Królestwo duszPewnego razu Arrah odkrywa, że jej matka kradnie dzieci, aby z pomocą czarnej magii stworzyć drugą, lepszą córkę. Kobieta planuje, że nowe, demoniczne dziecko obudzi Króla Demonów, którego nienasycone pragnienie dusz zniszczyło już niejedno królestwo.

Tym razem, jeśli Król Demonów wróci, zniszczy wszystko na swojej drodze.

Zanim Arrah zdąży kogokolwiek ostrzec, jej matka więzi ją w klątwie milczenia. Aby powstrzymać matkę i demoniczną siostrę, której moc dorównuje nieśmiertelnym orishom, Arrah musi poświęcić resztę pozostałych lat życia.

Każdy wykonany rytuał coraz bardziej zbliża ją do śmierci, ale dla Arrah najważniejsze jest, aby powstrzymać siostrę i Króla Demonów.


Rena Barron
Królestwo dusz
Przekład: Natalia Mętrak-Ruda
Wydawnictwo Jaguar
Premiera: 2 lipca 2020
 

 

Królestwo dusz


CZĘŚĆ I

Z popiołów wzniesie się w płomieniach.
Woda nie zgasi jej cierpienia.
Nie ma dla niej odkupienia.
Nie wypowiem jej imienia.

– Pieśń Nienazwanej

PROLOG


Nie ruszaj się, Mała Kapłanko.
Mój ojciec klęka przede mną ze sznurem zębów oplecionym wokół palców. Błyszczą niczym perły, a ja prostuję się w nadziei, że będzie ze mnie dumny. Odległe echo bębnów djembe zagłusza jego głos, ale nie gasi iskry w jego oczach, kiedy wiesza mi na szyi wisior z zębów. Dzisiaj stanę się prawdziwą córą plemienia Aatiri.
Magia wszystkich barw trzepocze w powietrzu łagodnie niczym skrzydła ptaka. Nie mogę ustać w miejscu, kiedy tańczy na jego ciemnej skórze niczym świetlik. Przemyka po jego podbródku i szczęce, skacze mu na nos. Unoszę rękę, by chwycić złoty węgielek, ale ten wymyka mi się z dłoni. Chichoczemy z tatą oboje.
Pozostałe dziewczyny plotkują, kiedy ich matki poprawiają im kaftany i amulety z kości. Na każdą dziewczynę, którą magia dotyka, dwie omija, jakbyśmy były niewidzialne. Czuję w brzuchu ukłucie, patrząc, jak idzie do innych, podczas gdy do mnie nie przyszła ani razu.
Nieliczne dziewczęta, które mówią w języku tamarskim, pytają mnie, jak się żyje daleko, we Wszechpotężnym Królestwie. Mówią, że nie jestem prawdziwą Aatiri, bo moja matka nie należy do plemienia. W żołądku czuję ucisk, bo wiem, że w ich słowach jest ziarno prawdy.
Unoszę wysoko głowę, kiedy ojciec poprawia mi kołnierz. Jest jedynym mężczyzną w namiocie – o tym dziewczęta też szepczą. Nie obchodzi mnie to; cieszę się, że tu jest.
– Ojcze, czemu magia nie chce do mnie przyjść?
Pytanie zadaję zbyt głośno, w namiocie zapada cisza. Pozostałe dziewczęta i ich matki patrzą na mnie krzywo, jakbym powiedziała coś złego.
– Nie martw się, córko – odpowiada, podwijając rękawy mojego pomarańczowo-niebieskiego kaftana, takiego samego, jaki i on ma na sobie. – Przyjdzie, kiedy ma przyjść.
– Ale kiedy? – nalegam.
To niesprawiedliwe, że wiele młodszych ode mnie dzieci Aatiri już ma w sobie magię. W Tamarze w gronie moich przyjaciół jako jedyna w ogóle dostrzegam magię, ale tu napływa ona do innych dzieci, a one robią z nią rzeczy, których ja nie umiem.
– Może i nigdy, mała ewaya. – Najstarsza z dziewcząt mówi po tamarsku, chociaż z akcentem. Wpatruje się we mnie, a ja marszczę nos. Nie jestem dzieckiem, a ona się myli. Magia do mnie przyjdzie.
Matka dziewczyny kląska językiem i strofuje ją w języku Aatiri. Jej słowa ślizgają się po moich uszach, nie zdradzając znaczenia, jak wszystkie dziwne, piękne języki na targach w rodzinnych stronach.
– Nawet jeśli magia nie przyjdzie nigdy – mówi ojciec – i tak będziesz moją Małą Kapłanką.
Pokazuję dziewczynie język. Niech się nauczy być sympatyczniejszą.
Inna dziewczyna pyta, czemu nie ma tu mojej matki.
– Ma ważniejsze sprawy na głowie – odpowiadam, wspominając, jak ojciec błagał ją, żeby przyjechała.
– Czemu się smucisz? – pyta ojciec, czule szczypiąc mój policzek. – Imebyé to czas świętowania. Dzisiejszej nocy zaczniesz długą podróż ku dorosłości.
Bębny djembe milkną. Zagryzam wargi, a pozostałe dziewczęta zrywają się na nogi. Nadeszła pora, by stanąć przed całym plemieniem, tak by przywódczyni mogła nas pobłogosławić. Tym razem jednak moje nogi ani drgną, gdy pozostałe dziewczęta wybiegają z namiotu z matkami u boku.
– Chcę do domu, ojcze – szepczę, kiedy ostatnia z dziewczyn i jej matka opuszczają namiot.
Iskierka światła w jego oczach gaśnie.
– Niedługo wrócimy do domu, dobrze?
– Ale ja chcę wracać już – mówię nieco głośniej.
– Nie chcesz wziąć udziału w imebyé? – Marszczy czoło.
Kręcę głową tak gwałtownie, że moje amulety z kości grzechoczą.
Ojciec wstaje.
– A może po prostu razem obejrzymy ceremonię?
Przywódczyni wkracza do namiotu, a ja przywieram do boku ojca. Srebrny kaftan owija się jej wokół kostek, odcinając się od hebanowej skóry. Na czubku jej głowy wiją się przetykane srebrem warkocze.
– Czy mój syn i wnuczka planują wziąć udział w ceremonii, na którą jechali czternaście dni? – pyta głębokim, grzmiącym głosem.
Ojciec obejmuje mnie ramieniem.
– Nie w tym roku.
Przywódczyni kiwa głową z satysfakcją.
– Oshhe, czy mogę porozmawiać z moją wnuczką na osobności?
Ojciec patrzy na nią w sposób, którego nie rozumiem.
– Tylko jeśli Arrah nie ma nic przeciwko temu.
Wymieniamy spojrzenia. Przełykam ślinę.
– Dobrze.
Przed wyjściem z namiotu ojciec ściska moje ramię.
– Zajmę ci miejsce z przodu.
Przywódczyni uśmiecha się do mnie bezzębnym uśmiechem, siadając na podłodze ze skrzyżowanymi nogami.
– Usiądź tu ze mną.
Poły namiotu trzepoczą po wyjściu ojca. Nogi mnie świerzbią, żeby pójść za nim, ale widok siedzącej na podłodze wielkiej przywódczyni Aatiri przykuwa mnie do mojego miejsca. Siadam naprzeciwko niej, kiedy unosi dłoń w stronę sufitu. Ku jej dłoni fruną żółte, fioletowe i różowe iskry.
– Jak ty to robisz, że magia do ciebie przychodzi, wielka przywódczyni? – pytam.
Szeroko otwiera oczy.
– Przede wszystkim jestem twoją babcią i tak się do mnie zwracaj.
Zagryzam wargę.
– Jak, babciu?
– Czy tobie magia nie udziela odpowiedzi?
Kręcę głową.
– Niektórzy ludzie potrafią czerpać magię z materii świata. – Babcia patrzy na barwy tańczące wokół opuszków jej palców. – Inni przyzywają ją za pomocą zaklęć i rytuałów. Wielu w ogóle nie potrafi jej przywołać. To dar od Heki dla ludzi pięciu plemion, dar jego samego, ale dla każdego jest czymś innym.
Zbliża do mnie magię, a ja się przysuwam. Mam nadzieję, że tym razem do mnie przyjdzie, ale znika, gdy muska moją dłoń.
– Widzę ją. – Moje ramiona opadają. – Ale nie odpowiada na moje wezwanie.
– To rzadkie – mówi. – Nie niespotykane, lecz rzadkie.
Delikatne muśnięcia babcinej magii ocierają mi się o czoło. Czuję łaskotanie, więc wkładam dłonie między kolana, żeby powstrzymać się od drapania.
– Wygląda na to, że masz jeszcze rzadszy dar. – Marszczy brwi, jakby zaskoczyła ją łamigłówka. – Nigdy nie poznałam umysłu, którego nie umiałaby dotknąć.
Chce sprawić mi przyjemność, ale to bez znaczenia, skoro nie potrafię wzywać magii jak prawdziwi szamani – jak moi rodzice, jak ona.
Babcia sięga do kieszeni kaftana i wyciąga z niej garść kości.
– Należą do moich przodków. Używam ich, by przyciągać do siebie więcej magii. Więcej, niż zdołałabym schwytać opuszkami palców. Kiedy mocno skupiam się na tym, co chcę zobaczyć, one mi to pokazują. Spróbujesz?
Kości lądują na mojej dłoni. Są małe i błyszczą w świetle ustawionych na stołkach pod baldachimem gorejących słojów pełnych rozmaitych olejków.
– Zamknij oczy – mówi babcia. – Pozwól, by kości przemówiły do ciebie.
Moje ramię przeszywa chłód, a serce wali mi mocno w piersi. Na zewnątrz bębny djembe znów zaczynają wygrywać powolny, miarowy rytm, który odbiera mi dech. Na twarzy babci zapisana jest prawda, którą już znam. Kości nie mówią.
Szarlatanka.
Słowo odbija się echem w moich uszach. Moja matka nazywa tak ulicznych handlarzy, którzy sprzedają bezwartościowe amulety na szczęście, bo ich magia jest zbyt słaba. Czy sądzi, że ja też jestem szarlatanką?
Palce zaczynają mnie boleć, bo z całej siły zaciskam je na kościach.
– Puść – mówi babcia.
Kości wylatują mi z dłoni i upadają na ziemię między nami. Lądują w różnych miejscach, jedne blisko siebie, inne daleko. Oczy mnie pieką, kiedy się w nie wpatruję, starając się usłyszeć, co do mnie mówią mimo huku bębnów djembe.
– Czy widzisz coś lub słyszysz? – pyta babcia.
Mrugam i czuję łzy na policzkach.
– Nie.
Zbierając kości, babcia się uśmiecha.
– Nie u każdego magia objawia się tak wcześnie. Do niektórych przychodzi, kiedy są już prawie dorośli. Ale kiedy zjawia się późno, jest bardzo silna. Być może będziesz kiedyś potężną szamanką.
Drżą mi dłonie, przypominają mi się słowa dziewczyny z Aatiri: „może i nigdy”.
– Chodź, dziecko, zaczyna się ceremonia – mówi babcia, podnosząc się.
Wybiegam z namiotu, nie czekając na nią, a po twarzy płyną mi łzy. Nie chcę być potężną szamanką w przyszłości – chcę, żeby magia przyszła do mnie teraz. Owiewa mnie żar pustynnej nocy, a moje bose stopy uderzają o twardą glinę. Czarodziejskie iskry spadają z nieba na wyciągnięte ręce pozostałych dzieci, ale część magii ucieka. Przedzieram się przez tłum i podążam za zbłąkaną magią, zdeterminowana, by pochwycić ją dla siebie.
Przedziera się przez chaty z cegły mułowej niczym skrzydlaty wąż, zawsze dwa takty przed nami. Bębnienie za namiotami zmienia się w odległy szmer. Zatrzymuję się, kiedy magia znika. Jest tu ciemniej, chłodniej, a mój nos atakuje zapach eliksiru krwi. Ktoś odprawiał rytuał w ciemności. Powinnam się odwrócić, uciec stąd. Wiatr ostrzega mnie wyciem, ale ja się zbliżam. Nagle palce wygięte jak korzenie drzew chwytają mnie za kostkę.
Szarpię nogą, a wyciągnięta po magię ręka opada. Przypominam sobie straszne historie o demonach, a moje serce bije głośniej niż bębny djembe. W czasie lekcji skryba ostrzegł mnie raz: nie daj się schwytać w mroku, bo demon tylko czeka, by ukraść ci duszę. Im młodsza dusza, tym słodsza uczta. Na samą myśl przechodzi mnie dreszcz, ale przypominam sobie, że to tylko historyjka mająca straszyć dzieci. Jestem za duża, żeby w nią wierzyć.
Dopiero kiedy dostrzegam zarys kobiecej sylwetki, znów mogę złapać oddech. Skórę kobiety oświetla magia, a ona zwija się i upada na piach. Wykrzywia twarz we wrzasku. Nie wiem, co o niej myśleć: wygląda i staro, i młodo, jednocześnie na żywą i martwą, a zwłaszcza na obolałą.
– Daj mi rękę – mówi bełkotliwym głosem.
– Zawołam mojego ojca – proponuję, pomagając jej wstać.
Jej brązowa skóra jest ziemista i spocona.
– Nie fatyguj się. – Wyciera brud z warg. – Muszę tylko chwilkę odpocząć.
– Co tu robisz? – pytam, klękając obok niej.
– Mogłabym zapytać o to samo, znam jednak odpowiedź. – Do jej pustych oczu wraca iskierka życia. – Dziecko nie bierze udziału w imebyé tylko z jednego powodu.
Odwracam wzrok – ona wie.
– Ja też nie mam w sobie magii – mówi, a jej słowa ociekają goryczą. – A mimo to odpowiada ona na moje wezwanie.
Przełykam ślinę, żeby powstrzymać dreszcze.
– Jak?
Uśmiecha się, pokazując rząd zgniłych zębów.
– Magia ma swoją cenę. Czy jesteś gotowa ją zapłacić?

JEDEN


Co roku pięć plemion Heki zbiera się z okazji święta Krwawego Księżyca, a ja powtarzam sobie, że to będzie mój rok. Rok, w którym wszystko zacznie się od nowa. Który wynagrodzi mi czekanie, tęsknotę, frustrację. Rok, w którym magia rozbłyśnie na mojej skórze, wręczając mi dar. Kiedy to się stanie, moje porażki odejdą w zapomnienie i będę miała własną magię.
Mam szesnaście lat, jestem prawie dorosła – zarówno według praw plemiennych, jak i królewskich. Czas mi się kończy. Żadna córka, żaden syn plemion nie odnaleźli w sobie daru w późniejszym wieku. Jeśli to nie wydarzy się w tym roku, nie wydarzy się nigdy.
Przełykam ślinę i wycieram spocone dłonie w trawę, kiedy bębny djembe zaczynają odgrywać swój powolny, stały rytm. Obozowisko plemion w dolinie liczy sobie jakieś trzydzieści tysięcy osób. Ustawiamy się w kręgi wokół świętego pierścienia obok Świątyni Heki, a ogień płonący w jego środku na przemian niknie i rozkwita do rytmu. Bębniarze maszerują dokoła krawędzi okręgu, ich kroki są doskonale zsynchronizowane. Pięć plemion wygląda, jakby nic ich nie łączyło, ale czcząc Hekę, boga swych ziem, poruszają się niczym jedno ciało.
Magia wypełnia powietrze tak gęste, że kłuje mnie w skórę. Tańczy na nocnym niebie ponad niekończącymi się rzędami namiotów o żywych kolorach. Tunika przykleja mi się do pleców pośród ściśniętych gorących ciał. Ostry zapach unoszący się w dolinie przypomina Wschodni Targ w najtłumniejsze dni. Moje nogi wybijają nerwowy rytm, podczas gdy wszyscy wokół klaszczą wraz z muzyką.
Jako goście babki Essnai, Sukar i ja siedzimy na poduchach na honorowym miejscu w świętym kręgu. To nie dlatego, że jesteśmy wyjątkowi, wręcz przeciwnie – jesteśmy zwyczajni, a do tego jesteśmy outsiderami. Niektórzy wpatrują się w nas, żebyśmy o tym nie zapomnieli. Chciałabym nie zwracać na te spojrzenia uwagi, ale budzą we mnie kolejne wątpliwości. Zaczynam się zastanawiać, czy jestem na swoim miejscu. Czy zasługuję na kolejną szansę po latach porażek.
– Rozumiem, że tak się gapisz, bo magia się zbliża. – Sukar marszczy nos. Tatuaże na jego przedramionach i ogolonej głowie błyszczą, sam też musi więc wiedzieć, że magia już tu jest. – No chyba że za kimś tęsknisz…
Czuję, jak ciepło ogarnia moją szyję. Oboje wiemy, kogo ma na myśli. Próbuję sobie wyobrazić, że Rudjek siedzi tu na poduszce w swojej wykwintnej elarze. Wyróżniałby się bardziej ode mnie, ale byłby tym zachwycony. Na samą myśl uśmiecham się i nieco rozluźniam.
Sukar, Essnai i ja przyjechaliśmy na plemienne ziemie z Tamaru z karawaną, poprzez pasmo gór Barat na zachodnim skraju Wszechpotężnego Królestwa. Przyjechało około dwustu osób, ale znacznie więcej Tamarczyków nie podjęło tego wysiłku.
– Ciebie też powinniśmy byli zostawić w Królestwie – mówię Sukarowi, rzucając mu jadowite spojrzenie. – Niektórzy chcą z szacunkiem przyglądać się ceremonii, więc przestań mi przeszkadzać, proszę.
– Ktoś powinien ci poprzeszkadzać… – Puszcza do mnie oko.
– Wesprzyj mnie, Essnai – proszę. – Powiedz mu, żeby się skupił.
Dziewczyna siedzi ze skrzyżowanymi nogami po drugiej stronie Sukara, a jej twarz jest równie nieprzenikniona co zawsze. Poprzedniej nocy mój ojciec uwarzył eliksir krwi, by ufarbować jej włosy. Jaskrawa czerwień ładnie kontrastuje z jej hebanową skórą. Jak zwykle ściąga na siebie spojrzenia, choć wydaje się niczego nie zauważać. Pod nieobecność ukochanej Kiry wygląda raczej jak usychający z tęsknoty szczeniak.
Wzrusza ramionami, obserwując bębniarzy.
– I tak nie posłucha.
Wzdycham i odwracam się w stronę świętego kręgu. Księżyc przybrał odcień purpury, głębszy jeszcze niż godzinę wcześniej. W Tamarze nauczają nas, że orisza księżyca Koré płacze tej nocy krwią za swoimi braćmi. Pięć tysięcy lat temu ona i jej brat Re’Mec, orisza słońca, poprowadzili armię, żeby zaspokoić pragnienie dusz Króla Demonów. Plemiona wierzą jednak, że Krwawy Księżyc symbolizuje ich związek z Heką. Tylko w tym okresie powraca, by przekazać swój dar przyszłym pokoleniom.
Nawet z daleka ciepło ognia pokrywa moje czoło kroplami potu. A może tylko udaję przed sobą samą, że to ogień, nie zdenerwowanie. Chciałabym być jak Essnai i Sukar. Nie martwią się, że nie mają w sobie magii, ale ich sytuacja jest inna: ich rodzice też nie są nią obdarzeni. Nie muszą spełniać oczekiwań dwóch znamienitych rodów.
Kiedy myślę o drugim powodzie, dla którego tu jestem – o egzaminach – czuję, jak żołądek mi się ściska. Bębny milkną gwałtownie, a w tej ciszy przed burzą moje mięśnie napinają się jeszcze bardziej. Muzycy stoją niemal tak nieruchomo jak pomniki w dzielnicy uczonych w Tamarze. Zapada cisza. Nadeszła wreszcie chwila, na którą czekaliśmy, ale trwa odrobinę zbyt długo. W tym czasie mój umysł wypełniają pytania: A co, jeśli się nie uda? A co, jeśli magia się pojawi, ale będzie słabsza od tej moich rodziców? A co, jeśli moim przeznaczeniem jest bycie szarlatanką handlującą talizmanami?
I czy to byłoby aż tak straszne?
Przyciągam kolana do piersi, przypominając sobie skręcającą się z bólu kobietę w imebyé. „Magia ma swoją cenę. Czy jesteś gotowa zapłacić?”. Jej słowa rozbrzmiewają w moich uszach, to słowa szarlatanki, słowa osoby rozpaczliwie pragnącej magii. Odpycham je od siebie. Wciąż mam szansę – wciąż jeszcze mogę otrzymać od Heki dar.
Słyszę za plecami szmer i odwracam głowę, by spojrzeć na przedzierających się przez tłum szamanów. Odtańczą taniec rozpoczynający trwające miesiąc święto. Krwawy Księżyc rzuca na nich upiorny, szkarłatny cień. W dolinie słychać tylko ich głosy. Milkną szepty, dzieci przestają się wygłupiać: tylko świst wiatru i szelest stóp na trawie. Tak bardzo chcę się znaleźć pośród nich, być im równa, dorosnąć do oczekiwań mojej rodziny. A jednak znowu mogę tylko patrzeć. Zawsze tylko patrzę.
Podczas ceremonii siedmioro szamanów występuje na czoło każdego z pięciu plemion. Podlegająca przywódcom szóstka tworzy edam – radę plemienia. Chociaż wielu członków plemion ma w sobie dar Heki – jego magię – szamani się wyróżniają. Przywódcy obdarzyli ich tym tytułem, bo mają oni do magii szczególną zdolność. Nie więcej niż setka ludzi ze wszystkich plemion dostąpiła tego zaszczytu. To ich wszyscy inni szanują i to im najbardziej zazdroszczę.
Kiedy szamani się zbliżają, ich śpiew grzechocze mi w kościach. Jak by to było – panować nad magią z łatwością oddechu? Sięgać w powietrze, by zbierać ją na czubkach palców, albo wkroczyć w świat duchów? Nie tylko widzieć magię, ale nad nią panować, nadawać jej kształt, być magią?
Jako pierwsi nadchodzą szamani z plemienia Litho: cztery kobiety i trzech mężczyzn. Ich plemię mieszka w lasach, na południowym zachodzie od Świątyni Heki. Biały pył pokrywa ich ciała i kamizele z niewyprawionej skóry. Ich wymyślne korony z metalu, kości i kolorowych korali dzwonią na wietrze. Ziemia przesuwa się pod ich stopami poruszającymi się łagodnie jak fale oceanu, popychając ich w stronę świętego kręgu, gdzie wolno wstąpić tylko edam.
Kiedy procesja się zbliża, bębniarze znów zaczynają grać, odsuwając się od kręgu i siadając na trawie. Powolny rytm przyspiesza, kiedy przywódca Litho wkracza do świętego kręgu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *