Witamy w Ballyfrann


“Witamy w Ballyfrann” to mroczna i pełna magii opowieść o siostrzanej miłości i poświęceniach, na jakie się zdobywamy, by chronić naszych najbliższych.


W Ballyfrann każdy ma coś do ukrycia…

Bliźniaczki Madeline i Catlin przenoszą się do Ballyfrann, położonego na górskim odludziu miasteczka cieszącego się złą sławą – od wielu pokoleń dochodzi tu do tajemniczych zaginięć dziewcząt. Stare zamczysko, w którym teraz mieszkają, też nie sprawia wrażenia miejsca nadmiernie przyjaznego…

Z sióstr Catlin zawsze była tą bardziej przebojową, a Maddy przywykła do życia w jej cieniu. Jednak przeprowadzka do Ballyfrann wszystko zmienia – Catlin odnajduje miłość, Maddy zaś zaczyna odkrywać w sobie potężne moce, których istnienia wcześniej nie przeczuwała.

Czeka ją wyprawa w głąb samej siebie, jeśli chce pomóc siostrze, której grozi, że to dziwne miasteczko skradnie jej coś znacznie cenniejszego niż serce. Czeka ją także wyprawa w przeszłość swojej rodziny – a to niekoniecznie bywa przyjemne…

Ludzka dusza jest jednak pełna tajemnic. To, co z pozoru wydaje się słuszne i dobre, okazuje się groźniejsze, niż się im wydawało.

W Ballyfrann nikt nie może czuć się bezpieczny…


Deirdre Sullivan
Witamy w Ballyfrann
Przekład: Andrzej Goździkowski
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 29 lipca 2020
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

 

Witamy w Ballyfrann


PROLOG
Wiciokrzew

(leczy grypę, stosowany jako środek antykoncepcyjny, trucizna)

Nasz ojciec zginął w płomieniach w wieku dwudziestu sześciu lat.
Ja i siostra miałyśmy wtedy po dwa latka. Prawie nic z tego nie zapamiętałyśmy. Pozostała nam tylko opowieść. Wspomnienia doznań zmysłowych – dotyk miękkiej ziemi. Widok jego imienia na wapiennej płycie o nierównej powierzchni. Kamień pokryty był siatką pomarańczowych i białych porostów, wydawał się pod nimi pomarszczony i kruchy niczym kartka papieru. Wodziłyśmy palcami po literach wypisanych na tablicy, a potem pod paznokciami wyniosłyśmy z cmentarza woń grobu.

Tu spoczywa nasz najdroższy Tom Hayes.
Odszedłeś zbyt wcześnie.

Na jego ciało natknęła się przypadkowo grupka dzieci podczas spaceru po lesie. Leżało na polance pośród drzew – buków, dębów, głogów i wiązów. Liście, na których leżał, nie były nawet spalone.
– On zawsze troszczył się o wszystko wokół – stwierdziła pewnego razu mama. – Nawet w chwili śmierci uważał, by nie zaszkodzić lasowi.
Rzadko wracałyśmy w rozmowach do śmierci taty.
Całkiem możliwe, że obrazy, jakie przechowałam w pamięci, wcale nie były prawdziwe. Wydawało mi się, że pamiętam jego głos. Wydawało mi się, że pamiętam, jak siedziałam u niego na kolanach. Jak pomagałam mu sadzić kwiaty w ogrodzie. Małe dziecięce dłonie i duże dorosłe, pobrudzone ziemią. Wspomnienia to nic innego jak pewne wersje tego, co faktycznie się wydarzyło; opowieści, które powtarzaliśmy sobie samym tak długo, że nabrały realności. Fikcja niczym bluszcz oplata rzeczywistość. Skrywa to, co złe, faworyzując to, co dobre. Wystarczy chwila nieuwagi, a dziki bluszcz pochłonie cały dom. Oplecione nim mury zaczną niszczeć.
Czasami z mojej pamięci wynurzały się różne informacje na temat roślin – nie miałam pojęcia, skąd je znam. Zachodziłam wtedy w głowę, czy to dlatego, że przekazał mi je tata, gdy byłam jeszcze bardzo mała. Ale chyba bardziej prawdopodobne, że dotarły do mnie za pośrednictwem mamy. Tak naprawdę ja i siostra nie znałyśmy taty wystarczająco dobrze, by móc za nim tęsknić. Ale mimo to coś kazało mi raz za razem powracać do niego pamięcią. Ten przymus był niczym niedające się powstrzymać ziewnięcie. Jak coś zbliżającego się do mnie z wyciągniętymi ramionami, całe czarne od spalenizny.
Może właśnie dlatego Catlin zaczęła chodzić do kościoła. Może dlatego czasami budziłam się przerażona w środku nocy, po omacku szukając wokół siebie jakiejś tajemniczej rzeczy, która sprawi, że będę bezpieczna, choćby tylko przez chwilę. W najlepszym razie świat jest nieprzewidywalny. Jednak nawet najdziwniejsze zjawiska da się wyjaśnić w sposób racjonalny. Może nie od razu i może nie uda się to tobie, jednak znalezienie przyczyny danego zdarzenia jest tylko kwestią czasu. Wszystko da się podzielić na prawdę i fałsz, prawdy udowodnione i niepotwierdzone. Zjawiska podlegają analizie, są przewidywalne, nawet jeśli nie zawsze udaje się im zapobiec. Im więcej wiemy, tym łatwiej nam zaprowadzić porządek w chaosie. Wiedza przypomina istniejącą w świecie rzeczywistym magię – gromadzimy ją niczym czary, by użyć jej, gdy zajdzie taka potrzeba.
Ocet, świeca. Sól i szałwia. Ludzie zawsze szukali pociechy w rzeczach namacalnych. W tym, co jest pod ręką. W tym, co można trzymać blisko siebie. Wszyscy hołubimy swoje małe talizmany.
Buk wspomaga umysł. Wiąz wywiera dobroczynny wpływ na gardło. Jednak nawet wszystkie te rzeczy, do których lgniesz, nie zapewnią ci bezpieczeństwa.
W ostatecznym rozrachunku nic nie ma takiej mocy.

1
Szałwia

(leczy paraliż, gorączkę, wydłuża życie)

Drakula do Anglii przybył w trumnie wypełnionej ziemią. Tak właśnie wyglądał bagażnik naszego samochodu, gdy przewoziliśmy połowę ogrodu taty do Ballyfrann. Wieźliśmy głównie rośliny domowe, ale zabraliśmy też parę sadzonek. Perspektywa zasadzenia w Ballyfrann roślin wydawała mi się emocjonująca. Świadomość, że pomagamy czemuś rosnąć, ma w sobie kojącą moc.
Transportem reszty naszych rzeczy zajmowała się firma przeprowadzkowa, którą załatwił Brian. Nasz dobytek składał się z dużych, brązowych, nieoznakowanych w żaden sposób kartonów. Mężczyźni ze wsi, w której mieliśmy zamieszkać, przenosili je, ładowali do samochodów i wywozili.
– Collinsowie i Shannonowie – poinformował Brian, ale nazwiska te niewiele nam mówiły. – W Ballyfrann pomagamy sobie nawzajem – dodał tytułem wyjaśnienia.
– Pięknie – zareagowała mama. – Musicie być zżytą społecznością.
Tymczasem mężczyźni z ponurymi minami przenosili pudła, racząc się w przerwach mocną czarną herbatą ze zbyt sowitą domieszką mleka. Herbata była brązowa niczym ziemia. Albo jak miedziana górska trawa – krucha, martwa, czekająca na wiosnę. Catlin starała się ustalić, ilu synów mieli poszczególni mężczyźni, i na podstawie prezencji ojców odgadnąć, czy chłopcy okażą się warci grzechu. Moja siostra nie bawiła się w subtelności. Kiedy ktoś jest napalony na seks, subtelności idą w odstawkę.
Chrzęst opon na żwirze. Rozpłaszczone na ziemi truchło – kiedyś było kotem, a teraz pozostał z niego tylko poszarpany placek, na który nikt oprócz mnie nie zwracał uwagi. W samochodzie panowała cisza. Catlin siedziała ze słuchawkami w uszach. Potem ktoś włączył radio.
Wstaliśmy wcześnie rano i pomagaliśmy ładować pudła do furgonetek. Przez pierwsze czterdzieści minut na szosie samochody dostawcze trzymały się za nami. W końcu zajechaliśmy na stację, żeby zatankować, i wtedy nas zostawiły. Brian powiedział, że mężczyźni doskonale wiedzą, dokąd się mają kierować. Dla nich to dom. Nam dotarcie do celu miało zabrać więcej czasu.
Futro, a raczej to, co z niego zostało, wydawało się brunatne.
W zamyśleniu wodziłam palcem po nogach, rysując na nich mały, nieco zwichrowany triskelion. W kieszeni trzymałam torebeczkę z solą, taką z baru szybkiej obsługi. Oprócz tego miałam wosk świecy. Trochę jagód razem z łodyżkami. Moje kieszenie zawsze były nieestetycznie wypchane. Dla zapewnienia sobie bezpieczeństwa robiłam różne nietypowe rzeczy. Na dnie kieszeni zbierała się gruba warstwa martwych szczątków roślin. Wiedziałam, że to wbrew zasadom racjonalnego myślenia. No ale byłam trochę dziwna. A miejsca, do którego się wybieraliśmy, zupełnie nie znaliśmy i wydawało nam się pełne niebezpieczeństw.
Przypomniałam sobie ich twarze.
Twarze dziewczyn z gór.
Tych, które umarły.
Kiedy mama i Brian opowiedzieli nam o miejscu, z którego pochodził, wydawało się czymś nie całkiem realnym. Prawdę mówiąc, pod tym względem niewiele się zmieniło. Zachodziłam w głowę, czy kiedy zobaczymy je na własne oczy, okaże się inne. To chyba trochę dziwne, gdy człowiek wybiera się tam, gdzie nigdy wcześniej nie był, gdzie nie postała jeszcze jego noga. Mimo że to przecież niedaleko.
Zresztą żaden zakątek w Irlandii siłą rzeczy nie może być daleko. Irlandia to kraj równie rozległy jak miasta innych państw. Brian pokazywał nam zdjęcia na swoim telefonie. Mama zresztą też. Kiedy zaczęli się spotykać, zabierał ją tam na weekendy.
Zaręczyli się w murach starego zamczyska.
Nie było nas wtedy z nimi.
– Mój ojciec zbudował ten zamek – powiedział Brian. – Dziwny był z niego człowiek. Miał wielkie plany. Wcześniej to była tylko ruina, a on nabył ziemię i zamierzał przywrócić zamkowi świetność. Niedługo potem jednak… trochę mu odbiło. Są w tym zamku zakamarki, do których nawet ja nie umiem dotrzeć. Mój ojczulek miał wiele sekretów.
Najwyraźniej w przypadku ludzi zamożnych szaleństwo objawia się inaczej niż zwykle. Ojciec Briana wzniósł swoje zamczysko, wykorzystując to, co zobaczył w innych zamkach. Zwiedzał różne historyczne budowle, a gdy jakiś element przypadł mu do gustu, kradł go. W efekcie w jego dziele można odnaleźć nieco Wersalu, odrobinę twierdzy w Kilkenny, a nawet całkiem wyraźną inspirację tym ogromnym niemieckim zamczyskiem, na którym wzorowano zamek Disneya – Neuschwansteinem. Z zewnątrz zdaniem mamy prezentuje się on jednak jak typowa średniowieczna budowla. Trudno go sobie wyobrazić w otoczeniu irlandzkich gór, które stanowią scenerię dla śnieżnobiałych chatek. To właśnie tam, w tej wioseczce, żyje dziwna komuna, której częścią jest ród Collinsów. Brian powtarza z upodobaniem, że klan Collinsów to „kręgosłup społeczności”. Prawdę mówiąc, w wiosce mającej mniej więcej stu mieszkańców chyba nietrudno być kręgosłupem społeczności, gdy rodzina jest wystarczająco liczna.
Każdy siłą rzeczy skazany jest na pełnienie jakiejś istotnej funkcji. W przeciwnym razie wszystko rozpadłoby się na kawałki. Collinsowie żyli w tej wiosce, zanim jeszcze urodził się ojciec Briana. Za szkolnych kolegów Brian miał Gera Collinsa, Mike’a Collinsa, Pata Collinsa i Tima Collinsa. A to, zważywszy na wielkość tego rodu, wcale nie było wielu Collinsów naraz.
– Wy też będziecie mieć w szkole paru Collinsów – uprzedził Brian. – Edwarda i Charlene. To dobre dzieciaki.
Wpatrywałam się tępo w niedogolony zarost na brodzie Briana, próbując wykrzesać w sobie jakieś zainteresowanie tym, o czym mówił. Moją uwagę przykuwały czarne i siwe włoski, które z wysiłkiem wyrastały z bladej skóry. Zastanawiałam się, kim w wiosce jest Brian. Może mózgiem. Bo że sercem, było raczej wątpliwe.
Odkąd Catlin dowiedziała się o śmierci dziewcząt, nazywała rodowe domostwo Briana „krwawym pałacem”. Próbowałam nie zwracać na nią uwagi. W końcu ciał nie odnaleziono na terenie zamku. Mimo to coś w tej całej sprawie nie dawało mi spokoju. Na dnie mojego serca rozgościł się lęk. Z nerwów przez cały czas chciało mi się drapać, ale skóra ginęła pod warstwami ubrań. Catlin dała mi kuksańca w bok i uniosła wysoko brwi. W odpowiedzi zrobiłam to samo.
Wszystko będzie dobrze – powtarzałam sobie.
W końcu minęliśmy zieloną tablicę z napisem: Fáilte go Béal Ifreann – Witamy w Ballyfrann. Brian zatrzymał się we wsi, żeby kupić herbatę i mleko. Wsunęłyśmy się za nim do maleńkiego sklepiku. Moje spojrzenie przyciągnęły kolorowe czasopisma na stojaku. Z ich okładek spoglądały twarze tylu kobiet.
– To moje córki – oświadczył Brian, zwracając się do sprzedawczyni za ladą.
Mina kobiety wyrażała znudzenie. Kiedy przyszło do płacenia, Brian wyciągnął portfel, ale ona machnęła ręką.
– Potraktuj to jako prezent ślubny – powiedziała. Głos miała ożywiony, lecz twarz pozostała nieruchoma. – Bardzo mi miło, dziewczęta. Mam na imię Jacinta.
Catlin posłała mi wymowne spojrzenie, które miało znaczyć: No jasne, jak inaczej mogłaby się nazywać? Dla Catlin wszystkie Jacinty były wcieleniem zła. Kiedyś poznała dziewczynę o takim imieniu, która z jakiegoś powodu wydała jej się nudziarą. Od tamtej pory każdą Jacintę wpisywała na swoją czarną listę.
Wróciliśmy do samochodu, Brian wyłączył światła awaryjne. Najwyraźniej w tych stronach zatrzymywanie się na podwójnej ciągłej linii jest na porządku dziennym, jeżeli chcemy tylko do kogoś „wpaść na sekundę”.
Miałam pewne zastrzeżenia do tego zwyczaju.
Zasady ustala się nie bez powodu.
Pojechaliśmy dalej.
Po pewnym czasie zorientowałam się, że mimo woli wypatruję czegoś nieokreślonego – jakiejś wskazówki, złego znaku, który potwierdziłby moje obawy. Kiedy Catlin przypadkowo musnęła moją dłoń swoją, na jej twarzy dostrzegłam niepokój podobny do tego, który zżerał mnie od środka. Przypominał mój lęk, lecz zarazem subtelnie się od niego różnił.
Helen Groarke też była kiedyś taka jak my. Zanim zamieniła się w opowieść, była zwyczajną istotą ludzką. Dziewczynka zaginiona przed mniej więcej czterema laty. W momencie zniknięcia była w naszym wieku, może trochę starsza. To się stało, gdy wracała ze szkoły do domu. Zazwyczaj na pokonanie tej trasy potrzebowała piętnastu minut. Znaleziono ją dopiero pół roku później, w górach. Prasa rozpisywała się o „kolejnej ofierze”. Policja dokładnie zbadała wszystkie części ciała, jakie udało się zlokalizować. Ramię, palce i paznokcie pokryte fioletowym lakierem z brokatem. Kilka zębów, na których nadal trzymały się pozostałości aparatu ortodontycznego. Resztki klatki piersiowej.
Kiedy człowiek umiera, jego cielesna powłoka staje się czymś w rodzaju puzzli – domaga się uważnego patrzenia i układania kawałek po kawałku. Jeśli ciała brak albo gdy jest ono niekompletne, trudno ustalić przyczynę śmierci. W przypadku Helen policja musiała polegać na badaniach, obserwacjach i domysłach. Trzeba było wywnioskować, które części ciała zostały zjedzone, a które odcięte. Natrafiono na ślady po ugryzieniach „wskazujące na atak zwierzęcia, ssaka”. Przez jakiś czas zachodziłam wtedy w głowę, jakiego rodzaju zwierzę mogło pożreć człowieka. Na terenie Irlandii wyginęły już wszystkie wilki. To samo z niedźwiedziami. A zatem może lis albo jakiś wyjątkowo dorodny gronostaj?
Catlin, kiedy próbowała mi wyjaśnić, dlaczego perspektywa przeniesienia się tutaj napawa ją takim lękiem, wymieniała po kolei imiona martwych dziewcząt. Amanda Shale, Nora Ginn i mała Bridget Hora. Pierwsza zginęła piętnaście lat temu, druga dwadzieścia, trzecia sześćdziesiąt. Wszystkie dziewczęta w momencie śmierci były mniej więcej w naszym wieku. Koleżanki Catlin zaczęły szukać informacji na temat denatek. Było w tej ich nagłej fascynacji tragediami sprzed lat coś nieprzyzwoitego. Interesowały je wszystkie potworne szczegóły zbrodni, opisy rozprysków krwi na kamieniach. Tutejsze góry były blade, jakby coś wyssało z nich kolor. Zieleń zdawała się podszyta szarością. Nie przypominały gór z naszych rodzinnych stron. Tutaj wszystko, co chciało rosnąć, musiało się mocno napracować. Rozglądając się po okolicy, nietrudno było wyobrazić sobie, czym jest śmierć. Całe to miejsce zdawało się kryć w sobie jakąś pustkę.
Minęliśmy urząd pocztowy, mały kościółek. Szkołę, do której mieliśmy pójść w najbliższy poniedziałek. Stację paliw z zabytkowym dystrybutorem, obok którego stała duża plastikowa makieta lodów w waflu, z obłażącą brązową farbą. Stacja robiła wrażenie miejsca, w którym termin przydatności do spożycia całego asortymentu upłynął na długo przed naszym urodzeniem. Na wzgórzach pasły się owce – z daleka przypominały puszki waty, które przyczepiły się do twarzy po osuszeniu jej płatkami kosmetycznymi.
W pewnym momencie zahamowaliśmy, żeby przepuścić stadko przechodzące na drugą stronę szosy. Spojrzeniem chłonęłam widoki za oknem. W uszach miałam słuchawki, z których sączyła się muzyka. Martwiłam się, co czeka nas w tej nowej krainie. W Cork, kiedy jeszcze byliśmy na znanym terenie, łatwo było wyobrażać sobie, że wyprowadzka będzie tylko czymś w rodzaju ekscytującej przygody. Że mimo odległości do pokonania i mojego charakteru wszystko się ułoży. W końcu miałyśmy zamieszkać w zamku. Najprawdziwszym olbrzymim zamczysku utopionym pośród wzgórz.
Oczywiście mojej uwadze nie uszedł fakt, że w książkach i filmach dom na wzgórzu zazwyczaj nie wróży nic dobrego. No chyba że marzysz o zakochaniu się w ponurym mężczyźnie, który skrywa co najmniej jeden straszliwy sekret. Prawdę mówiąc, nie brzmiało to zbyt zachęcająco. Miałam nadzieję, że mnie to nie spotka.
– Będzie dobrze. – Wielokrotnie takimi słowami próbowałam przekonać Catlin, a także samą siebie, gdy stawałam przed lustrem. Przekonywałam nasze koleżanki. Mamę. Rośliny. Jednak teraz bez przerwy przyłapywałam się na tym, że dłonią szukam maleńkiego prostokątnego kształtu w kieszeni. Pod palcami wyczuwałam kryjące się w środku drobne, twarde ziarenka.
Prawda była taka, że wcale nie było dobrze.
W okresie poprzedzającym przeprowadzkę Catlin zamartwiała się przede wszystkim tym, że w nowym miejscu przestanie być w centrum uwagi. To zresztą było jej podstawowe zmartwienie od dnia, w którym się urodziła. Nasze koleżanki uwielbiały moją siostrę, ja byłam dla nich tylko dodatkiem do dania głównego. Oczy mojej siostry miały w sobie coś wyjątkowego. Cała jej twarz była niezwykła. Sposób poruszania się. Catlin przyciągała do siebie ludzi z magnetyczną siłą. Nowo poznane osoby momentalnie darzyły ją uwielbieniem. Za to polubienie mnie wymagało czasu. Przypominało to trochę proces przekonywania się do smaku rybiej ikry. Catlin to chipsy truflowe, podane w półmisku o fantazyjnych zdobieniach. Przepyszne i prawdopodobnie będące daniem z lepszego świata niż ten twój.
– Maddy, w miejscach, w których dzieje się coś złego, gromadzi się energia – powiedziała mi niedawno w szkole Catlin.
Stałyśmy za budynkiem auli, niedaleko śmietników, tam gdzie uczniowie wyskakiwali na papierosa. To było tydzień temu, gdy jeszcze cała ta przeprowadzka wydawała się czymś nie do końca realnym.
– Nasączają się nią – ciągnęła Catlin. – I potem ta energia trwa w nich uśpiona. I czeka…
Popatrzyłam wtedy na nią. Swój szkolny mundurek nosiła z taką elegancją, o jakiej ja w moich ciuchach mogłam tylko pomarzyć. Włosy zaczesała do góry i związała zwyczajną gumką recepturką, a nawet to zdawało się idealnie do niej pasować. Tak jakby używanie gumek do włosów było czymś nazbyt banalnym i wymuszonym.
– Catlin – powiedziałam, posyłając jej promienny uśmiech. – Spokojnie, jesteś stworzona do mieszkania w zamku.
Przypomniałam sobie teraz wyraz jej twarzy, gdy to usłyszała. Tłumiony uśmieszek, błysk w oczach. Ta dziewczyna uwielbiała dramatyzm. Zaraz jednak powróciła myśl o tych biednych miejscowych dziewczynach – przecież pod tymi opowieściami z dreszczykiem kryły się prawdziwe ludzkie tragedie. Z ciężkim sercem zaczęłam sobie uświadamiać, że z punktu widzenia Catlin to miejsce, będące przecież domem Briana, przede wszystkim kojarzyło się ze śmiercią. Moje ciało było dziwnie ciepłe, za ciepłe. Brzuch rozbolał mnie ze zdenerwowania, gdy zastanawiałam się: Jak długo jeszcze?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *