Willa, dziewczyna z lasu


Poruszająca, pełna pierwotnej magii i szacunku dla przyrody baśń o dojrzewaniu i zmianie, trudnym wyborze między dobrem i złem. Piękna i mądra opowieść o odkrywaniu własnego „ja”.


„Poruszaj się bez dźwięku. Kradnij i nie zostawiaj śladów”, słyszała od kiedy skończyła pięć lat. I jeszcze: „Nie ma żadnego «j a». Jest tylko «m y»”.

Przyszła na świat w Głuchej Jamie, która od zarania była domem Feiran. Dziś już tylko nieliczni członkowie jej klanu umieli rozmawiać z roślinami oraz zwierzętami i wykorzystywać magiczne moce przyrody. Willa potrafiła to dzięki naukom babki, leśnej czarownicy.

Była jednym z jutów, małoletnich złodziei. Pod osłoną nocy okradała legowiska białych osadników zwanych światłolubami, żeby zapewnić byt reszcie klanu. Powinna ich nienawidzić! Brutalnie wtargnęli w jej świat. Uzbrojeni w piły i w bum-pałki uśmiercali drzewa i leśnych ludzi, podobno także rodziców Willi oraz jej siostrę bliźniaczkę. Dziewczynka słabo to pamiętała, ale nie mogła zapomnieć pełnego czułości wyrazu twarzy światłoluba, kiedy odkrył, że postrzelony przez niego złodziej, to jeszcze dziecko…

Czy osadnicy rzeczywiście są źli do szpiku kości i niewyobrażalnie bogaci? Czy powinna ich okradać? I dlaczego w zapomnianych, trawionych zgnilizną rejonach Głuchej Jamy padaran więzi ich dzieci?

Te pytania nie dają Willi spokoju…

***

Trzyma w napięciu i pulsuje intrygami od pierwszej strony… Urzekająca, przepełniona akcją powieść fantasy. Poruszająca, klimatyczna podróż ku nadziei.
„Kirkus Reviews”

Beatty wyczarował pomysłową, współczującą bohaterkę.
„Publishers Weekly”

Niesamowite gotyckie obrazy, silna bohaterka z krwi i kości oraz piękne opisy przeplatają się płynnie na kartach tej książki i tworzą urzekającą, pełną tajemnic opowieść.
„School Library Journal”

Robert Beatty – autor bestsellerowej serii o Serafinie, odważnej i niezwykłej nastolatce, która żyje potajemnie w piwnicach wielkiej posiadłości Biltmore, w Polsce wydanej nakładem Wydawnictwa Mamania. W wywiadach przyznaje, że silne dziewczęce bohaterki – zarówno Serafinę, jak i Willę – stworzył z myślą o swoich trzech córkach, które wychowuje wraz z żoną w Asheville, w sąsiedztwie Blue Ridge Mountains w Karolinie Północnej. Zanim został pełnoetatowym pisarzem, był jednym z pierwszych specjalistów zajmujących się tematem chmury obliczeniowej. Jest założycielem CEO Plex Systems, współzałożycielem firmy Beatty Robotics, zasiada w zarządzie internetowego Narrative Magazine. W 2007 zdobył tytuł Przedsiębiorcy Roku.


Robert Beatty
Willa, dziewczyna z lasu
Przekład: Łukasz Małecki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 10 lutego 2021
 

 

Willa, dziewczyna z lasu


Wielkie Góry Mgliste
1900
 
Przysłuchując się sprzeczce dwóch światłolubów,
czy świat jest płaski, czy okrągły, Willa kręciła głową.
Obaj się mylili – świat nie był ani płaski, ani okrągły.
Świat to były góry.

1

Willa skradała się przez ciemny las, podążając za niewyraźną wonią dymu z komina, wyczuwalną w nocnym powietrzu. Pasma srebrzystych chmur, które przesuwały się nieśpiesznie po tarczy księżyca, pomagały maskować jej ruchy, gdy niemal bezgłośnie stąpała nagimi stopami po mokrych, zimnych liściach. Przez całą noc schodziła ostrożnie ze zbocza góry w dolinę zamieszkaną przez osadników, a kiedy w końcu dotarła do kamienistego brzegu rzeki, poczuła, że znajduje się już niedaleko swojego celu.
Nie wiedziała, w jakim humorze jest tu nurt, wolała więc unikać jego czarnych i groźnych prądów, wspinając się po starych, sękatych drzewach i prosząc je o pomoc. Wyciągały nad wodę gałęzie, aby utrzymać jej ciężar, i szeleściły na wietrze w starym języku, jakby martwiły się, dokąd zmierza. Tunika z zielonej trzciny napinała się na jej ciele, gdy wchodziła coraz wyżej i wyżej, a drzewa zapewniały jej oparcie – splatały się z jej rękami i ramionami, z nogami i stopami tak troskliwie, jak gdyby pomagały własnej wnuczce, sadzonce, która niedawno odrosła od ziemi. Kawałek po kawałku Willa przeszła ponad zamgloną czeluścią rwącej rzeki i zsunęła się po pniu na drugi brzeg.
– Dziękuję – wyszeptała do drzew i położyła dłoń na korze jednego z nich.
Mijając nieruchomą sadzawkę, lśniącą w blasku gwiazd między rzecznymi kamieniami, dostrzegła przelotnie swoje odbicie – dwunastoletniej, chudej jak szczapa leśnej dziewczyny o długich czarnych włosach, okrągłej twarzy poznaczonej smugami i plamami i o szmaragdowych oczach. W odróżnieniu od większości pozostałych członków klanu, którzy uwielbiali migotliwe skarby swoich wrogów, a nawet nosili ich martwe ubrania, Willa nie miała na sobie kawałka tkaniny czy najskromniejszej biżuterii, której błysk mógłby ją zdradzić w ciemnościach. Zawsze gdy zapuszczała się w las, jej skóra, włosy i oczy upodabniały się barwą i deseniem do otaczających ją liści. Wystarczyło, by na moment przystanęła przy drzewie, a już stapiała się z jego pniem, równie brązowa i chropowata. Teraz zaś, kiedy popatrzyła w sadzawkę, ujrzała swoją twarz tuż przed tym, jak ta przybrała kolory wody i nieba. Jej granatowe policzki upstrzyły piegi gwiazd.
Podążyła dalej w stronę tego, po co tutaj przyszła, pochylając się nisko w górskich wawrzynach. Serce biło jej cicho i nieśpiesznie, kiedy zbliżała się do legowiska osadników.
Pochodziła z klanu leśnych ludzi, których Cherokee nazywali starymi i o których uwielbiali opowiadać historie po zachodzie słońca, przy ogniskach. Z kolei białoskórzy osadnicy określali ich mianem nocnych złodziei, a czasami nocnych duchów, mimo że Willa składała się wyłącznie z krwi i kości, jak jeleń, lis czy każda inna istota zamieszkująca las. Najrzadziej słyszała prawdziwą nazwę swojego ludu. W starym języku – a więc tym, którym obecnie posługiwała się wyłącznie w rozmowach z babką, matką jej matki – brzmiała ona: Feiranie.
Willa stanęła na skraju lasu, jej skóra upodobniła się do otaczającej zieleni. Oplotły ją liściaste pnącza, tak że stała się niemal niewidzialna.
Zewsząd dolatywały wyłącznie ciche odgłosy nocy, błogie bzyczenie owadów i kumkanie żab. Mimo to Willa czujnie wypatrywała psów o paciorkowatych oczach, ukrytych wartowników i innych niebezpieczeństw.
Spoglądała w kierunku legowiska osadników, zbudowanego z fragmentów zamordowanego lasu, poprzybijanych do siebie żelaznymi gwoździami. Pocięte truchła drzew tworzyły razem długie, płaskie ściany, które układały się w kanciastą konstrukcję niepodobną do niczego, co rosło w lesie.
Po prostu bierz, po co tutaj przyszłaś, napomniała samą siebie Willa.
Legowisko miało wysoki, spadzisty dach, duży ganek z balustradą i komin z poszarpanych kamieni, które osadnicy wyrwali ze szkieletu rzeki. Nie widziała w oknach zapalonych świec czy lamp olejnych, ale szary dym unoszący się z komina stanowił widoczny znak, że osadnicy – których niekiedy przezywała światłolubami, bo po zmroku chowali się do swoich nor – śpią teraz na długich i płaskich posłaniach, pełnych miękkich poduszek.

Wiedziała z doświadczenia, że w tych okolicach zamykają się oni na noc, co znaczyło, że będzie musiała wykazać się sprytem. Znaleźć uchylone okno, dostać się kominem? Długo przyglądała się budowli, szukając drogi do środka. Aż wreszcie ją ujrzała – pan tego legowiska zbudował w dolnej części drzwi wejściowych klapkę, przeznaczoną zapewne dla jego pupila o białych, lśniących kłach.
Wkrótce miał się przekonać, że to był błąd.
Serce zabiło Willi mocno. To już czas, poczuła. Pnącza odwinęły się z jej ciała, a ona wyszła z lasu i przemknęła przez trawiasty teren, który otaczał legowisko. Nie znosiła otwartych przestrzeni. Miała wrażenie, że jej nogi są dziwnie koślawe, kiedy stąpała po nienaturalnie płaskim gruncie. Wbiegła po stopniach na drewniany ganek i zręcznie opadła na czworaki, żeby przecisnąć się przez klapę dla psa – prosto w ciemność, gdzie czekały na nią zdobycze tej nocy.

2

Znalazłszy się wewnątrz czterech ścian legowiska, Willa umknęła ze snopa księżycowego światła, które sączyło się przez okno. Przykucnęła na podłodze w ciemnym kącie obszaru jadalnianego, a drobne pióra na jej karku się nastroszyły, gdy rozglądała się wokół czujnym wzrokiem.
Gdzie się podział gryzący pies? – zadawała sobie pytanie. I czy wszystkie światłoluby spały na górze, na swoich posłaniach?
Ze wstrzymanym oddechem podpełzła do przejścia, żeby zajrzeć do głównego pomieszczenia. Sprawdzała, skąd mógłby nastąpić ewentualny atak.
Czekała, patrzyła, nasłuchiwała.
Gdyby ją tu przyłapali – wewnątrz swojej siedziby – z pewnością zabiliby ją bez najmniejszych skrupułów. Nie mieli ich przecież, gdy ścinali drzewa w lesie albo polowali na zamieszkujące go zwierzęta. Zamordowali jej matkę i ojca, siostrę bliźniaczkę i wielu innych mieszkańców Głuchej Jamy. Światłoluby nigdy się nie wahały ani nie zastanawiały. Gdy napotykały coś, czego nie umiały zrozumieć – wilki nawołujące w nocy bliskich czy drzewa unoszące ku słońcu potężne konary – od razu to niszczyły. A lasu, do którego przybyły, nie rozumiały prawie wcale.
Willa przesuwała się powoli i ostrożnie, starając się panować nad oddechem. Słyszała tylko dźwięk maszyny ze zwiniętych kawałków metalu, tykającej na gzymsie kominka, i cichy syk dogasającego żaru, którego woń doprowadziła ją do tego miejsca.
Teraz zaś do nozdrzy Willi doleciał jeszcze inny zapach, zaskakująco słodki. Próbowała go zignorować, ale zaburczało jej w brzuchu. Odwróciła się i ujrzała okrągły pojemnik z materiału przypominającego kamień, stojący na płaskiej drewnianej powierzchni na czterech nogach. Nie mogła pozwolić się rozkojarzyć, tak długo jednak dręczył ją głód – cały wczorajszy dzień i dzisiejszą noc…
Poderwała się szybko, uniosła pokrywę naczynia i wepchnęła w usta kilka niedużych, kruchych grudek, zachłannie jak wygłodniały szop pracz. Od słodkiego smaku napłynęła jej ślina, aż uśmiechnęła się mimowolnie, choć pamiętała, by nie zostawić po sobie okruszków, które mogłyby ją zdradzić. Miała ochotę na więcej tych pyszności, więc schowała pozostałe bryłki do worka z trzciny i ruszyła dalej.
Podkradając się do głównego pomieszczenia, zauważyła prostokąt z cienkiej blachy z nieruchomą podobizną rodziny światłolubów niczym zastygłe na wieki odbicie na powierzchni wody: gładko ogolonego mężczyznę, ciemnowłosą kobietę z maluchem na rękach, a także dwoje dzieci, pięcio- i może sześcioletnie. Willa nie przyglądała się im zbyt długo, bo sama myśl o duszach uwięzionych w metalu budziła jej niepokój.
Weź tylko to, po co tutaj przyszłaś, pomyślała, skupiona na swoim zadaniu.
Zerkając nerwowo w kierunku schodów prowadzących na piętro, szukała w głównym pomieszczeniu wartościowych przedmiotów. Znalazła nieduże drewniane pudełko wypełnione czymś brązowym, miękkim i wilgotnym – tytoniem do żucia, jak jej się wydawało. Wepchnęła połowę do swojego worka. Nie była to zdobycz, na której szczególnie by jej zależało, wiedziała jednak, że padaran – przywódca jej klanu – ucieszy się z tak wyjątkowego prezentu. Wyobraziła sobie, jak staje przed jego rosłą sylwetką i opróżnia na podłogę worek, a w jego oczach lśni aprobata.
Zadowolona ze znaleziska, kontynuowała pracę. W ciasnym pokoiku bez okien, wypełnionym wyłącznie ubraniami zwisającymi z dziwnych przedmiotów w kształcie ramion, natrafiła na długi ciemny płaszcz, a w jego kieszeniach na skórzany portfel. Szeroko uśmiechnięta, zabrała połowę banknotów i monet – właśnie takich łupów uczono ją bowiem szukać.
Każdej nocy padaran wysyłał ją wraz z innymi jutami – młodymi łowcami-złodziejami z jej klanu – na plądry, a największą miłość okazywał tym, którzy wracali z pobrzękującymi sakiewkami i innymi rzeczami o dużej wartości.
Znów spojrzała na schody, świadoma, że potencjalne zagrożenie nadciągnie właśnie stamtąd. Zgromadziła już całkiem pokaźny łup – i choć wiedziała, że mądry jut wie, kiedy się wycofać, czuła niedosyt.
Kiedy poprzedniej nocy wróciła do Głuchej Jamy, jej worek był lekki i padaran zdzielił ją wierzchem dłoni w twarz tak mocno, że upadła na ziemię i równie zdumiona, co zawstydzona, starła krew z wargi. Sądziła, że w ciągu ostatnich miesięcy wkupiła się w jego łaski, stała się jego ulubienicą, a tymczasem on uderzył ją jak każdego innego juta, z którego nie był zadowolony. Wciąż czuła szczypanie policzka, i właśnie dlatego dziś zamierzała zdobyć więcej, pokazać, na co ją stać.
Stanęła pod schodami. Przyłożyła dłonie do uszu, żeby lepiej słyszeć, i zamknęła oczy, skoncentrowana na dźwiękach dolatujących z pomieszczeń nad jej głową. Męskie chrapanie, tylko jednej osoby, ale pewnie było ich tam więcej, bo światłoluby przesypiały noc całymi gromadami.
Tylko gdzie się podział przeklęty pies, który oznaczał śmierć? Już wcześniej zdarzało jej się stanąć na drodze tych zębatych bestii, które głośno szczekały, drapały i gryzły bez opamiętania. Przecież czuję jego smród, myślała. Użyła nawet jego drzwiczek, by dostać się do legowiska. Gdzie on był, dlaczego jeszcze się na nią nie rzucił?
Większość znanych jej jutów wolała kraść rzeczy z niepilnowanych wozów, pogrążonych w mroku podwórzy czy stodół, w których nad ranem nie było żywego ducha. Tylko nieliczni umieli znaleźć w sobie odwagę, żeby zakraść się wprost do legowiska światłolubów, a i to wyłącznie wtedy, gdy mieli pewność, że nikogo nie zastaną w środku. Jutów zawsze szkolono, by działali w małych grupach i unikali ryzyka. Willa postawiła jednak nogę na trzeszczącym stopniu i zaczęła wspinać się najciszej, jak to możliwe, po tych osobliwych płaskich kładkach niepodobnych do niczego, co można było znaleźć w lesie.
Dotarłszy na piętro, zdała sobie sprawę, że drżą jej nogi. Przesuwała się nieśpiesznie wąskim tunelem przypominającym jaskinię w stronę uchylonych drzwi pierwszego pomieszczenia. W lesie mogła korzystać ze swojego kamuflażu i innych mocy, które tutaj, w wewnętrznym świecie światłolubów, stawały się bezużyteczne. Tutaj każdy mógł ją zobaczyć, pojmać i zabić.
Pociły jej się dłonie, kiedy zajrzała do pokoju śpiącego mężczyzny.
Podczas poprzednich plądrów zorientowała się, że dorosłe światłoluby śpią dwójkami, ale ten mężczyzna był sam – zajmował bok posłania, jakby osoba, z którą je dzielił, nie wróciła na noc do legowiska. Znalazł się za to pies, którego wcześniej wyczuła. Pogrążona w twardym śnie kudłata czarno-biała bestia o lśniących kłach i ostrych pazurach, dobrze widocznych w blasku księżyca.
Mężczyzna miał gęste bokobrody. Leżał na pościeli w pomiętych, zniszczonych ubraniach, jakby padł tam z wyczerpania i od razu stracił przytomność. Poza tym wszystko wskazywało na to, że doszło tu do szarpaniny, bo krzesło i stolik były przewrócone, a na podłodze leżało sporo innych przedmiotów światłolubów. Na głowie mężczyzny Willa dostrzegła ranę, a sierść na łopatce psa sklejała zaschnięta krew.
Na ten widok serce zabiło jej mocniej. Przełknęła głośno ślinę. Czyżby ta dwójka zaatakowała w lesie jakieś stworzenie i dostała za swoje? Zaraz jednak zmarszczyła czoło, bo walka w lesie w żaden sposób nie tłumaczyła bałaganu w pokoju…
I wtedy to dostrzegła. Na łóżku, obok mężczyzny i psa, leżał długi przedmiot, dwie metalowe rurki zakończone drewnianym uchwytem.
Przecież to bum-pałka, zorientowała się Willa, tuż przy jego ręce! Odetchnęła ostrożnie, walcząc z instynktownym pragnieniem ucieczki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *